Gdzie podziały się tamte milsimy ? cz. II

Remi

Śnieg skrzył pod butami. Wraz z Procentem ostrożnie stawialiśmy każdy krok. Ślady były bardzo świeże. Musieli być gdzieś w okolicy. Przez głowę przebiegło mi, że zrobiliśmy wyjątkowo głupio zostawiając resztę chłopaków w bazie. Zachciało nam się bohaterowania… Trudno. Damy radę. Musimy się skupić. Bardzo mocno. Trzymałem lewy sektor. Obserwowałem bardzo dokładnie zbocze przyległe do szlaku. Cholera. Ośnieżone iglaki tworzyły bardzo dużo martwego pola. Mogą tam siedzieć i jak ich miniemy wejdą nam na plecy. Popatrzyłem na ziemie. Nie ma śladów prowadzących w tamtym kierunku. Uspokoiłem się trochę. Zaczynam już wymyślać. Nagle wyłapuje kątem oka ruch po prawej. Słyszę szept Procenta: Są ! Patrol na drodze. Co najmniej 5-6. Ładnie się nabiliśmy. Co teraz ? Chowamy się za balami drewna po dwóch przeciwstawnych stronach drogi. Nie zauważyli nas. % podaje meldunek przez radio: Mamy kontakt. Jakieś 2 km od obozu. Odpowiedz: Gdzie? Gridy? Jaki kontakt ? To radio jest zdecydowanie za głośne ! 30 metrów. Są już w zasięgu. Procent patrzy na mnie. Ja na niego. Nie możemy dać im podejść bliżej. Nie zerwiemy kontaktu. Teraz albo nigdy.

„Wielka ucieczka”

Wychylamy się i zaczynamy tłuc do nich. Pierwsza dwójka nie ma najmniejszych szans. Reszta przytomnie rozbiega się na boki. Chyba jeszcze jeden dostał. Tłuką do nas !

-ZRYWAM !

-OSŁANIAM !

Broń zabezpieczona, lufa w górę i długa ile nogi poniosą. Lecę wzdłuż szlaku. Obrałem sobie już punkt. To drzewo będzie dobre. Wyrzucam nogi do przodu, robię parometrowy wślizg. Przewracam się obrotem na brzuch.

-OSŁANIAM ! RWIJ !

-ZRYWAM !

Zaczynam tłuc. MAGAZYNEK ! – po cholerę to krzyczę ?! Przecież tez to słyszą. Zmieniam. Pusty do worka. Znowu zrywam. Bieg!

Mijam Procenta, kryje się za jakimiś balami. Próbuje wygrzebać z ładownicy GPSa. Dawaj! Człowieku ! Szarpię go. Zrywamy dalej. Nie ma czasu. Kilka kolejnych skoków. Oddycham ciężko. Odrzuciliśmy ich. Dobra nasza. Biegniemy obaj. Jeśli można nazwać to biegiem. Odwracamy się co chwilę nerwowo. Przechodzimy do truchtu. Procent wygrzebuje GPSa. Są gridy. Możemy podać swoją pozycję. Nawołuje chłopaków przez radio. Ja rozglądam się. Gdzie jesteśmy ? Chyba cały czas wycofywaliśmy się równolegle do szlaku. Za tym zakrętem powinna być jeszcze jedna ścieżka… Krzyk ! Zamieram na ułamek sekundy. O ułamek za długo! Próbuje poderwać rozpaczliwie broń do góry i odbezpieczam ją jednocześnie. Daremnie. Dwie kulki trafiają mnie w nogę. Procent dostaje w bark. Padamy teatralnie na ziemie. Zbiegli na nas. Po prostu się na nich nabiliśmy ! Osz ^$@&@ ! Jest ich 5ciu. Wszyscy w kominiarkach. Krótka komenda: Opatrzeć ich i skuć.

Podchodzą do mnie. Odbierają mi broń. Zabierają magazynki. Przeszukują ładownice. Moja mapa zostaje zarekwirowana. Dobrze, że pozaznaczałem na niej kilka dodatkowych iluzorycznych punktów. Przynajmniej tyle. GPS Procenta też zostaje odebrany. Cwaniak wbił ogrom waypointów różnego typu. Też jesteśmy kryci. Niech sobie sprawdzają wszystkie po kolei. Powodzenia ! Nadal nie mogę przeżyć tego, że tak się daliśmy wytłuc. Jasna cholera. W tak dziecinny sposób !

-Gdzie dostałeś ? – nachyla się nade mną jeden z nich. Pewnie medyk

-Noga, prawa.

-Nie próbuj nic kombinować !

Facet zgodnie z procedurami milsima zakłada mi opatrunek. Spinają mi ręce trytami. Podnoszą z ziemi. To samo robią z Procentem. Prowadzą nas gdzieś. Idziemy pod eskortą luf w stronę zerwanego kontaktu. Świetnie. Tyle się namęczyliśmy by stamtąd zwiać. Teraz wracamy w postaci prezentu. Idealnie. Doprowadzili nas do ich głównego obozowiska. Całkiem przyjemnie urządzone. Z każdej strony w odległości 200 metrów od centrum bazy utworzono posterunki obserwacyjne. Zamaskowany namiot w którym znajdowało się Stanowisko Dowodzenia. Zagłębienia, w których siedzieli ludzie. Malutkie okopane ogniska nad którymi unosił się jedynie dym, bo były umieszczone w miejscach tak by nie można było zaobserwować z oddali ognia. Gdy zobaczyłem to wszystko jeszcze bardziej przeklinałem w myślach. Prawdopodobieństwo, że ktoś wyhaczy to miejsce jest naprawdę małe. Straciliśmy idealny moment, by przed naszą głupawą śmiercią przekazać reszcie ekipy miejsce gdzie znajduje się baza. Brawo dla nas !

fot 1 Zimowe milsimy prócz (jak sama nazwa wskazuje) oczywistego zimna miały swój wyjątkowy urok. Źródło własne

Usadowili nas w jednej z jam. Dostaliśmy prosta przestrogę: Krzyknijcie coś, a od razu was odstrzelimy. Nie powiem, całkiem sprawiedliwy układ. Zastanawiałem się przez chwilę czy wydarcie się nie jest złym rozwiązaniem. Byłem co najmniej pewien, że nasz dalszy „żywot” w tym milsimie będzie polegał na marznięciu w tej dziurze do końca scenariusza. Czyli jeszcze… długo. Z drugiej strony nie można się poddawać. Trzeba ponieść konsekwencje swoich czynów. Czekaliśmy na dalszy rozwój wydarzeń. Nastąpił po kilku minutach. Przybył do nas głównodowodzący strony wraz ze swoimi giermkami. Pech chciał, że była to osoba, z którą często „walczyliśmy” na tego typu imprezach i utworzyła się między naszymi grupami pewna personalna rywalizacja. Ból spowodowany głupotą od razu się nasilił i powiększał z każdym jego kolejnym uśmiechem. Zadał nam też trochę pytań. Jak się pewnie domyślacie nie poszliśmy na układ współpracy. Decyzja rządzącego była szybka. Przenosiny. Nie wiedzieliśmy do końca co to znaczy. W celu uświadomienia nas, władowano nam wory na głowy. Następnie gdzieś prowadzono. Dźwięk otwierających się drzwi. Bach. Ląduje jak dorodny wór ziemniaków na pace jakiegoś busa. Tak przynajmniej mi się wydaje. Kolejny wór ląduje obok mnie. Drzwi zamykają się za mną. Jedziemy. Staram się liczyć zakręty i myśleć pod jakim kątem skręcamy. Jednak łapie się na tym, że to i tak za dużo informacji do spamiętania. Dojeżdżamy prawdopodobnie na miejsce. Otwierają się drzwi. Chłodny podmuch powietrza rozbudza nas delikatnie. Ciągną nas gdzieś. Zapach jest stanowczo inny. Nie są to już góry. W pewnym momencie ściągają nam worki z głowy. Jeszcze przed wejściem do budynku. Cóż za błąd ! Rozglądam się na boki. Stary opuszczony dwór. Budynki po lewej, po prawej. Strome wzniesienie na lewo od budynku… na szczycie punkt widokowy z krzyżem. Bardo ! Jestem w Bardzie. Do tego w trakcie tego milsima władze miasta zostały poinformowane o imprezie i „działaniach wywiadowczych” jakie będą w nim realizowane przez jego uczestników. To znaczy, że jak ucieknę mogę spotkać współpracujących łączników… bądź wrogich. 50 procent szans. Pod jednym warunkiem… jeśli ucieknę. „Nie można się poddawać bez walki” – znów powtórzyłem swoją ulubioną myśl w głowie. Przekroczyłem próg wejściowy budynku. „Wkroczyłem” to sformułowanie mocno na wyrost. Raczej mnie tam wepchnięto. Kiedy me oczy ujrzały widok pomieszczenia i znajdujących się tam ludzi. Zakląłem w duchu z zazdrości.. (bardzo brzydko, więc nie przytoczę). Piecyk, który roztaczał przyjemne ciepło i podtrzymywał atmosferę zgoła odmienną niż na zewnątrz. Kuchenka, na której ktoś przygotowywał jedzenie ciepłe i normalne a nie jakaś S’kę bądź inne karbidowe MRE). Do tego ludzie chodzący w t-shirtach z replikami. Piękne Stanowisko Dowodzenia. Mój wrodzony optymizm szukał drugiej-lepszej strony medalu. Mnie też jest ciepło. Wreszcie się ogrzeje. Jak mózg zacznie mi odtajać to wymyśle jak się zerwać z tego miejsca….

8570535366_208f4b2b87_bźródło własne

Nadzieja umarła tak samo szybko jak się zrodziła. Przeprowadzono nas pod bronią do piwnicy. Ta już nie była ogrzewana. Procent zaczął odstawiać teatr i raz po raz szarpał się i rzucał próbując wyrwać się swoim oprawcom. Dobra metoda pomyślałem. Sprawdza ich jak będą reagować. Czy będą zdecydowani i siłowo go powstrzymają czy wprowadzi ich to w zakłopotanie. Obserwuje i widzę, że są pośrodku obu biegunów. Próba przymusu bezpośredniego jest chaotyczna, ale chłopaki zaznaczają swoją wyższość w tej sytuacji. Ponad ich ramionami widzę „cele” do której prowadzą %. Krzesełko, jakieś dziwne łańcuchy, kije. Okratowane małe okienko. Jest klimat. Przez to, że się zagapiłem nie zauważyłem swojej izolatki. Wpychają mnie w boczne pomieszczenie. Drzwi zatrzaskują się za mną z hukiem. Pusta mała komórka. Brak krzesełka. Jakiś połamany drewniany trzonek od szpadla w rogu i dużo miału na ziemi. Do tego śmieci, kartony i inne niepotrzebne rupiecie. Trafił mi się zsyp węglowy. Potwierdzało to zakratowane okno ze spadzistym parapetem wewnętrznym. Poszli pewnie przesłuchiwać jego jako potencjalnie ważniejsze źródło osobowe. Z reguły On zawsze był dowódcą strony na milsimach. Celebryta jeden. A ja mogę sobie gnić. Szaraczka zostawią sobie na później. Nie ma co dywagować nad tym. Czas myśleć logicznie. Najpierw ocena sytuacji. Tryty jakie mi założyli są słabe. Prawda jest taka, że z racji „humanitaryzmu” nie ścisnęli ich mocno i użyli wersji o małej grubości (parę lat później odkryje w Czechach jak należy to zrobić „dobrze”, a nawet „za dobrze”). Czas zastosować metodę z tanich filmów akcji. Podchodzę do ściany, w której osadzone są drzwi. Opieram plastikowy pasek o jej kant. Stojąc plecami do niego robię serie szybkich przysiadów. Chropowata powierzchnia pięknie współgra z mizernym tworzywem. Teraz odrobina bólu. Napinam mocno ręce i przez dynamiczne szarpnięcie rozrywam osłabione „kajdany”. Na nadgarstkach widzę czerwone pręgi. Zejdzie zaraz. Słyszę krzyk Procenta. Drze się niemiłosiernie. Zawsze ceniłem go za to, że potrafi wczuć się w klimat. Podkręca to całą zabawę. Słychać jakieś uderzenia. Pewnie walą po ścianach jakimś przedmiotem. Psychologiczne zastraszanie zawsze w cenie. Cały ten hałas jest dla mnie jak zbawienie. Podchodzę do okna z kratą. Lustruje je z każdej strony. Uśmiecham się pod nosem. Metalowy zardzewiały skobel owinięty drutem w celu zabezpieczenia całej misternej konstrukcji. Czas zdobyć oznakę „spontanicznego breacher’a”. Chwytam resztki trzonka. W rytm krzyków i uderzeń sam walczę z kratą. Okazuje się, że wcale nie jest tak łatwo. Z każdym kolejnym uderzeniem narasta lęk, że nie zdążę bądź ktoś to usłyszy. Pot kapie mi po czole. Jeszcze ze dwa razy, krzycz Procent dalej jeszcze raz… słychać kolejne uderzenia o ściany i okrzyki przesłuchujących… jednak jeszcze raz… POSZŁO ! Zardzewiały metal pęka. Ciekawe czy ktoś po wszystkim mnie zmiesza z błotem za tą dewastacje. Nie ważne. Odrzucam trzonek. Podskakuje do okienka. Ręce nie mają za co złapać. Nie mam punktu podparcia. Zsuwam się. … mać ! Próbuje jeszcze raz. To samo. Nerwówka narasta. Czuje jak pot leje się ciurkiem po moich plecach. No dawaj ! Wyskakuje po raz kolejny. Blokuje się na przedramionach. Palcami wbijam się w ziemie pod oknem. Wierzgam nogami uderzając o ścianę by podciągnąć ciało przynajmniej parę centymetrów wyżej. Jest ! Punkt ciężkości znajduje się za oknem. Niczym tłusta foka kręcąc biodrami i szurając ciałem o ziemie, przepycham się przez otwór. Jestem na zewnątrz. Kucam przy ścianie. Patrzę w górę. Nade mną okno. Lustruje okolice. Metalowy płot po lewej okalający posesje. To mój cel. Wystarczy go przeskoczyć i będę w spacerowym lasku. Czy są jacyś strażnicy na zewnątrz? Trzeba zaryzykować. W niskiej postawie szybko przemieszczam się pod płot. Wyskok. Metodą „strażacką” przerzucam ciało na drugą stronę i nie obracając się (to zawsze przynosi pecha. Kolejna cenna filmowa nauka) uciekam w las. Po pokonaniu kilkuset metrów trafiam na ścieżkę spacerową prowadzącą do parku w Bardzie. Ściągam kurtkę gore. Zwijam ją i wpycham pod pachę. Wkładam ręce w kieszenie i spokojnym krokiem ruszam dalej. Staram się uspokoić jednocześnie tętno i myśli w głowie. Wciąż „jestem w grze”. Teraz czas na mój ruch..

fot 3„Wielka ucieczka” w moim wykonaniu. Czyli opisane powyżej Bardo. źródło własne

„Czasem naprawdę pod górkę robi się dopiero po osiągnięciu szczytu…”

-Dawaj ! Damy radę! Zostało jakieś 200 metrów !

-Moja sekcja bierze lewą flankę! Będziemy zachodzić od stromej strony. Wy ogarnijcie prawą i spróbujcie ich spychać na nas !

-Panowie, szybciej, szybciej !

Czasem zmuszeni jesteśmy do podjęcia irracjonalnych decyzji. Ta należała właśnie do tej grupy. Szturm na bazę patrolową przeciwnika znajdującą się na górującym w tej okolicy wzgórzu. Przeciwnika, który posiadał od nas o wiele liczniejsze siły. Podjęliśmy to ryzyko licząc na efekt zaskoczenia i chaos. Nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewa się przecież takiej zagrywki. Musieliśmy wyeliminować jedno z plemion walczących w tym rejonie Hindukuszu zanim dojdzie do spotkania starszyzn frakcji trzęsących całym regionem. Nie mogliśmy dopuścić do ich połączenia. Wyeliminowanie kilku ważnych głów w trakcie zakulisowego spotkania może nie jest finezyjnym sposobem, ale skutecznym. Plan był banalny. Podszywamy się pod jedną z grup plemiennych. Wchodzimy na ostro przerywając spotkanie. Odstrzeliwujemy kogo się da i wycofujemy się. Następnie rozsiewamy różnymi kanałami info o tym. Zanim odkryją, że to kłamstwo, dojdzie do kilku ataków odwetowych. O próbie zjednoczenia nie będzie mowy. Przy odrobinie szczęścia będą ze sobą jeszcze długo wojować by pomścić swoich braci. Wymaga przecież tego honor. Honor… bardzo elastyczne pojęcie. Najlepszym przykładem jest właśnie to spotkanie. Są niby tacy honorowi, a jednak za plecami reszty, dwie ekipy już się dogadują jak ugrać najwięcej na tym całym plemiennym zjednoczeniu. Każdy orze jak może powiadają. Nie ważne. Mimo, że to co zaraz zrobimy to zagrywka niegodna „Specjalsów” to trzeba zrobić swoje..

Nie było sensu bawić się w ciche podejścia. Powolne podczołgiwanie się pod ich pozycje. Od szczytu dzieliło nas 100 metrów. W obozie było wystarczająco głośno. Czujki, patrole, obserwatorzy ? Żart. Byli zbyt pewni siebie. To ich góry. Ich dom. To oni tutaj królują. Zobaczymy… ostatnie 100 metrów. Przebieram nogami jak chart. Mięśnie ud palą niemiłosiernie. Każdy kolejny krok sprawia ból. Zaciskam zęby. Kątem oka widzę, że dopadniemy to wzgórze w co najmniej 3 osoby. Pozostałe 4 dotrą parę sekund po nas. Czy nie za późno ? Jak idzie drugiej sekcji ? 50 metrów… Ilu tango jest na szczycie ? 25 metrów…   Co jak będzie ich za dużo ? 10 metrów.. Bezpiecznik przełączony na ogień ciągły. 5 metrów. Dobiegnę do tego drzewa, to będzie dobra zasłona… 2 metry… Widzę głowę jednego faceta. Drugiego.. jeszcze nie… Dobiegam do drzewa, zapieram karabin o bok. Ognia ! Pierwsze serie trafiają najbliżej stojących. Posyłam kilka kolejnych w kierunku siedzących w okręgu. Zaskoczenie jest niewyobrażalne. Ludzie dostają i rozglądają się na boki myśląc, że to jakiś przypadek. Nikt jeszcze nie poderwał broni do góry. Słyszę strzały po mojej lewej i prawej. Reszta dobiegła na czas. Kolejny magazynek. Zmiana. Kolejny cel. I kolejny ! Nie można nazwać tego kontrolowanym ogniem. Sieje jak żółtodziób nakręcony ilością tango. Sieczka nie trwa długo. Z całego tego chaosu wyłania się wreszcie ogień przeciwnika. Ktoś obok mnie dostaje. Gleba !

fot 4„Jakie dwie rzeczy są najgorsze w Piechocie Górskiej ? Już w jej nazwie kryje się rozwiązanie zagadki: Piechota – Górska”. Źródło własne

Leżę przy drzewie i próbuje odpowiadać naciskając raz po raz spust. Magazynek. Kolejny od nas dostał. Misterny plan się sypie. Gdzie druga sekcja ?! Kulki śmigają obok mnie, część trafia w drzewo za którym się kryje. Nie szczędzą ammo. Nie muszą. Jest ich od groma. Idą na nas. Dosłownie. Idą i tłuką. Chowam się za drzewem i wciskam łokcie pod siebie by zmniejszyć sylwetkę. Zostało nas już tylko trzech. Nie ma nawet jak zerwać kontaktu… Niczym jak w amerykańskich filmach przybywa kawaleria. Tłucze nasza druga sekcja. Flankują ich. Wykorzystujemy odwróconą uwagę przeciwnika i też odgryzamy się ze swoich luf. Chłopaki wysypują się z drugiej strony. Jest ich trochę ! Bierzemy ich w krzyżowy ogień. Powoli przemieszczamy się od osłony do osłony. Ogień staje się bardziej kontrolowany. Krótkie serie. Dublety. Zwiększam też uwagę na cele do których prowadzę ogień. Druga sekcja prócz kilku znanych mi chłopaków to ludzie, z którymi działam pierwszy raz. Nie znam ich nawet dobrze z twarzy. Bez oznaczeń stron nie jest wcale tak łatwo. Kieruje się prostą zasadą. Jeśli oni walą do kogoś w centrum, to ja też prowadzę do niego ogień. Intensywność walk spada. Nigdy nie byłem świadkiem takiej masakry na milsimie. Skasowaliśmy spokojnie z 15-20 osób. Plemiona będące na spotkaniu strzelały nawet do siebie wzajemnie myśląc, że jedni wystawili drugich do wiatru. Może z 5-6 uciekło w nieobstawioną stronę. Dobrze. Opowiedzą o tym wszystkim. To tylko woda na nasz młyn. Nasze sekcje poniosły też straty. Rozglądam się. Z mojej ostało się tylko trzech ludzi licząc ze mną. Z siedmiu. Przechodzimy do okrężnej. Podchodzę do dowódcy „drugiej”. Widzę jego wzrok. Coś nie gra. BARDZO nie gra. Patrzę się na jego ludzi. Naprawdę nie kojarzę wielu z nich. Jest ich jakoś za dużo… Stanowczo za dużo. Część chłopaków, których rozpoznaje, w bardzo dziwny sposób kryje sektory. Mógłbym przysiądź, że mają broń wycelowaną w ludzi z własnej sekcji. Dowodzący dwójką w półszepcie wyjawia mi sekret, który chyba sam rozszyfrowałem:

-Stary… oni nie są od nas…

Nerwówka sięga zenitu. Dłużej nie utrzymamy tej farsy. Goście też czują, że coś jest mocno „nie halo”. Pada sformułowanie, które wbija przysłowiowy ostatni gwóźdź do trumny:

-Z którego plemienia jesteście ? – jeden „z nich” rzuca w eter.

Dla naszych ludzi brzmi to jak komenda. Słychać pojedyncze cykle zębatek i głuchy stuk kulek o mundury i oporządzenie. Kto znajduje się na bliższym dystansie używa zgodnie z mechaniką gry metody „silent kill’a” przez dotknięcie ręką ramienia przeciwnika i wymówienia „nie żyjesz”. Ktoś trzeźwo myśląc powiedział „jeniec” kierując broń w stronę faceta, który wymówił nieszczęśliwa frazę. Kilka sekund i druga sekcja pozbyła się 6 osobowego nadmiaru jej członków. Został tylko ten jeden jedyny. Kiedy sami już na spokojnie układamy sobie w głowie to co się wydarzyło zajmujemy się naszym niespodziewanym gościem. Nie trzeba go nawet naciskać. Przez zażenowanie i szok związany z całą tą sytuacją szybko wyjaśnia nam obecność swojej ekipy. Okazuje się, że plemienne korelacje są bardziej skomplikowane niż saga „Mody na sukces”. Pochodzi z niewielkiego rodu, który również miał wziąć udział w „spotkaniu starszyzn regionu”. Jednak ich mędrcy wyczuli pismo nosem. Wiedzieli, że zjednoczenie nie będzie opierało się na zasadach jedności i braterstwa. Wiedzieli też, że „najwięksi” dogadują się już za plecami reszty co do hegemonii i sposobu wchłonięcia maluczkich. By pokrzyżować szyki tym cwaniakom sami przypuścili atak. Zastanowiło nas to, że podjęli się tego tak małą grupą. Przecież to samobójstwo. Jednak tutaj też niespodzianka. Swoim planem podzielili się jeszcze z jedna zaprzyjaźnioną Rodziną. Mieli przypuścić atak wspólnie, ale coś się wysypało. Nie spotkali się w umówionym miejscu..

Nie trzeba być Einsteinem by połączyć to wszystko. Rozwiązanie jest bardzo proste. Trzeba ich odszukać i spotkać się z nimi. Mamy faceta na wabia. Teraz trzeba powtórzyć ten sam trik. Czas przeszukać zabitych. Zabrać im amunicje i odegrać ten sam teatrzyk raz jeszcze. Jeśli ten numer przejdzie to będziemy mieć o czym opowiadać po wszystkim. Do roboty !


Zostaw odpowiedź

Preview: