Czeska selekcja cz.5

Remi

…Gdy instruktor powiedział, że zaliczyliśmy zadanie nasze problemy nie skończyły się. Miałem wszystko przemoczone. Mimo wykręcania umierałem od drgawek. Myślałem, że zdechnę od zimna. Czesi przebrali się w suche ciuchy. Ja ich nie miałem. Peter pomógł mi i oddał mi parę spodni goretexowych. Zabrał je dodatkowo. Ubrałem je na gołe ciało. Było to rozwiązanie tysiąc razy lepsze niż noszenie moich mokrych spodni. Potrzebowałem ruchu… tu i teraz. Niech to nawet będzie ta walka… albo nie. Dopiero teraz dotarło do mnie jak okropnie jestem głodny. Gdy przestałem myśleć o zimnie zacząłem dręczyć się faktem, że tak dawno nic nie jadłem. Byłem jak zwierzę. Niech będzie tylko ciepło, niech pojawi się pożywienie i sen… nie potrzebuje nic więcej.

Moimi priorytetami życiowymi stały się rzeczy, które w codziennym życiu mamy na wyciągnięcie ręki i nie zastanawiamy się nawet nad nimi. Jednak w tym momencie te pierwotne potrzeby grały pierwsze skrzypce. Moje wymarzone jedzenie pojawiło się. Szkoda, że nie w wymarzonej formie. Na naszą 4 osobową ekipę dostaliśmy bochenek chleba, dwie konserwy 200 gramowe i jednego snickersa. Tak… wszystko to trzeba było podzielić na cztery. By zmotywować się, cały czas myślałem o swoich kabanosach i batoniku. Jeśli dotrę do punktu gdzie będziemy dzisiaj spać to zjem to. Zjem coś ze swoich oszukanych racji. Dam radę. Końcówka popołudnia zeszła nam na maszerowaniu. Tłukliśmy kilometry po lesie, odnajdywaliśmy kolejne punkty, przy których znajdowały się gridy do następnego punktu i tak w kółko. Przez to zaczynałem poznawać topografie miejsca. W pewnym momencie zrozumiałem, że w pewnym sensie znajdujemy się na poligonie. Po drodze mijaliśmy specjalny tankodrom do nauki jazdy sprzętem ciężkim. Ogródek saperski. Drogi łączące poszczególne elementy poligonu były wybrukowane kostką. Dotarliśmy też na wielką strzelnice czołgową przerobioną w jednym miejscu na ośrodek do walki w terenie zurbanizowanym. Bardzo ciekawe miejsce. Moje zainteresowanie byłoby większe gdyby nie głód który mi towarzyszył. Jednak jeszcze nie zdecydowaliśmy o podziale naszych żelaznych racji. Jeszcze trochę..

W nocy dotarliśmy do sosnowego lasu przy skraju drogi. Okazał się naszym miejscem noclegowym a zarazem punktem zbornym dla wszystkich ekip. Czekało nas tam kolejne zadanie. Bardzo intersujące. Na tym totalnym zmęczeniu dostaliśmy do rąk coś co wyglądało jak układanka. Tangramy. Wygooglajcie co to jest. Powiem tak.. układanie tego ledwo patrząc na oczy, na czas, w świetle latarki na ściółce leśnej grubo po północy jest bardzo ciekawym doznaniem. Coś tam udało mi się sklecić. Nawet miałem w miarę sensowny wynik ale były momenty kiedy trzymałem jakiś element tangramu i zacinało mnie. Nie wiedziałem co dalej zrobić. Z ogólnego przemęczenia i zimna głupiałem. Po wszystkim rozłożyliśmy nasze legowisko. Podzieliliśmy się również jedną konserwą. Demokratycznie zadecydowaliśmy, że każdy bierze po swoim 50 gramowym kawałku i 1/8 chleba. Reszta zostaje na jutro, bo nie wiadomo co nas spotka. Trzeba być przezornym. Nawet nie wyobrażacie sobie ile pracy zostało włożone w podzielenie tego chleba. Każdy każdemu patrzył bardzo dokładnie na ręce czy nikt nie kantuje. Ja kantowałem we własnym zakresie zjadając na oko 40 gram kabanosów i 2 kosteczki mojego batonika. Zostały jeszcze dwie. Rozszalałem się mocno bo czułem, że potrzebuje po tym śmiesznym morsowaniu dużego kopa energetycznego. Po takiej „wyżerce” mogłem iść spać.

Dzień trzeci zaczął się o wiele spokojniej. Nikt nie krzyczał, nie kopał nikogo. Szkoda, że zaczął się po 3 godzinach snu. Około 3 w nocy zostaliśmy obudzeni i dostaliśmy informacje, że mamy wyruszyć w stronę domku przy jeziorze. Tam jest woda pomyślałem.. nie. Nie zrobią nam tego znowu. Nie mogą.. Czemu się okłamuje ? Jak będą chcieli to zrobią bez problemu. Nic nie mam do gadania.. Spakowałem graty i wyruszyliśmy w ciemną noc na kolejny ciężki spacer. Nawigowanie nie było takie trudne, bo była to w końcu droga powrotna. Zgodnie z założeniem mieliśmy się tam stawić do godz 7.00. Udało nam się dotrzeć tam po 2.5h. Mieliśmy jeszcze godzinę snu. Nie trzeba było nas zachęcać. Odleciałem dosłownie po 2 minutach. Obudziliśmy się 10 minut przed siódmą. Kur… de! zaspaliśmy ! Zerwaliśmy się jak poparzeni. Ubraliśmy szybko buty, władowaliśmy w nieładzie nasze śpiwory do plecaków i biegiem ruszyliśmy przez tamę pod budyneczek. Udało się. Mieliśmy jeszcze 2 minuty zapasu. Tam czekało nas nowe wyzwanie. Nakazano nam ściągnąć plecaki i rozdano GPS trackery. Pudełeczka obklejone wodoodporną taśmą, które emitowały sygnał GPS. Na komputerze jednego z instruktorów zobaczyłem, że dzięki sprytnemu programikowi może obserwować ruchy ludzi. Cwane. Teraz będą kontrolować dokładnie nasze miejsce położenia i to jak się poruszamy. Nie było to koniec. Nakazano nam złożyć plecaki i pozostawić na sobie tylko broń i oporządzenie. Mieliśmy wykonać bieg na orientacje. Czad ! Uwielbiam to ! Bawię się w końcu w to od lat. Szkoda, że z reguły jestem na takich imprezach wypoczęty… W odstępach minutowych podchodziliśmy do stolika, przy którym siedzieli instruktorzy. Tam wydawano mapę do biegu, podawano czas w jakim należy się zmieścić i puszczano czas każdemu zawodnikowi. Było to pierwsze ćwiczenie, gdzie byliśmy zdani tylko i wyłącznie na siebie. Tutaj każdy grał solo.

Przyszła pora na mnie. Otrzymałem mapę. Wyciągnąłem z kieszeni Silvę. Mój ukochany kompas. Byłem w swoim żywiole. Zapomniałem o tym, że jestem zmęczony, o głodzie. Miałem 60 minut by zrobić trasę. Teraz liczyła się tylko ona. Szybki rzut oka na rzeźbę terenu. Pierwszy punkt jest na wzgórzu. Dobra, wiem jak tam dotrzeć. Na północ był taki wybetonowany parking a obok niego drewniana wieża strażnicza. Wystarczy ją minąć z prawej i krecha pod górę. Dam radę. Schowałem kompas i ruszyłem biegiem w obranym kierunku. Nie odczuwałem nawet faktu, że nie jestem w stroju do biegania i wygodnych adidasach tylko w mundurze i butach wojskowych. Leciałem mocnym i równym tempem biegu. Pod górę ani przez chwilę nie przeszedłem do chodu. Darłem jak obłąkany. Lampion na wzgórzu był całkiem dobrze widoczny. Perforowałem swoją kartę startową. By nie tracić czasu truchtając skanowałem mapę. Dobra, na azymut zejdę z góry w kierunku zachodnim. Powinienem dotrzeć do drogi i stamtąd cały czas szlakiem aż do rozwidlenia. Proste. Lecę ! Już po pierwszych 10 minutach wiedziałem, że biegnę na dobry wynik bo wyprzedziłem 2 zawodników, którzy startowali przede mną. To był mój bieg. Moja konkurencja. Nie było tutaj niemiłych niespodzianek. Wszystko szło jak po sznurku. Po pół godziny dogonił mnie jeszcze lepszy chart. Kolega z Polski, który startował za mną. Razem wlecieliśmy na metę z bardzo dużym zapasem. Prościzna. Przynajmniej dla nas. Jak się okazało. Osoby, które nie zmieściły się w czasie przeznaczonym na trasę.. musiały wystartować raz jeszcze. Znały teraz dokładnie ulokowanie punktu, ale kolejny taki kilkunastokilometrowy bieg to ogromna strata energii i sił, a przecież nie mieliśmy ich za wiele. Jeszcze by było brutalniej, ci którzy zmieścili się w czasie mogli przez ten czas odpoczywać. Z jednej strony żałowałem mocno Brodatego i Petera, bo im się nie udało i lecieli po raz drugi. Z drugiej… mogłem odpocząć. Nie miałem skrupułów. Po kilku minutach spałem jak zabity. Było cudownie…

RYS 1 zrodlo Sekcja Szkolen WysokogorskichRYS 1- Tratwy miały postać grupową… (źródło: Sekcja Szkolen Wysokogorskich)

Do czasu. Obudził mnie Michał i powiedział, że wszyscy mają bieg za sobą. Nowe zadanie. Budowa… tratwy. Tratwa równa się woda. Woda równa się… piekło na ziemi. Kiedy nożem ścinałem drzewa na tratwę miałem ochotę się rozpłakać. Trzeci raz ? Naprawdę ? Nie mają litości. Dotarło do mnie już, że na sucho tego nie przeżyje. Tratwa jest tylko i wyłącznie by przetransportować nasze rzeczy. Taki jest cel zadania- nasze graty mają przenieść się z jednego brzegu na drugi. Tratwa jest bazą ładunkową a nasze nogi i ręce jej silnikiem. Wybornie. Stworzenie tratwy i powiazanie jej sznurkami zajęło nam 2 godziny. Zmieściliśmy się w limicie. Teraz trzeba było zabezpieczyć odpowiednio nasze graty. Czesi mieli worki przeprawowe. Ja również. Mocno improwizowany. Z pałatki i worka na śmieci (szkoda, że nikt nam nie powiedział w Polsce, że worki przeprawowe są wymagane. To już bym na sto procent zabrał..). Nie ma co narzekać. Power tape zdziała cuda. Gdzie była „mina” ? By zabezpieczyć swoje rzeczy trzeba było się z nich rozebrać. Czyli znów zmiana outfitu na „same majtki”. Stanie na zimnie trzęsąc się i próbując zabezpieczyć ten cholerny plecak.

RYS 2 zrodlo Sekcja Szkolen WysokogorskichRYS 2 – … lub na pojedynczy plecak (źródło: Sekcja Szkolen Wysokogorskich)

Po 15 minutach miałem znowu dość. Plecaki były zabezpieczone a my czekaliśmy na swoją kolej. Wspólnie przetransportowaliśmy tratwę nad brzeg. A sami zwinęliśmy się we czterech w jedną kulkę, aby ogrzać się wzajemnie. Przyszła pora na nas. Najpierw tratwa na wodę. Trzyma się. Teraz jeden z nas musi zejść do wody jako pierwszy by układać plecaki. Michał poświęcił się. Po jego wyrazie twarzy wiedziałem, że jeśli chodzi o temperaturę wody, to nie zmieniła się od wczoraj. Wciąż ma status „cholernie zimnej”. Po załadowaniu plecaków na tratwę mieliśmy pewność, że nasz wynalazek działa. Oczywiście lekko zanurzył się i plecaki wyglądały tak, jakby utrzymywały się same na wodzie. Pozostało tylko wskoczyć do wody i jakoś przepchnąć to wszystko na drugi brzeg. Tylko wskoczyć…. Do trzech razy sztuka. Władowałem się do wody. Złapałem za swój róg tratwy i szaleńczo zacząłem pracować nogami. Raz dwa trzy, raz dwa trzy. Pracowaliśmy jak jedna maszyna. Byle tylko szybko to skończyć. Parę dodatkowych kopnięć nogą i nasza tratwa przybiła do brzegu. Proces rozładunku wcale nie był taki prosty, ponieważ brzeg był stromy i pokryty mułem. Tarzając się w tym świństwie podawaliśmy sobie plecaki, które niebezpiecznie wysuwały nam się z omdlałych rąk z racji tego, że ukryte były w śliskich i mokrych workach przeprawowych. Po paru minutach ciężkiej walki wypakowaliśmy cały ten majdan na brzeg, a tratwę wyszarpaliśmy z wody. Od razu zacząłem rozbrajać mój prowizoryczny wór by dostać się do suchych rzeczy. Wtedy dotarło do mnie, co się dzieje z niektórymi ludźmi z innych ekip. Teraz rozumiałem, po co jest nam obecność psychologa i lekarza. Jeden facet zamiast działać zwinął się w pozycje embrionalną i „ w kuckach” przygryzał swoją wargę, aż po twarzy zaczęła mu płynąć stróżka krwi. Drugi, który jeszcze bardziej mi zapadł w pamięć zamiast robić cokolwiek sensownego patrzył się na swoje stopy i poprawiał odmakające plastry, które zakrywały odciski. „Czyli nie jest jeszcze z Tobą tak źle stary” Pomyślałem. „Są tacy, co mają jeszcze bardziej dość od Ciebie. Dasz radę”

RYS 3 zrodlo Sekcja Szkolen WysokogorskichRYS 3- najgorsze jest wejście..(źródło: Sekcja Szkolen Wysokogorskich)

Kolejny szybki przepak. Tym razem miałem suche rzeczy. Jednak kiedy odchodziliśmy od brzegu nadal czułem jak mną trzęsie. To wejście do wody było najgorsze. Wynikało to pewnie z długiego czasu stania półnago na brzegu. Albo z przemęczenia wynikającego z trzeciego dnia walki. Pewnie jedno i drugie. Nie wiem czy powtórzyłbym to jeszcze raz. Nie chodzi nawet o moją niechęć i zarzekanie się, że więcej tego nie zrobię. Chodzi raczej o sam fakt, że nie miałbym już sił na to. Już teraz czułem, że w każdej chwili może złapać mnie skurcz i będą musieli mnie wyławiać. Dobrze, że przez cały czas płynęła przy nas łódka z instruktorami, którzy bacznie obserwowali nas i pytali co chwile czy wszystko jest ok. Nie było, ale powtarzałem to „okej” jak mantrę. Na szczęście to był koniec. A po wszystkim czekała nas piękna nagroda. Wspaniała wręcz. Ciepłe jedzenie ! Knedliczek i gorący sos z wkładką. Do tego w gratisie kromka chleba. Normalnie taka ilość jedzenia podrażniłaby jedynie moje trzewia. To byłaby jedynie przegryzka. Jednak w obecnej chwili miałem tak skurczony żołądek, że po tej porcyjce czułem się pełny. Mało tego, poczułem okropny ból brzucha. Nie wiem czy wynikało to z „przejedzenia”. Czy organizm nie potrafił tego strawić. Cieszyłem się, że jakoś to wepchnąłem w siebie. Niektórzy nie mogli jeść, albo wymiotowali. Po wszystkim ktoś okazał litość i mieliśmy siestę. W ramach odpoczynku mieliśmy ciekawy wykład o survivalu (siesta bez spania… słabo). Instruktor omawiał improwizowane metody wzniecania ognia, w jaki sposób należy „jeść by się najeść” (wbrew pozorom jest to trudna sztuka. Kiedyś opiszę parę tych trików). Wszystko fajnie, ale po 1.5h wykładu przemarzłem jak zwierzę. Czekało na nas na szczęście kolejne zadanie. Nie piszę tego z sarkazmem. To było jedno z tych „dobrych” zadań.

Na horyzoncie pojawił się znów instruktor od sztuk walk wraz z pomagierami, którzy przynieśli dużo gumowych gnatów, noży. Ochraniacze na genitalia i kaski używane w sztukach walki. Objaśnił nam przyszłe zadanie. Było nad wyraz klimatyczne. Idea była prosta. Zakładasz ochraniacz i kask. Zaczynasz za domkiem instruktorów. Wychodzisz na mały trawnik znajdujący się przed jego frontem. Twoim celem jest dotrzeć do szopy, która znajduje się jakieś 50 metrów od Twojego miejsca stania. Gdzie jest trik ? Po drodze masz minąć ludzi, którzy zajmują się swoimi sprawami. Ktoś stoi i rozmawia. Dwóch innych facetów pije sobie flaszkę przy stoliku na improwizowanym bazarku. Jakiś facet siedzi po turecku przed szopą i medytuje etc. Idea była prosta. Miało to przypominać spacer po jakimś targu na bliskim wschodzie. Miejscu hucznym, ruchliwym i wyjątkowo niebezpiecznym. Musiałeś zachować ciągła czujność. Nie wiedziałeś kto może być potencjalnym przeciwnikiem, a kto po prostu Cię zaczepia. Instruktor podzielił nas na dwie ekipy. Tych, którzy wykonywali zadanie i tych, którzy byli odpowiedzialni za podgrywkę. Każdemu członkowi z podgrywki dawał dokładne wytyczne co do zachowania. Czy mają być agresywni, jak reagować na zachowania osoby wykonującej zadanie etc. Wychodząc zza rogu budynku tak naprawdę nie wiedziałeś co dokładnie Cię czeka. A Twoje własne zachowanie mogło sprawić, że ktoś zaraz właduje Ci z partyzanta nóż pod żebro. Pozostało założyć ochraniacze, złapać dwa głębokie wdechy i zrobić ten pierwszy krok…


Zostaw odpowiedź

Preview: