Czeska selekcja cz. 4

Remi

Kiedy instruktor poinformował nas, że to koniec imprezy poczułem się jakby Mikołaj przyszedł w tym roku wcześniej. Nigdy więcej pomyślałem. To już chyba drugi raz w ciągu ostatnich 24h kiedy taka myśl przemknęła mi przez głowę. Zabraliśmy wszystkie swoje graty. Popluliśmy trochę krwią, porozcieraliśmy stłuczenia i poszliśmy dalej. Marsz nasz był wyjątkowo krótki. Przeszliśmy wzdłuż brzegu jeziora przez tamę. Doszliśmy do punktu, w którym staliśmy idealnie przeciwlegle do drogi prowadzącej do domku instruktorów. Jezioro w tym miejscu miało szerokość jakiś 350-400 metrów. Miałem to wewnętrzne przeczucie. To cholernie nieprzyjemne przeczucie. Temperatura powietrza miała 5-6 stopni. Było nieprzyjemnie zimno. Wykrakałem.

Komenda była prosta- rozbieramy się. Ściągnięcie wszystkich tych warstw ciuchów było niezłą torturą. Z każdą kolejną warstwą czułem, że robię coś naprawdę głupiego. Dotarłem do momentu, w którym stałem z paskiem od pulsometru na klatce piersiowej i bokserkach. Dioda na pulsometrze wesoło mrygała… i wyjątkowo szybko. Było świetnie, trząsłem się jak osika. Lekarz obserwował nasze zachowanie. Instruktor zademonstrował nam „na sucho” (dosłownie, bo nie wchodził do wody) zadanie. Pokazał nam, że mamy zawiązać końcówki nogawek spodni. Następnie po wejściu do wody zarzucić je na tafle w taki sposób by nogawki nabrały powietrza. Następnie pod wodą na wysokości pasa mieliśmy ścisnąć je i voila ! Mieliśmy dwie improwizowane bojki, z których w bardzo powolny sposób (jednak jednostajny) uciekało powietrze. Po wykonaniu w wodzie takiego improwizowanego środka transportu mieliśmy przy użyciu nóg leżąc na nich dopłynąć na przeciwległy brzeg. Kiedy kolejne ekipy wskakiwały do wody zatykało ich dosłownie z zimna. Do tego marnowali kupę czasu na to by stworzyć te improwizowane bojki. Zastanawiałem się tylko dlaczego nie mogę po prostu przepłynąć tego kraulem. Szybko i bez kombinowania… ale przecież wtedy byłoby zbyt prosto. Przyszła pora na nas. Z jednej strony bardzo nie chciałem tego robić, z drugiej cieszyłem się, że już będę miał to za sobą po stanie w samych bokserkach na brzegu nie należało również do przyjemnych. Wychodząc z założenia, że zawsze najlepszą metodą jest technika głębokiej wody nie bawiłem się w stopniowe moczenie ciała tylko wskoczyłem do jeziora. Szok termiczny był straszny. Morsowisko dla ubogich pomyślałem. Trzęsącymi rękoma zarzucałem na tafle wody te cholerne spodnie. Raz po raz bez efektu. Dopiero przy kolejnym podejściu nogawki złapały powietrze. Ścisnąłem pas i położyłem się na bojkach. Pozostała trójka była już gotowa. Później jak się okazało powiedzieli mi, że już kiedyś bawili w takie coś na szkoleniu.. latem. Trasę z jednego brzegu na drugi pamiętam jak przez mgłę. Prawdopodobnie dlatego, że mózg wypiera nieprzyjemne przeżycia, a to należało na pewno do tej grupy. W połowie czułem jak palą mnie mięśnie nóg. Czesi byli ewidentnie szybsi ode mnie. Zastanawiałem się czy dam radę. Bez pomocy rąk nie wystarczy mi pary. Ściskając jedną ręką spodnie drugą machałem jak pies i tak na zmianę. Brzeg ewidentnie zaczął się zbliżać szybciej. Działa ! Jeszcze tylko parę metrów, poczułem mułowate dno pod nogami. Koniec. Tak przynajmniej mi się zdawało. W momencie kiedy wyszedłem na zewnątrz dotarło do mnie kilka faktów: Nie mam spodni na zmianę. Pozostała część rzeczy leży na przeciwległym brzegu. Jestem cały mokry, a zimny wiatr wieje z tej strony brzegu jeszcze mocniej bo nie otaczają nas drzewa. Dobrze, że Michał przypłynął pierwszy i w akcie łaski udał się w stronę tamy po nasze ciuchy. Plecaki zabierzemy sobie później. Będę musiał mu po tym wszystkim postawić piwo. Średnio wyobrażałem sobie podróż na drugi brzeg w obecnym stanie. Trzeba było się czymś zająć. Najlepiej wykręcaniem mokrych spodni. Myśl o tym, że wylądują zaraz na moim tyłku odbierała pozostałości komfortu psychicznego. Na plus muszę powiedzieć, że krążył między nami lekarz i przy użyciu pistoletu-termometru sprawdzał naszą temperaturę. Warunki bezpieczeństwa przede wszystkim. Po kilku minutach przybył Michał. Miał moje rzeczy. Ubranie suchej koszulki i polarka sprawiło mi ogromną radość jednak wciąż oczami pełnymi zazdrości patrzyłem na Czechów, którzy zabrali zapasowe spodnie. Może w czasie marszu jest im ciężej, ale zaraz będą w całkowicie suchych spodniach. Jak chciałeś tak masz. Coś za coś..

RYS 1 Sekcja szkolen wysokogórskichImprowizowane bojki ze spodni

Fot. Sekcja szkolen wysokogórskich WSOWL

Po przebraniu się we wszystkie ciuchy wróciliśmy razem po plecaki. Następnie nastąpiło ceremonialne przekazanie dowodzenia i sanek. Nowym dowódcą po Peterze został Brodaty, a ja przekazałem niewygodny bagaż Michałowi. Teraz myślałem tylko o tym by jak najwięcej iść. Po to by wysuszyć poprzez ciepłotę mojego ciała te cholerne spodnie. Zauważyłem, że jak czegoś pragnąłem albo mówiłem że nigdy więcej tego nie zrobię, to w dalszej części selekcji albo żałowałem swoich pragnień albo szybko uświadamiano mi, że znów to zrobię w jeszcze bardziej pokręconym wydaniu. Tak było również teraz. Pojawił się instruktor wojownik i zabrał nas znów na oślą łączkę. Tam pokazał nam po raz kolejny co to znaczy życie. W kolejnej lekcji sztuk walki (cała ta seria powinna mieć jakiś chwytliwy tytuł. Może „Ból jest dobry” albo „Ból kształtuje” ? ) poznawaliśmy techniki obrony bronią. Przerabialiśmy również scenariusze, w których napada nas ktoś z zaskoczenia a my mamy na sobie ciężki plecak. Jak się z niego wydostać, jak użyć go jako broni bądź zasłony. Cenne lekcje aczkolwiek bolesne. W szczególności obrona za pomocą broni. Nie używaliśmy standardowo używanych w WP gumowych kałaszy. Tutaj był real deal. Prawdziwy metal. Nikt nikomu nie robił pod górę i nie bawiliśmy się w chamskie zagrywki, w celu wyeliminowania konkurentów z innych ekip. Jednak nieszczęścia się zdarzają. Ktoś za mocno machnie bronią, źle zamarkuje i pokrywa komory zamkowej ląduje na Twojej twarzy. Załapałem się na taki przypadek. Klęcząc i plując farbą cicho liczyłem na to, że mam wszystkie zęby całe. Do tego dochodził głód, nie dostaliśmy przecież jeszcze nic do żarcia. Nie było fajnie… Prócz walki bronią mieliśmy epizod z używania noża. Bogu dzięki tutaj ktoś odszedł od zasady realności i wydał nam gumowe kosy. Wszyscy podchorążowie poczuli się jak w domu. Na WSO mieliśmy bardzo dużo zajęć walki wręcz związanych z nożem. Do tego jeden z nas mówiąc pieszczotliwie był hobbystycznym nożownikiem i interesował się tą tematyką. Mimo dużego zmęczenia „rezaliśmy” Czechów jak złoto.

RYS 2 zrodlo Sekcja Szkolen WysokogorskichWalka z przeciwnikiem i samym sobą

Fot. Sekcja szkolen wysokogórskich WSOWL

Założenie było proste- ten co dostaje nożem pierwszy przegrywa. Nikt nie oszukiwał bo często ciosy gumowym nożem były tak silne, że zostawiały siniaki. Ciężko byłoby ukryć fakt trafienia. Instruktor dwoił się i troił w kolejnych technikach i pomysłach. Kiedy zwykłe pojedynki przestały mu sprawiać radość wymyślił walki drużynowe. Jednak jego inwencja twórcza nie skończyła się na tym. Wymyślił coś na styl Igrzysk Śmierci. Staliśmy tyłem do polanki, a on układał na ziemi gumowe noże (trawa była tak już wydeptana że przypominało to klepisko więc łatwo było je dostrzec z daleka). Na sygnał wszyscy obracali się i rzucali się biegiem w kierunku najbliższej kosy. Zasada była prosta. Zrobić wszystko by przeżyć i wytłuc innych. Poza tą zasadą nie było innych. Podcinanie konkurentów jeszcze w czasie biegu, rzucanie się im na plecy bądź nieprzyzwoita gra zespołowa (ja mu się rzucę na plecy, Ty weź dwie kosy, zadźgaj tego z lewej, a później mi podaj drugą i będziemy jakoś się osłaniać..). Działo się. Kawał dobrej wolnej amerykanki. Również w tej konkurencji wychodziło nasze narodowe, wrodzone kombinatorstwo. Po walkach odkryłem, że prócz tego, że jestem dobrze obity, głodny jak cholera, chce mi się pić (tutaj na szczęście otrzymywaliśmy wody dużo, więc nie było z tym problemu) to wyschły mi całkowicie spodnie. Piękne powiedzenie „na żołnierzu zmokło, na żołnierzu wyschnie” po raz kolejny się sprawdziło. Wojskowe mądrości mają jednak coś w sobie..

RYS 3 zrodlo Sekcja Szkolen WysokogorskichFot. Sekcja szkolen wysokogórskich WSOWL

Powrót nad jeziorko i kolejne zadanie. Czasem bywa tak, że gdy robimy coś pierwszy raz to strach i niechęć jest mniejsza niż za drugim razem. Bo jesteśmy pod wpływem adrenaliny, bo nie wiemy z czym to się wiążę. Bywa, że ten drugi raz jest o wiele gorszy.. tak było w tym przypadku. Padał deszcz, zaczynała się szarówka. Dostaliśmy zadanie taktycznego pokonania przeszkody wodnej. Czytaj: Mieliśmy w skryty i jak najcichszy sposób w pełnym umundurowaniu wejść do wody. Poruszać się w szuwarach wzdłuż brzegu jeziora, w taki sposób by wartownik chodzący po drodze do niego równoległej, nie usłyszał nas. Następnie po dotarciu do tamy mieliśmy wyczołgać się bezdźwięcznie na skalisty brzeg i uciec do lasu. Na myśl o temperaturze wody i o tym, że tym razem będzie trzeba zrobić to jak najwolniej zbierało mi się na wymioty. Tym razem byłem też świadomy tego, że ładujemy się w całym mundurze i w butach. Może mundur jeszcze jakoś wyschnie.. ale buty ? Jestem głęboko w czarnej d…ziurze. Zgodnie z mottem przewodnim selekcji „robimy” zacisnąłem zęby. Ustaliłem z ekipą w jaki sposób to zrealizujemy i wystartowaliśmy. Najpierw bardzo cicho i powoli doczołgaliśmy się pod brzeg, następnie niczym krokodyle jeszcze wolniej zanurzaliśmy po kolei ręce, tułów i nogi. Początkowo wspierałem się rękami wbijając je w mułowate dno, następnie podciągnąłem nogi pod klatkę piersiową i zacząłem sunąć na „kucaka” jak kaczuszka wzdłuż brzegu kryjąc się w szuwarach. Wystawał mi jedynie boonie hat i kawałek głowy do nosa by umożliwić sobie oddychanie. Szok termiczny był straszny, jednak skupiłem się na wykonaniu zadania. Każdy krok musiał być poprzedzony wymacaniem dna by nie zgubić go i nie zejść całkowicie pod wodę. W takim wypadku wynurzenie się z niej na pewno by doprowadziło do stworzenia hałasu. Każda minuta dłużyła się niemiłosiernie. Z zaciśniętymi zębami przesuwałem się powoli stopą wyczuwając dno. Sunęliśmy cicho jak w jakiś promo-video o SEALsach. Szkoda, że nie byłem SEALsem. Szkoda, że wariowałem już z zimna. Czułem jak serce zaraz wypadnie mi z klatki piersiowej. I kiedy już byłem tak blisko stało się. Chwila nieuwagi. Straciłem grunt, głowa wpadła mi pod wodę. Zachłysnąłem się i poleciałem pod tafle. Panicznie zacząłem wierzgać nogami by złapać grunt. Poczułem jak ktoś łapie mnie za mundur i wyciąga do góry. Wiedziałem, że muszę to zrobić w miarę powoli by nie narobić hałasu. No i nie zadusić się. Wynurzyłem głowę. Zobaczyłem, że to Brodaty uratował mi tyłek. Jeszcze tylko parę metrów. Dotarliśmy do brzegu. Znajdował się przy samej tamie. Plusem był fakt, że brzeg był łagodny więc wyjście było w miarę proste. Minusem… że był kamienisty. Pierwszy wyczołgał się Michał. Powoli wysuwał się z wody. Centymetr po centymetrze. Robił parosekundowe pauzy na to by woda cicho ściekła z jego munduru. Znowu ruch do przodu. Znów pauza. Nad jego ciałem unosiły się kłęby pary. Tak jakby ktoś rozlał kubek wrzątku na śnieg. Gdy był już na zewnątrz przeczołgał się przez 2 metrowy odcinek trawy i zniknął w lesie. Przyszła pora na mnie. Ciężko mi opisać to, jakie było to uczucie. Nie potrafię słowami oddać tego co wtedy poczułem. Ból i zimno było niewyobrażalne. Wbrew pozorom w wodzie było cieplej. Miałem dość… Chciałem po prostu wstać, nahałasować. Wydrzeć się jak zwierzę i powiedzieć, że kończę. Do tej pory nie wiem co mnie powstrzymało od takiego zachowania. Może cholerna ambicja…


Zostaw odpowiedź

Preview: