Gdzie podziały się tamte milsimy ? cz. I

Remi

Zacznę nutką nostalgii. Każdy z Nas pewnie ma momenty, kiedy rozpoczyna sentymentalną wycieczkę w „stare dobre czasy”. Podróże tego typu związane są z różnymi sferami naszego życia. Również odnoszą się do naszej ukochanej pasji.  Nie będę tutaj stosował „dziadkowej metody” opierających się na dobrze znanym  „za moich czasów to było…. nie to co teraz!”. Prawda jest taka, że zaczynając jako nastolatek przygodę z Airsoftem w latach 2003-2004 już słyszałem głosy, że Airsoft schodzi na psy i kiedyś to było, a teraz to jest dno i metr mułu. Mamy 2015 rok. Airsoft rozwija się bardzo prężnie i ciągle ewoluuje. Co więcej, jest mocno rozpoznawalny również w środowiskach pozamilitarnych. Pamiętam czasy, gdy na hasło „ASG” najczęstszy odzew jaki się pojawiał to : „Nie wiem co to jest” albo „Taki ubogi paintball z plastikowymi karabinkami na te zabawkowe kulki ?”  W chwili obecnej ludzie pozabranżowi kojarzą czym jest ASG. Czym są repliki.  Podobnie w samej Armii. Jeszcze w 2009 roku kiedy zaczynałem przygodę z MONem AS traktowano w sposób prześmiewczy. W chwili obecnej spotykam się z całkowicie odmiennymi opiniami.
Jak ma się to wszystko do Milsimów ? Ludzi którzy bawią się w takie imprezy ?

O ich rodzajach i motywach możecie poczytać w bardzo starym artykule Procenta: http://blog.gunfire.pl/2013/01/12/masohista-czy-onanista-kim-jest-milsimowiec/ Jednak polecę jeszcze od innej strony i odświeżę ten temat.  Wiele osób, które ze środowiska Milsimowego wkroczyło w kolejny etap i zrobiło następny  krok na drodze rozwoju „militarnego” (a takim rozwojem może być działanie na broni palnej, a wykorzystywanie replik do treningów bezstrzałowych) wspomina dawne „milsimowe czasy”. Mimo ewolucji nie odcinają się od swoich korzeni. Ba! Wiele imprez milsimowych uważają wciąż za nie mniej ciekawe niż przedsięwzięcia, którymi się zajmują obecnie. Sam należę do takiej grupy ludzi i chciałbym w tym artykule zabrać Was w taką podróż w moje Milsimowe wspomnienia. Nie ma to na celu pochwalenia się. Pokazania czego to nie przeżyłem i jak bardzo zaangażowane było środowisko, w którym działałem. Chciałbym, by było to dla Was inspiracją. To tak jak dobra muzyka przy maratonie. Jak film wojenny, który obejrzycie przed wypadem na Milsima. Ma to na celu nakręcić Was pozytywnie. Po przeczytaniu tego pomyślicie „Dobre! Teraz moja kolej.” Część z Was, którzy mają dłuższy staż (pewnie też ode mnie) pokiwają głowami i sami przypomną sobie swoje ciekawe momenty z Milsimowych imprez. Jeśli rozpocznie to Waszą prywatną podróż sentymentalną również będę spełniony. Cel szkoleniowy zostanie osiągnięty :) Zaczynajmy.

fot 1Myślicie, że to mgła ? Nic bardziej mylnego- to ściana deszczu (źródło własne) 

„Deszcz padał z góry, z boku, a czasem z dołu”

Nasz patrol poruszał się w dół zbocza porośniętego lasem iglastym.  O rondo mojego bonie hat’a dudniły krople rzęsistego deszczu. Lało niemiłosiernie. Mijaliśmy wysokie formacje skalne. Głazy, które wyglądały jakby wyrosły tutaj od tych opadów . W wyżłobieniach płynęły strugi wody.  W powietrzu unosił się zapach wilgotnej ściółki i mchu. Jeśli miałem jakieś wyobrażenia dotyczące Bałkanów to właśnie spełniały się na moich oczach. Mówią na to sen na jawie. Z jednej strony klimat wręcz miażdżył, z drugiej strony nie było tak fajnie. Racjonalnie myśląc pogoda zweryfikowała boleśnie moje przygotowanie. Pokrowiec wodoodporny na plecak ? Po co, przecież jest podgumowany. Jasne… Wszystko było już mokre kilka godzin i litrów wody temu. O suchym śpiworze, bieliźnie, a nawet zapakowanym żarciu mogę pomarzyć.  Czułem się jakbym wszedł pod prysznic w ubraniu i go odpalił. Teraz jest w miarę okej. Idę. Ruszam się i jest w miarę ciepło. Wszyscy parują jeszcze po ostatnim podejściu. Gorzej, jak będziemy musieli gdzieś się zatrzymać. Moje buty też osiągnęły granicę nieprzemakalności. Dawno temu. Nawet nie chcę myśleć jak wyglądają moje stopy. Pewnie jak u topielca. Czuje jak farba do maskowania twarzy mimo dobrej jakości zaczyna mi spływać po szalokominiarce. Z drugiej strony czy tak naprawdę potrzebuje tego maskowania ? Deszcz jest tak intensywny, że ogranicza widoczność do kilku-kilkunastu metrów. Widzę jedynie zarys kumpla z przodu. Jeśli złapiemy kontakt ogniowy, to walka rozegra się na bardzo bliskim dystansie. Boleśnie bliskim. Będzie to chaos. Pod warunkiem.. że nasze repliki będą strzelać. Ciekawe jak ich mechanizmy zareagują po takiej dawce H20. Trzymam mocno kciuki za to, że przeciwnik nie doinwestował w sprzęt. Niech jego gnaty &$#&# trafi. Nie nasze. A propos trafiania. Grzmoty, które słychać co chwilę wprowadzają mnie w stan niepokoju. Mimo, że jesteśmy w niskich górach. To nadal góry… trzeba złazić z tego zbocza jak najszybciej. Te wysokie skały krzyczą wręcz „tutaj celuj”.  Mimo, że logika podpowiada, że trzeba się gdzieś schować i przeczekać ten Meksyk zabijamy instynkt samozachowawczy i wchodzimy pomiędzy skały. Szukamy jakiejś niszy, gdzie będziemy mogli pozostawić plecaki. Zbliżamy się do obiektu, w którym nastąpi prawdopodobny kontakt ogniowy. Idea jest prosta. Trzeba ściągnąć cały zbędny sprzęt przed walką by wejść do niej na lekko. Mobilność przede wszystkim.  Jest dobre miejsce. Zrzucamy graty, nakrywamy igliwiem.  Nawigator wrzuca do GPSa gridy skrytki, byśmy mogli wrócić do tego miejsca bez niepotrzebnych poszukiwań.

fot 2

Skały, które przytłaczają klimatem (źródło własne)

Przy sobie mam camelbaka i dodatkową wodę w manierce. Do tego jakaś S’kę w ładownicy. To niezbędne minimum w wypadku, gdyby coś się tak popruło, że już nie będziemy mieć okazji wrócić do tych plecaków. Ostatnie sprawdzenie sprzętu. Szybka odprawa zadaniowa. Docieramy do ruin zamku. Prawdopodobnie został on zajęty przez przeciwnika parę godzin temu. W jego rękach znajdują się zapisy danych  z naszego samolotu wywiadowczego, który rozbił się wczoraj. Nie trzeba podkreślać jak bardzo ważny jest to dla nas fant.  Omawiamy sposób podejścia. Podział na sekcje czyszczącą i osłaniającą. Procedury wycofania się z obiektu na wypadek dużych strat. Na szczęście działaliśmy w tym rejonie parę razy, więc obiekt nie jest nam obcy.  Aura jest też po naszej stronie. My jesteśmy w ruchu, oni stoją prawdopodobnie na wartach i mokną. Miejmy nadzieje, że „rozmokli” już wystarczająco mocno. Ostatnie sprawdzenie sprzętu. Głęboki wdech i ruszamy.  Pierwszy kilometr pokonujemy równolegle do szlaku w bezpiecznej odległości od niego. Zawsze istnieje możliwość, że są cwani i wysłali patrol pieszy.  Nawigator podaje odległość. 900 metrów. Ostatni odcinek pokonamy na przełaj kierując się na punkt. Ściskam mocniej chwyt broni, ręka ślizga mi się od wody po okładzinach. Mimo, że deszcz rozbijający się o liście zagłusza nawet moje myśli to i tak staram się uważnie stąpać po ziemi. Pięta, palce, pięta palce. Spokojnie i powoli wykonuje każdy krok. Omijam gałęzie, które mogą trzasnąć po nadepnięciu. Czuje bicie mojego serca. Mógłbym powiedzieć nawet, że je słyszę. Adrenalina rozchodzi się po moim organizmie. Sygnał zatrzymania. Znajduje najbliższe drzewo, klękam. Broń wycelowana przed siebie. Serce wypadnie mi zaraz z klatki piersiowej. Prowadzący coś zobaczył ? Żeby tylko nie zobaczyli nas pierwsi… Kolejny niewerbalny sygnał do rozwinięcia szyku. Musimy być już pod zamkiem. Przechodzimy sekcją na lewe skrzydło. To my będziemy wchodzić jako pierwsi. Wykonuje w swojej parze skok. Nisko i dynamicznie, jednak jak najciszej. Kładę się przy drzewie. Zabezpieczam skok drugiej pary. Cholera.. myślałem, że nie da się być jeszcze bardziej mokrym. Myliłem się. Kontakt z podłożem sprawia, że  mój mundur nasiąka wodą w nieznanych mi do tej pory miejscach.  Widzę znak. Teraz nasza kolej. Wstaję. Kolejny 20 metrowy skok. Jest! Widzę go. Ze ściany deszczu wyłania się zamek. Wyszliśmy idealnie na jego główne wejście.  Szybkie skanowanie przedniej ściany. Na murach nikogo nie ma. Pochowali się ? Muszą się gdzieś kręcić. Dołącza do nas druga para. Obracam się i rozglądam. Reszta chłopaków jest za nami jakieś 30-40 metrów. Osłona rozwinięta. Czas zrobić najważniejszy skok. Do wejścia prowadzi mały mostek, a przed nim odcinek pustej przestrzeni. Jeśli wyłapią nas na niej to jesteśmy ugotowani. Wytłuką nas jak kaczki. Dobra. Nie ma co bawić się teoretyczne rozmyślania. Albo oni albo my. Ważne by być jak najszybciej pod ścianą. Wtedy będziemy względnie bezpieczni.. przynajmniej na chwilę. Ruszamy ! Zrywam się do biegu, broń w gotowości do strzału, palec powyżej spustu czeka by tylko zejść w jego okolicy w przypadku gdy ktoś się wychyli. Jestem na otwartej przestrzeni, gest słabą ręką. Przechodzimy naszą parą na lewą stronę wchodzimy w 4’órkę równolegle na mostek. Zajmujemy obie ściany. Znak do chłopaków z ubezpieczenia by podciągali w naszą stronę. Nie zobaczyli nas ? Może ich tam nie ma? Spóźniliśmy się .. ?  Kontakt wzrokowy z kumplem z pary naprzeciwko. Lekkie kiwnięcie głową. Czas powiedzieć „sprawdzam”. Wchodzimy ! Mocny wykrok prawą nogą i jestem za załomem, moja dwójka siedzi mi na plecach. Kroimy tort. Wpadamy jednocześnie z drugą sekcją na przelotkę łączącą pierwszy dziedziniec z bramą. Dociskam się plecami do ściany, kryjemy sektory na krzyż.  Omiatam wzrokiem schody prowadzące do wejścia od wieży strażniczej. Ruiny mają konstrukcje otwartą bez sklepienia nad nami, więc deszcz wciąż do nas dociera utrudniając obserwacje. Przesuwam się delikatnie wzdłuż muru by powiększyć swój sektor obserwacji…. Jest ! Z za załomu wysuwa się postać. Najpierw lufa skierowana ku ziemi, następnie ręka, noga… Jeszcze nie, nie mogę spudłować. Palec wędruje na spust. Delikatnie naciskam go pokonując wstępny opór. Wydech.. Bicie serca, widzę go całego, obraca głowę. Jest parę metrów ode mnie. Obraca się w moją stronę. Zamiera w bezruchu. Klik! Klik! Dwa szybkie naciśnięcia spustu. Czuje szarpnięcie. Długa seria z mojej lewej. Facet dostaje, kulki uderzają parę centymetrów ode mnie. Przecież to nie mógł być on! Moja dwójka szarpie mnie do tyłu ! UWAŻAJ ! Druga dwójka prowadzi ogień na wprost. KONTAKT FRONT ! OSŁANIAM ! Obracam się i walę krótkie serie w stronę dziedzińca. Krzyk obok mnie. WSPARCIE DWÓCH ! Dobiegają ludzie z osłony. TRZYMAM FRONT! Sprawdźcie schody. OTWARCIE NA PRAWO ! DOŁĄCZ DO MNIE ! Sypią się komendy. Ekipa z osłony dołączyła do nas i walczymy razem. Działamy jak dobrze naoliwiony mechanizm. Trzech ludzi sprawdza pomieszczenie gdzie skasowałem pierwszego przeciwnika. Wraz z resztą poruszam się delikatnie do przodu by wyeliminować zagrożenie z przodu. Ostatni osłania tył by nas nie zaszli.  Tango znów wychyla się. Seria w jego kierunku. 3 kulki lecą w jego stronę. Dwa puste strzały, schodzę do niskiej postawy. PUSTY ZMIENIAM ! Facet wychyla się by wykorzystać tą okazje. Duży błąd. Moja dwójka czeka już na niego w wysokiej gotowości. Dwie krótkie serie wchodzą w korpus. Kolejny z głowy. Słychać naszego Gunnera. Grad kulek wpada na dziedziniec. Ludzie którzy poszli sprawdzać wieżę musieli wejść na mury skąd mają dobry wgląd na główny oraz jeden z bocznych dziedzińców zamku. Strzelanina rozkręca się i przechodzi na wysokie obroty. Nie ma sensu pakować się na otwartą przestrzeń znajdującą się przed nami. Niech oni omiatają ogniem ten kawałek terenu. Po radiu rzucam krótkie info: „Bierzemy ostatni dziedziniec ze studnią, będziemy zachodzić zewnętrznym pierścieniem”. Znajomość topografii tego miejsca to nasz duży atut. Za dwa metry powinno być otwarcie na lewo. Mała dziura w murze, którą można wyjść na zewnątrz zamku i następnie poruszać się wzdłuż jego murów.  Nawet jeśli ktoś na nich jest to skupia ogień do wewnątrz. Tam rozgrywa się całe piekiełko. Ważne, by tylko nasi dali radę. Cholera wie ilu „złych” jest w środku. Musimy jak najszybciej wyjść im na plecy. Lecimy we trzech. Puszczamy jeszcze kilka serii w stronę otwartej przestrzeni do przebiegających pomiędzy osłonami. Jesteśmy na zewnątrz. Zmiana magazynka… szybko topnieją. Za szybko ! Ciągniemy wzdłuż muru. Biorę sektor na wprost. Dwójka górę trójka tył. Odrywam co chwilę wzrok i patrzę na lewo czy przypadkiem poniżej nas nie ma nikogo. Zamek jest na wzgórzu a stok bardzo stromy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie nacierałby z tej strony. Zarówno teraz jak i wieki temu.

fot 3
Jeśli chciałbym nagrać film gdzie będą ruiny zamku, w których ukrywają się bezwzględni bojownicy to pojechałbym z ekipą filmową do Rudaw (źródło własne)

Jednak sprzęt obecnie jest zdecydowanie lżejszy i jest to łatwiejsze.  Bogu dzięki wsparcie nie nadchodzi. Właśnie. Wsparcie! Nieprzyjemna myśl przebiegła mi głowę. Musimy się uwijać zanim kolejni wpadną na zamek. Niekoniecznie z tej samej ekipy. Nie tylko my działamy w rejonie, a narobiliśmy już dostatecznego hałasu.  Dobra ! Jest tylnie wejście. Prowadzi na ostatni najmniejszy dziedziniec ze studnią na jego środku. Zdobycie go jest kluczowe. Można z niego wejść na najwyższą wieże górującą nad całymi ruinami, na jeszcze jedną niższą i do podpiwniczenia. Jedynego pomieszczenia na całym zamku. Prawdopodobnie tam znajduje się nasza zguba. Pytanie, czy wystarczy nas ? Jest nas tylko trzech. Miejmy nadzieje, że element zaskoczenia zrobi swoje. Wchodzimy ! Dziura jest na wysokości  klatki piersiowej. Kumpel kryje wejście, wybijam się z nóg podpierając się jednocześnie lewą ręką. Wpadam do środka. Przechwytuje znów broń by być gotowy do strzału i szukam najbliższej zasłony. Chyba nikogo nie ma. Wszyscy ruszyli wesprzeć swoich na głównym kierunku walki. Błąd ! Trzeba go wykorzystać. Dwójka i trójka ruszają w stronę piwnicy. Ja kieruje się w stronę niższej wieży. Muszę osłonić ich w trakcie przeszukania. Podchodzę do kamiennych schodów. Powoli z bronią wycelowaną w ich szczyt wchodzę na pojedyncze stopnie. Cały czas ze wzrokiem wlepionym w górny punkt staram się trafiać nogami na kolejny schodek. Powoli krok za krokiem. Wyskakuje on. 2 metry przede mną Łapiemy kontakt wzrokowy. Reakcja jest wręcz natychmiastowa. Naciskam spust.  Jestem o ułamek szybszy. Krzyk! Musiał dostać w twarz.  Dźwięk za mną. Tłuką w kierunku wejścia na nasz dziedziniec. Chyba złapali, że prujemy do nich z dwóch stron. NIC TUTAJ NIE MA ! Przeszukali piwnice. Może wysoka wieża ? Pewnie tam to zostawili ! OSŁANIAM WAS STĄD A WY ŁADUJCIE SIĘ NA WIEŻĘ! Wbiegam na szczyt schodów. Przyklękam i opieram broń o murek. O cholera… Jest ich dużo. Za dużo! Tłukę do najbliższych celów. Zmieniam magazynek. Znowu strzelam. Zlokalizowali mnie. Grad kulek wali w moją stronę. Słyszę nieprzyjemny świst. To musi być coś mocnego. Moje stanowisko jest spalone.  Słyszę w radiu „jeden z naszych dostał ! Cisną nas !” „ „Panowie, cały patrol wali w nasza stronę z kierunku głównej bramy. Posiłki ! Ulatniamy się stąd !” Cholera… tak jak myślałem. Wsparcie. Nie mamy szans. Trzeba zerwać kontakt póki jest jeszcze szansa. WALCIE TĄ WIEŻĘ ! WRACAMY !” Zbiegam po schodach. Robiąc parę kroków tyłem, puszczam kilka serii w stronę, z której spodziewam się, że zaraz na nas wypadną. BĘDĘ WAS OSŁANIAŁ! – krzyczę na cały głos. WYSKAKUJ JUŻ ! NIE MA CZASU ! SPOTYKAMY SIĘ NA DOLE ! Zbiegają już ze schodów. Dadzą radę. Wyskakuje na zewnątrz. Rozglądam się na boki. Ubezpieczam. Dwójka i trójka też przeciskają się. Jeden z chłopaków potyka się i ląduje na ziemi cały ciałem. Przytrzymujemy go by nie stoczył się na dół. Stromo. Bardzo stromo. Głęboki wdech i w dół ! Broń do gór i zbiegam. Nogi nie nadążają. Łapie się wolną ręką konarów i gałęzi by wyhamować pęd. Ostatnie parę metrów zjeżdżał na tyłku podwijając jedną nogę pod ciało. Jestem na dole. Sapie jak lokomotywa.  Pozostała część naszej trójki dociera do mnie. Pytanie co z resztą. W takiej sytuacji mieliśmy spotkać się przy plecakach. Trzeba ruszać.
-Medżi tam został !
-Co ?! – patrzę się na kumpla
-Jak z Osą wybiegaliśmy to przeskoczył mur od strony drugiej wieży i go przycisnęli przy studni.
-TERAZ TO MÓWISZ ?!
-DARŁEM SIĘ ZA WAMI ! NIC NIE SŁYSZELIŚCIE !
-Wracamy po niego…
Zmiana magazynka. Cholera. Zostały tylko trzy. Nie jest dobrze. Długa droga pod górę. Szybko, musimy mu pomóc. Może jeszcze nie dostał. Ślizgam się i nie mogę złapać przyczepności. MOKRE CHOLERSTWO ! Podpieram się co chwile ręką. Gnat uderza mi o ziemie. Jestem w połowie. Czworogłowe nóg palą mnie niemiłosiernie. Łapie łapczywie oddech. Jeszcze trochę. Dobijam do szczytu pierwszy. Słyszę strzały. Jeszcze się tłuką. Zaglądam przez dziurę prowadzącą na dziedziniec. Jest Medżi ! Kryje się przy studni. Niezły burdel. Tłuką do siebie niemiłosiernie. Ale kto ?! Friendly fire ? Nie ważne. Wołam go i sam kładę ogień. Dobiega do mnie, łapie go za chwyt od pasoszelek i wyciągam na zewnątrz. Znikajmy stąd. Nic tu po nas…

Historia pochodzi z Milsima Broken Arrow który odbył się w Rudawach Janowickich w 2007 roku.


Zostaw odpowiedź

Preview: