Czeska selekcja cz. 2

Remi

…Na samym początku czułem się mocno nieswojo. Wiadomo- bariera językowa, z drugiej strony dodatkowo fakt, że jest to ich ćwiczenie sprawdzające, a ja jestem tylko gościem. Wyszedłem z założenia, że będę po prostu jak turysta. Chodzę z nimi, staram się nie utrudniać, nie być najsłabszym ogniwem w teamie i tyle. Moja taktyka sprawdzała się przez pierwsze.. 20 minut. Coś szło zaje*iście nie tak.

Chłopcy sobie nawigowali, szliśmy doliną, coś tam po czesku mruczeli do siebie.. ale miałem wrażenie, że zatrzymujemy się za często i zbyt niepewnie zerkają na tą mapę. Nieskromnie powiem, że na nawigacji znam się odrobine bo setki km natłuczone na Harpaganach i dziesiątki pomyłek i błędów płaconych kolejnymi kilometrami trochę nauczyło mnie tej sztuki.  Wychodząc z typowo polskiego założenia „ginekologiem nie jestem ale zajrzeć mogę” doczepiłem się do kółka dyskusyjnego z mapą i wspólnymi siłami ustaliliśmy położenie. Tak jak się spodziewałem czekał nas.. nawrót :)  By było jeszcze śmieszniej to Czesi oddali mi mapę i pozwolili mi dalej nawigować. Zobaczyłem tylko gest instruktora, który się zaśmiał i pokazał mi kciuk. Po przejściu do jednego z wcześniejszych skrzyżowań sprawdziłem na mapie,  że czeka nas niezła zabawa. Wskazywały na to gęsto usiane poziomice. Punkt do którego mieliśmy dotrzeć był na szczycie całkiem godnej górki. Do tego nie było widać żadnych szlaków. Trzeba było zastosować starą dobrą „krechę”. Przyznam szczerze, że był to sprawdzian wydolności wszystkich w ekipie. Nawet instruktora. Waląc jak dzik pod górę z ciężkim plecakiem, w pasoszelkach i  z gnatem czułem jak leje się ze mnie pot jak ze zwierzęcia. Dyszałem jak lokomotywa, ale przez to że tak ciężko mi szło to tym bardziej się nakręcałem z wkurzenia na swoją słabość, że darłem pod górę. Gdy dotarłem na szczyt i zastanawiałem się czy nie wypadnie mi zaraz serce z klatki piersiowej, zobaczyłem że za mną jest tylko ten żylasty Czech. Instruktor i pozostała dwójka została grubo w tyle. Wiedziałem już wtedy, że polubię się z tym Czechem :) Michał, (bo jak się później okazało tak miał na imię) czuł mocno klimat.

Po dotarciu na górę pozostałej części ekipy rozpoczęło się poszukiwanie dokładnego miejsca, w którym powinniśmy się zjawić. Co ciekawe dopiero wtedy dowiedziałem się od wodza grupy, że zadanie jest czasowe i zostało nam 7 minut. Świetnie ! Presja czasu jest zawsze dobra. Motywuje. Łaziliśmy po płaskim szczycie pośród wysokiej trawy i zastanawialiśmy się czego tak naprawdę szukamy. Miejsca, przedmiotu, osoby ?  Po paru minutach błądzenia dowiedzieliśmy się co było celem naszych poszukiwań. Nasza górka z jednej strony nie opadała stromo tylko pionowo. Na jej północnej stronie znajdował się skalny klif. Teraz wszystko układało się w logiczną całość. Po to był nam sprzęt linowy. Zadanie było bardzo proste. Ściągamy plecak. Zostajemy w oporządzeniu i z gnatem, zakładamy uprząż, zaczepiamy się do liny i dowolnym sposobem zjeżdżamy na dół jakieś 20-25 metrów. Uśmiechnąłem się sam do siebie. W tym dniu, po kilku latach w sekcji wspinaczki wysokogórskiej, dla mnie i dla kolegów z Polski była to rzecz po prostu zwyczajna (reszta ekip też się zeszła w to miejsce, więc miałem już pierwszą okazję by wymienić z chłopakami opinie o ludziach z poszczególnych grup). Jednak jeszcze na początku mojej kariery z wojskiem miałem lęk wysokości. Baaardzo duży lęk. Pamiętam do tej pory swój pierwszy zjazd na linie i emocje z tym związane.   Po twarzach co niektórych mogłem się domyśleć, że to ich dziewiczy rejs. No trudno, będą musieli go przełamać. To nie moje zmartwienie. Miałem inne. Na tym punkcie otrzymaliśmy dodatkowy gadżet. Były to „sanki” do przenoszenia osoby poszkodowanej. Kawał plastiku ze stelażem wielkości dorodnego plecaka. Okazało się, że od tej pory mamy jedną sztukę takich sanek na team i co 24h będziemy się zmieniać w noszeniu ich. Jako osoba, która wlazła najszybciej na górkę zostałem wytypowany do zaszczytnego miana saniowego przez najbliższą dobę. Wspaniale! Poprzeklinałem. Założyłem je na plecak. (wyglądał teraz śmiesznie, jakby miał skorupę). Ubrałem swoją uprząż, podczepiłem się do liny, instruktor sprawdził czy zrobiłem to prawidłowo (całkiem miłe z ich strony) i puścił mnie do zjazdu. Nie powiem, też lekko poczułem motyle w brzuchu, ale kilkoma odbiciami znalazłem się na dole. Odczepiłem się od liny i wspiąłem się po ścieżce na górę. Dowiedziałem się, że teraz mały bonus. Robimy to samo.. ale z plecakiem. Tu już przestało być tak fajnie. Zjazd z plecakiem który świetnie ciągnie do tyłu może doprowadzić do tego, że można łatwo przywalić gdzieś o skałę. Druga kwestia to sprawa masy. Z plecakiem zjazd jest szybszy bo mamy większy ciężar. Już czułem ciepło wydzielane przez przecierająca się rękawiczkę. Dobrze, że w ogóle je zabrałem ze sobą. No i jeszcze te cholerne sanie…  Założyłem plecak, podlazłem do liny. By się do niej doczepić musiałem przyklęknąć. Czułem, że utrzymanie równowagi z plecakiem nie jest łatwe. Dobra. Jestem gotów. Instruktor sprawdza czy wszystko jest ok. Mam zielone światło na zjazd. Obciążenie przyrządu, napięcie liny i lecimy… dosłownie. Szybki świst liny przez przyrząd, zapach spalenizny, popularne słowo na literę K i przyziemiłem. Byłem już na dole. Wypiąłem się z liny, ściągnąłem rękawiczkę i sprawdziłem czy łapa jest cała. Git. Wchodzimy na górę.. jednak nie. Przechwytuje mnie drugi instruktor. Każe ściągnąć plecak. W tym momencie dołącza do mnie Michał. Okazuje się, że on też nie miał większych problemów ze zjazdem (cwaniak, jest lżejszy. Ciekawe co na to pozostałe „dwa misie”? ). Instruktor pokazuje nam ścianę. Po krótkim briefingu dowiadujemy się, że będziemy się wspinać na wędkę. Podobnie jak w przypadku zjazdu liczy się czas (fajnie, że ktoś dopiero teraz mówi, że czas zjazdu był oceniany). Nie ma problemu. Asekuruje jako pierwszy. Michał przeciera trasę. Widać, że nie jest wcale tak łatwo, bo mimo niewielkiej trudności ścianki dodatkowo robimy to w butach wojskowych, z gnatem na plecach, a ściana jest wilgotna. Strachu jednak nie uraczysz bo to raptem parę metrów. Michał dotyka szczytu. Opuszczam go na dół. Następnie moja kolej. Dwa tygodnie wcześniej skończyłem kurs wspinaczki skałkowej w Sokolicach, więc nie stanowi dla mnie ta drobna wspinaczka problemu. Ba, zamiast poczuć jakieś „ekstremum” to bawię się przy tym świetnie. Dotykam wreszcie szczytowej partii. Wejście zaliczone. Spokojnie mój partner mnie opuszcza. Wypinam się z liny. Pytam co z pozostałą dwójką. Żeby było śmiesznie jeden z nich też ma na imię Michał, a drugi Peter. (By było Wam łatwiej rozpoznać tego drugiego Michała będę nazywał Brodaty, bo posiadał bujny zarost.) Michał wskazuje mi stanowisko parę metrów dalej.  Peter wchodzi właśnie na ścianę. Nie idzie mu to szczególnie dobrze, widać że jest to jego dziewiczy rejs. Niektóre ekipy już kończą i zbierają się do dalszego wymarszu. Jesteśmy w plecy. Ale przecież nie aż tak bardzo. Tak przynajmniej mi się zdawało. Peter nie był drugim z pary ale pierwszym ! Po jego całkiem długiej walce swoich sił spróbował Brodaty i tutaj dopiero zaczęło się piekło na ziemi. Sformułowanie „nie szło mu” nie jest nawet w małym stopniu adekwatne do tego co tam widziałem. To nie była wspinaczka. Raczej walka o życie. Moja irytacja rosła z minuty na minutę, bo byliśmy ostatnią ekipą na placu boju. Brodaty w połowie drogi zaciął się na amen. Nie miał pomysłu na dalszy ruch i w odrętwieniu stał na skale trzymając się kurczowo chwytów. Peter doszedł do wniosku, że czas na oszustwo. Kazał Brodatemu nawet podskokami wybijać się do góry, byle wykonywać jakiś ruch wertykalny, a sam wkładając w to dużą siłę wybierał linę. Przypominało to pokraczny system bloczkowy do wciągania ciężaru na budowie. Jakby się zastanowić, to można powiedzieć, że nawet nie przypominał, a nim był. Po kilkunastu skokach i wyciągnięciach liny Brodaty dotknął upragnionego szczytu trasy. Byłem cholernie zadziwiony jak potraktuje to instruktor. Wyglądał raczej na rozbawionego. Sam bym się śmiał z tego… jakby przytrafiło się to innej drużynie. Po wymontowaniu swojego ciała z uprzęży Brodaty przyjął taktykę ciszy. Chyba nie miał ochoty wspominać o tej sytuacji, była wystarczającym upokorzeniem. Zabraliśmy swoje graty. Od instruktora dostaliśmy kolejny punkt i ruszyliśmy tym razem w dobrym kierunku od samego początku.

RYS 1 zrodlo Sekcja Szkoleń WysokogórskichŹródło: Skecja Szkoleń Wysokogórskich WSOWL

Każdy taki marsz był w pewien sposób chwilą wytchnienia od czekających zadań i dobra okazją do pogaduch. W tym czasie poznawałem swoich współtowarzyszy. Czym się zajmują, gdzie mieszkają, co ich interesuje etc. Standardowe rozmowy/zapełniacze czasu. Wraz z kolejnymi dniami selekcji tematy stawały się co raz głębsze i ciekawsze. Tego typu wypady mogłyby być świetnym eksperymentem socjologicznym. Jak bardzo duży wpływ na integracje grupy i otwartość jej członków mają silne przeżycia. Przychodziły też takie momenty, w których głód i zmęczenie wygrywał z chęcią socjalizacji i godzinami szliśmy bez zbędnego otwierania paszczy. To jednak już inna bajka. Wróćmy jednak do naszego zadania.

W ciągu tego marszu mieliśmy dużego farta, szliśmy jak po sznurku. Każdy skręt na leśnym skrzyżowaniu był dobrą decyzją. Miałem wrażenie, że nadrobiliśmy trochę straty. Tym bardziej upewniłem się w tym jak spotkałem inną grupę. Kumpel od razu z daleka krzyknął mi, że kręcą się już od pół godziny i mylą drogę. Zaczynała się powoli szarówka. Trzeba wspomnieć, że póki co mieliśmy też szczęście z pogodą bo nie padało. Ale ogólnie w tym rejonie było całkiem zimno. Każdy postój powodował duże straty cieplne. Teraz nie było to jeszcze takie kłopotliwe, ale z kolejnymi dniami i wraz ze zwiększającym się zmęczeniem i głodem będzie to bardziej odczuwalne.  Nie zaprzątałem sobie jednak tym mocno głowy, bo właśnie w tym momencie dotarliśmy do skrzyżowania, które było miejscem docelowym.  Jak widać, był to punkt zbiorczy dla wszystkich grup bo dwie były już na miejscu. Od momentu opuszczenia ściany wspinaczkowej nie towarzyszył nam żaden instruktor. W punkcie tez go nie było. Zgodnie ze starą dobrą wojskową zasadą pozostało czekać. A czekanie to oczywiście odpoczynek. To chyba pierwsza z reguł jakie poznałem na WSO i jakiej się trzymałem mocno. Gdzie można było odpocząć tam się odpoczywało, bo nigdy nie wiadomo co będzie później. W myśl tej zasady wypracowałem sobie pewien sposób działania na postojach. Gdy był to parominutowy postój siadałem pod drzewem bez ściągania plecaka i zarzucałem na siebie pałatkę by nie wyziębiać organizmu. Gdy postój trwał już do pół godziny wyciągałem norkę Summit’a . Bardzo zmyślna sprawa. Nosiłem ją bez stelaża więc wykorzystywałem raczej jako bivy bag. Gdy czas wydłużał się do godziny rozkładałem wersję „na bogato”. Śpiwór wciśnięty w norkę. Ciepło, wygoda, wypoczynek. Zapytacie czy jest sens się wypakowywać na chwilę snu ? Jest. Szczególnie jak ze zmęczenia odjeżdża się w ciągu 2-3 minut. Wszyscy podchorążowie z Polski stosowali taką technikę i była to nasza przewaga względem Czechów. Zmęczenie kreuje lenistwo. Kiedy dochodziłem do jakiegoś punktu, w którym można było odpocząć, pokusa by po prostu walnąć się na trawę albo oprzeć o drzewo i kimnąć tak jak się stało była wielka. Wiedziałem jednak, że „strata” czasu na wypakowanie czegoś, zaowocuje lepszą jakością snu i mniejszym wyziębieniem. Dzięki temu byliśmy bardziej wypoczęci niż nasi czescy towarzysze. Tylko kilku z nich stosowało naszą technikę. Ba. Gdy okazywało się, że postoje (w szczególności noclegowe) były w tym samym miejscu dla wszystkich grup tworzyliśmy swój mały namiot z pałatek i układaliśmy się jak najciaśniej by wykorzystywać swoje własne ciepło do wzajemnego grzania. W pierwszym dniu Czesi śmiali się gdy zobaczyli, że we 4’ech układamy się „na łyżeczkę” pod folią NRC. W kolejnych dniach nie było już to takie śmieszne :)  Podobnie zadziałałem na tym postoju. Wbiłem się w swoją norkę i przymknąłem oczy. Gdy obudził mnie jeden z teammate’ów odkryłem, że już jest noc. Cholera wie ile spałem. By było jeszcze ciekawiej stał przy nas czeski odpowiednik STARa 266. Wielka ciężarowo-terenowa TATRA. Autobus z miękkim dachem jak się popularnie w WP mawia. Zapakowałem graty i władowałem się do środka. Tutaj wielki szok… paka była ogrzewana ! Po parze wodnej jaka wydobywała się z moich ust przed wejściem na pokład oceniłem, że temperatura na zewnętrznym nie jest szczególnie wysoka… a tutaj ? Bajka ! Odjechałem po razu drugi..


Zostaw odpowiedź

Preview: