Gdzie podziały się tamte milsimy ? cz. III – Najkrótszy milsim

Remi

Przygotowania do tego zimowego milsima były procesem długim i dokładnym. Mieliśmy wszystko i byliśmy gotowi również na wszystko. Sprzęt do bytowania w bardzo niskich temperaturach. Bivy covery, śpiwory z kosmicznymi wartościami temperatur komfort i ekstremum. Odpowiednie obuwie, rękawice, termoaktywna odzież. Ogrzewacze chemiczne poupychane w miejscach gdzie znajdowały się baterie w AEGach (lesson learned z poprzednich wyjazdów). Mieliśmy maskałaty, każdy posiadał PMRkę z zestawem słuchawkowym. Ba! Człowiek w naszym teamie miał PVSa-14nastkę. Tak! Nie mylicie się. Prawdziwe obleśnie drogie amerykańskie nokto. Byliśmy doposażeni i zdeterminowani by zrobić kawał dobrej roboty. Jednak proza życia mocno krzyżowała nasze plany zanim wykonaliśmy pierwsze kroki w rejonie operacji…

Przeżywałem osobisty dramat w postaci jakiejś choroby. Wysoka gorączka, ciągły kaszel i osłabienie sprawiało, że opadałem z sił. Jednak to przecież milsim. Musiałoby mi dzień wcześniej urwać nogę bym nie pojechał. A i co do tego nie byłbym tak przekonany. Temat skomplikował się również w samym teamie. Dojeżdżaliśmy w dwóch rzutach. Co nigdy nam się nie zdarzało. Z powodów czysto technicznych najpierw miała zjawić się ekipa 3 osobowa w której sam się znajdowałem. A następnie kolejna trójka pół godziny po nas. Kalkulacja czasowa nie zadziałała. By wykonać zadanie musieliśmy już zacząć marsz do wyznaczonego punktu. Byliśmy w kropce. Mimo całkiem niezłej iluminacji tej nocy poruszanie się bez nokto nie należało do najbezpieczniejszych… bo chyba oczywiste, że zgodnie z prawem Murphiego, noktowizor należał do członka drugiego rzutu. Koncepcja w miarę bezpiecznego przemieszczania się w nocy na bazie przewagi technologicznej legła w gruzach. Trzeba było wrócić do tradycyjnych metod…

Wyruszyliśmy w silnym składzie. Paul, Procent i ja. Przyjęty szyk nie był jakoś szczególnie skomplikowany. Zważywszy na ilość osób. Paul szedł lekko z przodu. Nasza dwójka w większym odstępie od niego. Plusem tego, że ruszyliśmy się był fakt, że przestałem się dusić i kaszleć. Póki byłem w ruchu oddychało mi się o wiele lżej. Duży plus. W szczególności, że przestałem kaszląc płoszyć całą okoliczną zwierzynę i ściągać uwagę przeciwnika w promieniu kilometra (to był naprawdę głośny kaszel). Staraliśmy się wykonywać częste, ale krótkie postoje na nasłuch. Poprzez kontakt z TOCiem dostaliśmy info, że w rejonie naszego działania kręci się dużo wrogich patroli. Było to następstwem naszej obsuwy. Najgorsze było to, że męczyło nas wrażenie, że kontakt nie przyjdzie od frontu tylko z tyłu. Gonił nas czas. Musieliśmy przyspieszyć zanim ktoś wejdzie nam na ogon. Paul wprowadził po drodze stresującą sytuacje, w której nagle przyziemił, co było dla nas jednoznacznym sygnałem do przytulenia gleby. Po kilku chwilach obserwacji powiedział, że widzi czerwone światełko od aktywnego nokto. Ktoś nas obserwował. Po kilku minutach nerwów tym dzielnym obserwatorem okazała się maszt radiowy z oznaczeniem dla samolotów. „W nocy wszystko wydaje się straszniejsze”.

Po odwołaniu alarmu ruszyliśmy w dalszą drogę. Parę minut, które straciliśmy na rozpoznanie masztu doprowadziło nas do prawdziwego zagrożenia. Za nami w dolinie, z której przyszliśmy, zobaczyliśmy latarki. Ktoś szedł za nami. Nie byli to ludzie od nas. Jeśli mają nokto, to latarki nie są przecież potrzebne ! Po drugie taki sposób demaskowania nigdy nie był w naszym zwyczaju. To musiał być przeciwnik. Trzeba było gdzieś się ukryć. Ale gdzie ? Będzie widać nasze ślady… Spróbowaliśmy wbić się w młodnik. Latarki zbliżały się co raz szybciej do naszych pozycji. Jeszcze kilka kroków pod górę. Rozłożysty świerk wydawał się idealnym miejscem na ukrycie. Tu i teraz. Władowaliśmy się we trzech pod niego. Ścisnęliśmy mocno, a Paul złapał za jedną z gałęzi i przyciągnął ją do siebie by nas zasłoniła. Dosłownie kilka sekund później zdarzyło się coś rodem z tanich filmów. Jedna z latarek omiotła kilka okolicznych iglaków oraz ten pod którym siedzieliśmy. Brakowało tylko by się na chwilę zatrzymała na naszej kryjówce, a następnie światło powędrowało dalej. Wtedy to bym już chyba krzyknął „kręcił to ktoś?!”. Jednak na tym zakończyło się nasze szczęście. Zacząłem kaszleć. Próbowałem to zdusić, przykładać rękę i zapychać usta rękawiczką ale wciąż wydawałem z siebie dźwięki. Nie potrafiłem tego opanować. Sprzedam nas.. Paul gwałcił mnie wzrokiem. „ZAMKNIJ SIĘ JUŻ!” – był to idealny przykład krzykoszeptu. Bogu dzięki patrol który poruszał się po trasie był bardziej zajęty rozmową niż skanowaniem terenu. Nie wiem czy gdybyśmy zaczęli krzyczeć to by zarejestrowali ten fakt. Mieliśmy farta. Całkiem dużego. Gdyby trafiło na inną ekipę to by nas pozamiatali. Odczekaliśmy jeszcze dobre parę minut. Paul dostał histerycznego śmiechu obserwując mój kaszel. Procent chciał zabić i jednego i drugiego. Po tym drobnym incydencie mogliśmy ruszać w dalszą drogę.

foto 1Zamaskowana ekipa w pełnej krasie. Źródło własne

Podjęliśmy decyzje, że marsz tą samą trasą jest niebezpieczny. Trzeba zboczyć z głównego szlaku i przedzierając się przez śnieg dotrzeć do punktu na azymut. Wymagało to od nas pokonania jakiś 500 metrów równolegle do szlaku, a następnie odbicia od niego w las. Nie było to proste zadanie zważywszy na dużą pokrywę śniegową. Przypominało to raczej brodzenie niż marsz. Rozpoczęliśmy walkę z białym puchem. Co ciekawe, Procent jako osoba, która miała ustawiony canal search na radiu złapał coś. Podłapaliśmy komunikaty przeciwnika ! Nadawał do tego otwartym tekstem. Słyszeliśmy urywki rozmowy. Wspominali o patrolu zmierzającym z „paczką” w stronę bazy. Paczką mógł być jakiś facet bądź realny przedmiot. Ważne info. Jednak jeszcze ważniejsze było to, że jeśli łapiemy czyjaś rozmowę w tak dobrej jakości, to znaczy że jest całkiem blisko. Trzeba było podkręcić tempo ! Paul jako szpica miał ciężkie zadanie. Nasza dwójka ułatwiała sobie robotę poprzez ruch po jego śladach. Coś jednak musiało pójść nie tak. W takich warunkach prowadzący często skupia się bardziej na parciu do przodu niż obserwacji. Nic w tym dziwnego. Zdziwienie pojawia się jednak kiedy w prowadzącego uderza snop światła, który go całkowicie oślepia. Tak stało się właśnie w naszym przypadku. Dosłownie nabiliśmy się na przeciwnika. Blask latarki taktycznej oświetlił Paula jak jupiter na scenie teatru. Pierwsza myśl: Czemu nie strzelają ? Druga: Co dalej ? Paul stał jak słup na środku otwartej przestrzeni. Do szlaku jakieś 50 metrów. Do ściany lasu tyle samo. W tym śniegu nawet przy ogromnym wysiłku było niemożliwe odskoczenie. Nerwowa cisza. Co robić ?

-Paul.. do tyłu. – zacząłem szeptać leżąc w śniegu. Procenta i mnie nie widzieli. Byliśmy poza światłem, a z racji przyjętej postawy leżącej kryliśmy swoje ciało poniżej linii pokrywy śnieżnej.

-Dawaj !- ponaglał Procent

-Paul.. słyszysz nas ?! Odepnij ten cholerny plecak i leć. Będziemy Cię osłaniać!

-HASŁO ?!- pierwsze słowa przeciwnika wprowadziły nas w jeszcze większą konsternacje.

-Mamy dla was paczkę ! – Paul improwizował. Grał na czas. To była szansa by uciekać.

-TO WY?

- My !

- HASŁO !

- Paul, rusz się ! Zasłoń się plecakiem i dawaj !

-Nie pamiętam. Dajcie nam wejść z paczką !

Pach! pach! Odezwał się AEG. Paul dostał celną serią w korpus. Komuś puściły nerwy. Za bardzo zwlekał z decyzją. Przyszła pora, by zrobić coś z tym fantem. Odpowiedzieliśmy ogniem w kierunku światła. Sypaliśmy szczodrze. Tempo działania wzrosło w ułamkach sekund.

- JEST ICH WIĘCEJ !

- STRZELAĆ !

- GDZIE ?! GDZIE SĄ ?!

Kulki śmigały we wszystkich możliwych kierunkach. Ktoś nadal tłukł do Paula, mimo że już dawno dostał i wydzierał się informując okolice o tym fakcie.

Rozpoczęliśmy procedurę wycofania. Skokami staraliśmy zdystansować się od tego chaotycznego ognia zanim jakaś zabłąkana kulka nas dosięgnie. Szło nam całkiem sprawnie. Robiliśmy to dziesiątki razy. Jednak prawo Murphiego nie odstępowało nas tej nocy na krok. Kiedy zatrzymaliśmy się obok siebie. By ustalić na sekundę dalszy plan działania Procent wyłapał w radiu kolejny komunikat:

-Macie kontakt ?

-Tak, potrzebujemy waszego wsparcia

- Wchodzimy zaraz do bazy. Jesteśmy niedaleko !

Za naszymi plecami, jakieś 100 metrów od nas odpaliły się latarki. Byliśmy w potrzasku. Zostało tylko jedno rozwiązanie. Zabrać ze sobą jak najwięcej ludzi do krainy wiecznego respawnu. Szybkie wypięcie się z plecaków. Mobilność przede wszystkim. Bardzo nam się to przyda w tej chwili. Kolejna decyzja. Procent bierze patrol. Ja próbuje ogarnąć ludzi w bazie. Jeszcze przez chwilę poruszaliśmy się we dwóch. Chcieliśmy wykonać skok przez drogę, którą poruszaliśmy się wcześniej. Znajdował się tam rów, który umożliwiłby mi skryte podejście pod pozycje przeciwnika, a Procentowi dałby ukrycie tak bardzo potrzebne w zorganizowaniu zasadzki na patrol. % mnie osłaniał. Mocno pochylony ściskając broń przebiegłem na drugą stronę i zanurkowałem do rowu. KRACH ! Poczułem lodowate zimno. Piotr też zanurkował. Pod warstwą śniegu znajdował się lód, a pod nim woda w odpowiedniej temperaturze. Bogu dzięki nie było tak głęboko. Jednak od kolan w dół mój maskałat i mundur nasiąkł dużą ilością wody. Przeklinając w duchu wygramoliłem się z tej pułapki. Krótkie „powodzenia” i obaj ruszyliśmy w przeciwnych kierunkach.

Przyjąłem taktykę, która przypominała zabawę w podchody. Był to kolejny milsim. Gdzie w nocy sprawdzał się ten sam schemat. Latarka na broni to idealne rozwiązanie w pierwszej fazie działania. Oświetlasz cel gdy jesteś pewny, że znajduje się mniej, więcej w rejonie gdzie skierowana jest lufa. Zaskoczony i oślepiony przeciwnik nie ma szans, a Ty tylko poprawiasz punkt celowania i naciskasz spust. Tak mniej więcej dostał Paul. Jednak w chwili obecnej przeciwnik popełniał największy grzech. Skanował latarkami teren w poszukiwaniu mojej osoby. Zamiast pojedynczych błyśnięć i zmiany pozycji omiatał snopem światła cały rejon. Zachowanie to demaskowało jego ilość oraz miejsce stania. Do tego dochodziły okrzyki „Tam jest !” „Tam był wcześniej !” „Ślady, widzisz te ślady?!”.

foto 2Gunner gotowy do działania. Ciekawe czy jego replika też jest tak zdeterminowana by strzelać w tych warunkach ? Źródła własne

Mój oddech uspokoił się. Pierwszy szok miałem za sobą. Czułem, że mam szanse przemienić się ze zwierzyny w łowce. Przesuwałem się bardzo powoli i spokojnie. Metr po metrze. Za moimi plecami usłyszałem znajome furkotanie AEGów. Procent wdał się w walkę. Pojawiło się kilka okrzyków „dostałem!”. Nie zważałem na to. Miałem swój cel. Wiedziałem, że muszę być naprawdę blisko. Jest to akcja jednej szansy. Jeśli spudłuje to tym razem światła latarki skupią się na mnie- podobnie jak kulki. W mroku dostrzegłem, że przeciwnik kryje się za resztkami budynku przy drodze. Kawałki muru dawały mu zasłonę. Świetnie. Mogłem podczołgać się naprawdę blisko, a wciąż pozostawałem w polu zakrytym. Najgorsze były momenty, kiedy światło padało dosłownie obok mnie. Czasem w nerwach ktoś puszczał serie. Wciąż zachowywałem spokój. Nie strzelałem, nie świeciłem swoją własną latarką. Wiedziałem, że przez to wzbudzam w nich większy niepokój. Byli świadomi tego, że gdzieś tu jestem.

Strzały za moimi plecami umilkły. Prawdopodobnie Procent zrobił tyle ile mógł. Znając jego naprawdę dużo. Światła z tyłu zbliżały się do mnie w zastraszająco szybkim tempie. Obie grupy zaczęły się komunikować. „Słuchajcie, tam jest jeszcze jeden !” „Gdzie, wiecie gdzie?!” Kogoś poniosły nerwy i poszedł friendly fire. Ktoś dostał, drugi odpowiedział ogniem. To był właśnie mój moment. Moja „jedyna szansa”. Poderwałem się do biegu, doskoczyłem do zasłony, za którą znajdował się jeden z nich. Przyłożyłem dosłownie lufę do niego i krzyknąłem „ Nie żyjesz !” podniosłem wzrok do góry i zobaczyłem, że dwóch stoi tyłem do mnie. By nie mieć wątpliwości puściłem krótką serie. Trzech mniej. Nadbiegł czwarty- dostał. Nagle ktoś wystawił karabin zza kolejnego muru i na oślep zaczął sypać kulkami. Runąłem na ziemie. Podczołgałem się i wystawiłem broń na drugą stronę naciskając na coś miękkiego lufą. Bestialstwem z mojej strony byłoby naciśnięcie spustu więc znów krzyknąłem „Nie żyjesz!” Gdy kończyłem frazę poczułem palący ból na plecach. Mój przeciwnik nie miał skrupułów jeśli chodzi o prace na spuście jego repliki. Wściekły poderwałem się dynamicznie. Odpaliłem latarkę na mojej M’ce i przechyliłem się na drugą stronę by zobaczyć mojego oponenta. Kiedy już miałem ochotę wypluć z siebie wiązankę zobaczyłem… że nie ma okularów ochronnych. Całą tą groteskową scenę doświetliły latarki za mną, które skupiły się na mnie jak na operowym śpiewaku. Przyjąłem jeszcze kontrolną serie w plecy. Jak się pewnie domyślacie było po zawodach. Nie było sensu się kłócić. Nawet jeśli jego trafienie się nie liczyło, to już ich, owszem. Wypożyczyłem sobie tego człowieka. Mimo, że cała akcja zapadła mi w pamięci na lata, wciąż czuje ten niedosyt. Ciekawe co by się stało, jakbym go skasował i zerwał kontakt ? Pewnie bym się połączył z chłopakami z drugiej ekipy. Z ich nokto miałbym szansę na dalsze działanie. Zawsze zostaje to gdyby… :).

PS1. By było jeszcze ciekawiej, spotkałem się kiedyś z tym człowiekiem. Na innym milsimie w okresie letnim. Możecie wierzyć bądź nie… w tej samej sytuacji. Podczołgałem się pod zwalony konar drzewa. On leżał z jednej strony, ja z drugiej. Też w nocy ! Na oślep strzelał z gazowego Rugera co nie kwalifikowało się do grupy najmądrzejszych pomysłów. Kiedy skończył mu się gaz wstałem i… odkryłem, że znów nie ma okularów ! W przypływie furii wytargałem go na drugą stronę i beształem dobre kilka minut. Dopilnowałem by informacja ta dotarła do Organizatora. Wtedy byłem wściekły. Po wszystkim ludzie z teamu śmiali się, że będzie to stały punkt programu w naszych milsimach.

PS2. Nie połączyłbym się z ekipą z noktowizorem. Mimo, że byli bardzo zawzięci i chcieli nas pomścić „zginęli” chwalebną śmiercią. Wpadli w zasadzkę, z której mimo zadanych strat przeciwnikowi nie wyszli. Pytacie jak to możliwe? Przecież mieli tak wypasiony noktowizor! Operator, który go używał sprawił jakimś cudem że owe ustrojstwo zaparowało. W trakcie procesu czyszczenia i narzekania na sprzęt wbili się w strefę śmierci. Murphy czuwał nad nami do końca ;)


Komentarzy: 2 do wpisu “Gdzie podziały się tamte milsimy ? cz. III – Najkrótszy milsim”

  • Piotr Says:

    Przypadkiem trafiłem i szczerze mówiąc wymiękłem:) za grosz nie rozumiem połowy określeń, milsimy, bivy covery… trzeba będzie się dokształcić!

  • Pieka23 Says:

    Rewelacyjny felieton. Zazdroszczę wam tych przygód i opowieści, jakie dzięki nim snujecie. Swoją drogą, bardzo miło się to czyta. Ciekawy i interesujący styl wypowiedzi. Błagam, ciągnijcie dalej ten blog!
    Pozdrawiam.

Zostaw odpowiedź

Preview: