Czeska selekcja cz. 3

Remi

Kolejna pobudka. Wypad na zewnątrz. Dostajemy kolejny punkt nawigacyjny. Trik polega na tym, że wyrzucono nas gdzieś… Trzeba najpierw odszukać samego siebie i umiejscowić swoją lokalizacje w terenie, a następnie nawigować do punktu. Tym razem wszystkie ekipy zostały wyrzucone w tym samym miejscu, więc mamy możliwość dokonania burzy mózgów. Ktoś brzydko oszukuje i używa GPSa w zegarku. Ale cóż, instruktorów nie ma to myszy znów harcują. Przez to oszustwo idzie o wiele łatwiej. Po kilku km marszu odkrywamy, że punkt do którego idziemy to tak naprawdę to samo miejsce ze skalistym klifem. Nie trzeba być mistrzem dedukcji by domyśleć się co będziemy robić. Patrzę na Brodatego…. on też chyba wie co będzie się działo. Nie wygląda na zadowolonego.

Docieramy na miejsce. Bingo.  Z daleka widać czerwone światła instruktorskich czołówek. Towarzyszy im psycholog i lekarz (zapomniałem na wstępie powiedzieć, że dwóch takich panów zasilało skład instruktorów). Poczułem się od razu bezpieczniej. Tym razem ja już miałem pietra. Zjeżdżać w nocy ze skał? To trochę średni pomysł… Pomysł ten okazał się jeszcze gorszy jak dowiedziałem się, że jedziemy na grubo od razu z plecakami. Zajeb*ście. Dobra. „Robimy”. Zgrabiałymi od zimna łapami przygotowałem szpej, podczepiłem się do tej cholernej liny. Założyłem rękawiczki. Instruktor odpalił na chwilę czołówkę z czerwonym filtrem. Sprawdził czy wszystko gra i poleciałem. Tym razem cała czwórka zjeżdżała na 4’ech niezależnych żyłach. By poziom trudności był większy nie pozwolono nam odpalać latarek. Uczucie zjazdu w ciemność to świetne doznanie. Polecam wszystkim. Obijanie się o skały w trakcie tego zjazdu też. Dawno nie poczułem takiej ulgi jak wylądowałem na ziemi. A raczej o nią przywaliłem bo nie wiedziałem, że zbliżam się do niej i nie udało mi się zwolnić. Nakryłem się tylko plecakiem z tymi pieprzonymi sankami. Dobra. Jestem na dole, trochę obity ale cały. Podobnie jak reszta. Byłem dumny z Brodatego. Dał radę. Kiedy już chciałem ściągnąć uprząż przechwycił nas instruktor. Zabrał nas pod ściankę gdzie wcześniej się wspinaliśmy. Chyba go powaliło pomyślałem. Przecież nie będziemy się wspinać po nocy do diabła !  Jednak nie, nie będzie zabawy na wędkę. Wydano nam lonże z dwoma karabinkami na każdym końcu i instruktor zezwolił nam odpalić latarki czołowe. Mieliśmy… wejść na samą górę po idącej po skosie.. via ferracie. Improwizowanej via ferracie, w której nie było stalowej liny, tylko zwykły statyk,  a punkty zaczepienia składały się z kości i friendów. Gdy zobaczyłem jej odcinek oświetlony światłem mojej czołówki oczy przybrały wielkość 5’cio złotówki, a słowa jakie pojawiały się w moich myślach nie nadają się do publikacji. Nie no… git.  Teraz gdy o tym myślę dochodzę do wniosku, że świetnym pomysłem było podzielenie Polaków pośród czeskie grupy. Dzięki temu miałem o wiele większą motywację na zasadzie „przecież nie pokażę im że facet z Polski ma cykora, dam radę. Trzeba udowodnić to że jesteśmy lepsi”. Pewnie w ekipie składającej się z Polaków popatrzylibyśmy po sobie i ujęli to co myślimy jakimiś adekwatnymi do zjawiska słowami. Jednak w tym wypadku decyzja była prosta. Robimy. Ubezpieczenie pewnie to pokrywa… Wspinaczka była makabrą. Skały były zimne, mokre. Co chwile ktoś ślizgał się w wojskowych butach i obijał o skały. Ci będący niżej w takich chwilach przyjmowali na swoje kaski sypiące się z góry kamienie. Gdy jedna sekcja liny naprężała się ( w końcu była to zwykła lina, a nie jej stalowa wersja) inna skracała się, więc ktoś siłujący się w górnej sekcji ferraty utrudniał ekipie na dole. Oczywiście by było weselej puszczano cały team na raz. Impreza na sto dwa. Serce kołatało mi jak dzwon, pociłem się jak szczur i modliłem się by ktoś wyżej ode mnie nie odpadł. W końcu lonże miały swoją rozciągliwość, lina też, więc bez problemu spadając ktoś ściągnąłby i mnie. Doszło nawet do sytuacji, w której okrakiem omijałem jakiegoś faceta z innego teamu, bo się zaciął. Nawet Brodaty nie miał ochoty się zatrzymywać. Zawziął się  i walczył do końca. Podziwiałem go w tym momencie bo mogłem tylko domyślać się jaki jest to dla niego wysiłek. Nie tylko fizyczny. Ja miałem do czynienia z ferratami w  Alpach austriackich. Jednak ta mała raptem kilkudziesięcio metrowa ferratka dawała więcej wrażeń. O wiele więcej..  Kiedy wlazłem na szczyt czułem, że nieźle się prze…tyrałem. Pierwsza myśl: Jak zejdę na dół po plecak to zmienię koszulkę termo bo ta jest mokra jak szmata do wycierania podłóg. Druga: Chyba jestem już głodny. Dobrze, że mam jeszcze tą bułkę (jedną zdążyłem wciągnąć w trakcie marszu). Zbiłem z chłopakami z mojego teamu piątkę. Daliśmy radę, trzeba jechać dalej z koksem. Była już północ. Instruktorzy przekazali nam, że teraz dreptamy do miejsca noclegowego. Jest motywacja. By jeszcze ją podnieść powiedziałem sobie, że tą bułę ogarnę już na miejscu. Taka nagroda przed snem. Piękne, nie ?

„Noclegownia” okazała się laskiem nieopodal domku, przy którym startowaliśmy. Jakieś 200 metrów od jeziorka wcześniej widzianego z okna autobusu. Przy użyciu drzew, paracorda i pałatki zrobiłem sobie zadaszenie. Przygotowałem norkę i śpiwór. Dokonałem wszystkich czynności wieczornych. Czytaj- talkowanie pachwin  i innych szlachetnych miejsc podatnych na zatarcia. Sprawdzenie stóp i użycie Sudocremu (jeśli kiedykolwiek będziecie tłuc Harpagany, łazić na długie górskie marsze, nie ściągać przez długi czas buciorów bądź robić inne głupie rzeczy- miejcie ze sobą to cudo). Obiecana bułka na dobranoc. Wpakowałem gnata do śpiworka i mundur, by ogrzał się od mojego ciała. Czas spać. Pytanie na jak długo…

RYS 1 zrodlo Sekcja Szkolen WysokogórskichSpało się zawsze i wszędzie

..niedługo. Wybuch petard obudził mnie. Jakiś krzyk. Kolejny wybuch. To nie krzyk, to darcie ryja. Rozpinam norkę. Widzę instruktorów wywalających ludzi z ich legowisk. To chyba całkiem dobry powód by samemu wstać szybciej. W pośpiechu zbieram swoje graty, instruktorzy nakazują zabrać jedynie broń, ubrać się w cokolwiek i wychodzić z lasu na polane. Zabieram gnata i czołówkę, do kieszeni pakuje butelkę wody. Cholera wie kiedy wrócimy znowu do legowiska. Prowadza nas na betonkę znajdującą się na środku polany. Wygląda to jak scena w jakimś komicznym amfiteatrze. Dobieramy się w pary. Sprawdzian fizyczny. Patrzę na zegarek. Dobra pora- 4 w nocy. Te same ćwiczenia. Pompki, burpees i brzuszki. Instruktor zgodnie z obietnicą pilnuje nas. Mimo słabego światła i nocy rozpoznaje go. Facet jest przykładem „filmowego skurczybyka” (by nie użyć innego słowa). Wydatna szczęką, 3 dniowy zarost, na oko koło 40’tki. Budowa kulturysty skrzyżowanego z zawodnikiem MMA. Patrząc na niego nie mam nawet najmniejszej ochoty oszukiwać. Robię swoje. Ku własnemu zdziwieniu wynik mam podobny. Poprawiam się nawet na brzuszkach. Pewnie adrenalina zrobiła swoje. Po wszystkim mamy odbój jeszcze do godziny 6.00. Teoretycznie, bo o tej porze mamy się stawić przy jeziorze na drodze do „domku”.  Wstajemy 5.30. Ogarniamy graty. Wychodzimy na polane i tutaj zmiana planów. Czeka na nas instruktor, który egzaminował nas w nocy. Przeprowadza nas w rejon polany, który wydaje się w miarę płaski. Nakazuje ściągnąć sprzęt i położyć go w jednym miejscu. Gnaty i oporządzenie również. Zostają tylko numerki i nakrycia głowy. Później się okazuje, że czapki, które o tej porze wydawały się rozsądnym wyborem nie będą potrzebne.. podobnie jak bluza od munduru i koszulka termo bo… zaczynamy dwugodzinną lekcje walki w bliskim kontakcie. Formuła była bardzo prosta. Dobieramy się w pary. Instruktor pokazuje jakieś ćwiczenie, omawia je (trzeba przyznać, że facet władał dobrym angielskim. Pokazywał naprawdę interesujące i przydatne rzeczy. Do tego widać, że styl walki nie był stylem sportowym, a dopasowanym do realiów pola walki. ), a my je wykonywaliśmy. Każdy pewnie ma świadomość jak męczące są tego typu ćwiczenia. Czekaliśmy tylko na kolejny pokaz instruktora, by chwile ochłonąć. Poprawić porozdzierane numerki i złapać łyk powietrza, bo na łyk wody nam nie pozwolono. Głos rozsądku odezwał się po pierwszych kilkudziesięciu minutach. Wtedy wszyscy złapali, że ta lekcja nie potrwa szkolnych 45 minut, a zapowiada się na co najmniej półtora godzinny studencki wykład. Całkiem intensywny. Trzeba było odpalić instynkt samozachowawczy i… ściemniać. Przecież instruktor nie ma ocząt wokoło głowy. Tak przynajmniej myśleliśmy. Oj bardzo dużo kosztowała nas ta pomyłka. Gdy wyłapał nasze ściemki rozkaz był prosty: Podpór przodem. MONowski standard wkracza na międzynarodowe salony pomyślałem. Podpór na pięściach i jedziemy pompeczki. Instruktor liczy i robi z nami. Ładne z jego strony. W pewnym momencie wstaje licząc dalej, przechadza się między nami i kopie nas mocno w brzuch, po kolei każdego. Przy każdym kopniaku odlicza kolejną pompkę. 16 but, 17 but… dochodzi do mnie 18’naście (…. mać !!!). Odlicza do końca. Wstajemy i wracamy do ćwiczeń. Ściemki już nie uraczył nikt do końca treningu.   Do tego rozwiał się już sekret zakrwawionego numerka mojego kolegi. Każdy z nas po kilku technikach i jakiś przypadkowych łokciach albo mocniejszych wjazdach w twarz nabywa swój własny czerwony stempelek na numerze. Jest grubo. Tak jak powinno być !

RYS 2 zrodlo Sekcja Szkolen WysokogórskichTuż przed walką


Zostaw odpowiedź

Preview: