GF-Point 2015

Remi

Jeśli dotarłeś/aś do tego bloga, to nazwa ta nie jest Ci pewnie obca. Jeśli jednak z niewiadomych przyczyn nie wiesz o co chodzi. To w te pędy marsz na stronę rajdu i zapraszam do wnikliwej lektury! Warto :) W tym roku odbyła się kolejna edycja tej ogólnopolskiej imprezy łączącej dwie rzeczy, które są bliskie mojemu sercu. Biegi na orientacje oraz airsoft. Do tego organizowana przez ekipę, której w pewnym sensie jestem częścią. Musiałem się tam pojawić. Relacji z GFPoint’a, po zakończeniu każdej edycji, pojawia się wiele. Pisząc swoją chcę podejść do tematu trochę inaczej.

Jest to relacja osoby, która zna „obie strony”. Kwestie organizacyjne i ludzi, którzy tym się zajmowali, a zarazem od strony samego uczestnika. Z racji Maratonów Komandosa, Harpaganów i innych Tropicieli mam skalę porównawcza co do tego typu imprez.  Przyznam się za to bez bicia, że była to moja (wstyd mnie ogarnia) pierwsza edycja GFPointa, w której brałem udział. Na swoją obronę chciałbym napisać, że zapisywałem się na każdą wcześniejszą, ale zawsze obowiązki służbowe sprawiały, że na zapisie kończyła się moja przygoda. Takie życie. Przejdźmy jednak już do samej relacji.

1Punkt. rejestracyjny. Fot: Bartosz Wojciechowski

Przygotowanie

Logiczne jest, że prócz umiejętności (które po części też wchodzą w jego skład) najważniejsze jest to w jaki sposób wyglądało nasze przygotowanie do biegu. To ono determinuje często gęsto jaki mamy wynik na mecie. W skład przygotowania wchodzą treningi przed startem, dieta, sprzęt jaki mamy ze sobą i na sobie. Nastawienie psychiczne, poziom wypoczęcia itd. Tutaj dam Wam receptę na przyszłość… jak NIE powinno się przygotowywać do startu. A raczej jak wygląda brak przygotowań do niego i czym skutkuje ;) Człowiek uczy się na własnych błędach, ale jednak bardziej opłaca się robić to na czyichś.

Miał być to mój pierwszy start w GFP. Nastawiłem się na to mocno. Wyszedłem nawet z ambitnego założenia, że będę ćwiczył bieganie z obciążonym plecakiem. Po to by przyzwyczaić organizm do tego rodzaju wysiłku. Zrobiłem to… raz. Z braku czasu i natłoku zadań w pracy porzuciłem temat, a na dodatek rozchorowałem się tydzień przed startem. W piątek wieczorem koleżanka z ekipy zajmującej się imprezą przyłapała mnie na tym, że idę przez sale  z kubeczkiem rozpuszczonego leku na przeziębienie. Kubeczek ładny bo od G&G, ale ja już tak fajnie nie wyglądałem. Czułem się okropnie. Lekcja pierwsza- przygotuj się należycie przed startem. Ćwicz, ale dwa dni przed odpocznij. Jedź odpowiednie jedzonko, wcinaj magnez by nie mieć zakwasów.. i dbaj o swoje zdrowie.

Kolejny element przygotowania to ekwipunek. W kategorii Basic sprawa jest mocno ułatwiona. Odpowiednia bielizna termo, mundur, wygodne buty i mały plecaczek bądź camelbak na wodę. Można też dorzucić jakiś polarek pod spód, jeśli wychodzimy z założenia, że start nie jest biegowy, a rekreacyjny. W kategorii PRO poziom trudności rośnie. Tutaj musimy mieć plecak ważący 10 kg, kamizelkę która waży 2 kg i karabin 2.5kg. Co do karabinu i kamizelki problemu nie ma. Z reguły nasze zabawki i sprzętowe sety osiągają taką wagę bez problemu. Ważne, by dobrze ten sprzęt rozlokować a broń mieć w wygodnym położeniu. Przytroczyć ją w taki sposób, by była łatwodostępna. I co równie ważne, by nie przedobrzyć z wagą. Ja dałem ciała z jednym i drugim. W bazie rajdu dopiero pożyczyłem replikę (wychodzi moje przygotowanie) Okazało się że waży 3.7kg. Do tego mocowanie jej wyglądało tak, że nie można było jej odmontować z plecaka w szybki sposób. Co również odbiło się na mnie w późniejszej części imprezy. Problem pojawia się przy plecaku. Czym go wypchać ? Polecam gazety. Cały plik gazet dobrze złożony w całość i obklejony taśmą. Jest to wygodne, bo nigdzie nie będzie uwierać z racji plastyczności gazet. Druga sprawa- zawsze można odjąć parę sztuk by wycyrklować wagę plecaka. Rada ta wynika z moich poprzednich doświadczeń. W tym biegu nie miałem czasu zorganizować takiej ilości gazet i posłużyłem się 2 sztukami ciężarków od hantli o wadze 5 kg owiniętych w gruby polar, by nie obijały się o plecy. Głupi ja. Plecak ważył z 12 kg, a ciężarki w czasie biegu tak mi się przesunęły, że swoją krawędzią przy każdym kroku uderzały o kość ogonową. Następnego dnia mogłem się pochwalić dorodnym siniakiem w kształcie spłaszczonej piłki do tenisa. Jak sobie zrobiłem, tak miałem..

2Ważenie sprzętu przed startem. Fot: Bartosz Wojciechowski

Baza rajdu

Do bazy rajdu dotarłem w piątek parę  minut przed 22.00. Zdążyłem się rzutem na taśmę zarejestrować i wyruszyłem do hali sportowej, w której znajdowała się strefa noclegowa. Mimo tony gratów jakie miałem przy sobie i ogromnej chęci by je porzucić, zatrzymałem się na wysokości stolików, gdzie znajdowały się repliki przeznaczone na nagrody dla zwycięzców poszczególnych kategorii. Jedno słowo: Moc. Wiedziałem, że po tym jak się ogarnę to będę musiał tam wrócić by zmacać parę zabawek. Po wejściu na sale rozlokowałem się w jej środkowej części, bo większość dobrych miejscówek pod ścianą była już zajęta. Spotkało mnie to, co tak bardzo lubię na tego typu imprezach.  Przedstartowy klimat. Tłum ludzi na sali, przygotowanie sprzętu, pogaduchy, śmiechy, fajne hasła. Pozytywna atmosfera generowana przez całe to zgromadzenie. Nawet tylko i wyłącznie z tego powodu, by spotkać się i pośmiać, warto wybrać się na taki wypad :) Jest to też dobra okazja, by spotkać się ze starymi znajomymi. Przypadkowo natrafiłem na kolegę, z którym lata świetlne temu zaczynałem swoją przygodę z AS. Kolejny duży plus.

3 Baza biegu, miejsce noclegu. Fot: Bartosz Wojciechowski

Zapomniałem wspomnieć o pakiecie startowym. Prócz szybkiej rejestracji czekały na mnie fajne gadżety startowe. W tym ciekawy pomysł jakim była czapka od sponsora imprezy z wyszywanym imieniem. Drobna rzecz, a cieszy z racji indywidualizmu. Na minus mogę zaliczyć tylko jedną rzecz, ale jest ona wręcz niemożliwa do przeskoczenia. Chodzi o kwestie toalet i natrysków. Zawsze na takich imprezach jest ich za mało. Ale nie ma co się dziwić. Hale sportowe są przygotowane na obsłużenie dwóch drużyn po meczu, a nie 300 osobowej bonanzy, która po rajdzie wygląda tak jakby tarzała się w błocie. :)

Sobotni poranek czyli odliczanie do startu

Przyszedł czas na pobudkę, ogłoszoną przez megafon. Trzeba wstać i zacząć pakować wszystkie graty do startu. Dreszczyk emocji towarzyszył już od samego początku. Ubieranie munduru, pakowanie obciążenia do plecaka, montowanie gnata do niego. Ostatnie poprawki przy kamizelce, lekkie śniadanie. Spakowanie jakiejś słodkiej przekąski do plecaka. Zaczepienie kompasu oraz karty do perforacji na jednej smyczce. Sprawdzenie czołówki  i gotów do drogi. Szybkie śniadanie i kolejna informacja o zbliżającej się odprawie dla kategorii PRO. Dobra. Czas ubierać wszystkie graty na siebie i kierować się na dziedziniec przed budynkiem. Zastanawiałem się czy koszulka termo i bluza mundurowa to wystarczająca ilość warstw odzieży. W wyższych partiach może przecież być śnieg i niższa temperatura. Z drugiej strony zimno motywuje do biegu. Zostaje przy tym zestawie.  Wyszedłem na odprawę. Tam dowiedziałem się o zasadach bezpieczeństwa, które wcześniej zostały już ujęte w regulaminie. Wolontariuszki rozdały nam mapy. Poinstruowano nas na temat poszczególnych punktów na trasie. Następnie grupowe zdjęcie z banerem od sponsora (znów G&G- szkoda że nie miałem ze sobą mojego kubeczka !), odliczanie i…

4Start kategorii Professional. Fot: Bartosz Wojciechowski

Zaczynamy !

Ostatni rzut oka na mapę i ruszyliśmy. Część osób poleciała w jedna stronę, część w drugą. Skąd ta rozbieżność ? Dużym plusem tej imprezy jest fakt, że punkty można zaliczać w dowolnej kolejności a nie zgodnie z numeracją. Bardzo irytujące jest na imprezach nawigacyjnych gdy trzeba stać na pierwszych 2-3 punktach w kolejce by wystać do perforatora w celu przedziurkowania swojej karty startowej. W tym wypadku mamy również zadania różnego rodzaju, co jeszcze bardziej utrudniałoby temat i zwiększało długość kolejki.  Po analizie trasy wybrałem opcje wystartowania do punktu 7’ego a następnie zrobienie wszystkich punktów na zasadzie koła począwszy od nr 6. (na zdjęciu macie mapkę poglądową)

10269429_827269737311793_6715055028264033073_n Mapa biegu. Fot. Konrad Pochodaj

Droga do 7’emki nie była skomplikowana. Wiodła przez Walim a następnie drogą na południe. Był to odcinek, na którym organizm łapał o co w tym wszystkim chodzi. Szybko też zorientowałem się, że zestaw ubrań jest odpowiedni. Przez cały czas biegu ani razu nie poczułem żeby było mi zimno. Wbrew przeciwnie. Siódemka była punktem bez zadania. Jedynie perforacja i podanie swojego numeru osobie z listą.  Po zameldowaniu na punkcie pojawił się dylemat. Czy obiegać drogami punkt na 6. Czy próbować na przysłowiową „szagę” ściąć do tego punktu pod górę. Całkiem stromą górę. Wybrałem drugą opcje. Był to jeden z najgłupszych pomysłów w ciągu całego mojego startu w tym biegu. Po pierwsze zdyszałem się jak dzikie zwierzę już na samym początku. Okropnie wydoiłem się z sił, a przy tym gdzieś źle stanąłem na kamieniu co zaowocowało okropnym bólem biodra. Nie wspominając o tym, że na tym krótkim i prostym odcinku pobłądziłem, zmarnowałem dobre 30 minut i kiedy dotarłem na punkt stało już tam z 15 osób. By pokazać skale swojej głupoty, wspomnę o drobnym fakcie. Na siódemkę dotarłem pierwszy… Odpowiednie słowa cisnęły się na usta. Ale trzeba walczyć dalej. Punkt nr 6 okazał się punktem medycznym. Każdy uczestnik otrzymywał test z pytaniami dotyczącymi pierwszej pomocy. Jak wygląda algorytm udzielania pierwszej pomocy, jak postępujemy z osobą po podtopieniu, zasłabnięciu, jaki jest numer do GOPR etc. Wiedza ważna i warta zapamiętania przez wszystkie osoby, które bawią się w AS i inne militarne pomysły, wiec i kary czasowe za błędne odpowiedzi były całkiem dotkliwe.  Test rozwiązałem jak najszybciej, bo musiałem nadrobić czas i ruszyłem w dalszą drogę. Czekało mnie kolejne podejście. Tym razem na szczyt Małej Sowy. Nie powiem. Myślałem, że zwymiotuje płuca, albo pęknie mi biodro, ale z całych sił walczyłem by wyprzedzać kolejne osoby. Ze szczytu Małej Sowy było o wiele prościej. Kolejny punkt na który się kierowałem (nr 2) znajdował się na szycie Wielkiej Sowy. Różnica przewyższeń to raptem 40 metrów, a dalsza droga prowadziła po płaskim. Tutaj wrzuciłem 5’ty bieg i zacząłem nadrabiać swoją głupotę. Po dotarciu na punkt nr 2 zrozumiałem, że warto było słuchać odprawy. Perforator do karty znajdował się na dole przy schodach wieży widokowej będącej na tym punkcie… ale osoby które spisywały numerek i realizowały kontrolne ważenie plecaków były już na jej szczycie. Jak ktoś nie słuchał Pana z megafonem, który wyraźnie powiedział, że punkt jest w środku wieży… to mógł zmoczyć już na samym początku J Po zważeniu plecaka zbiegłem z wieży i rozpocząłem dalszą walkę biegową w kierunku punktu nr 12. To na tym odcinku mój wspaniały balast obrócił się w taki sposób, że zaczął tłuc mnie po plecach. W pewnym momencie myślałem, że nie wytrzymam z bólu. Wymyślałem różne prowizoryczne środki zaradcze. Podkładanie rękawiczek pod przestrzeń między plecakiem a plecami albo wpychanie tam własnej ręki. Jeśli ktoś widział na trasie rajdu faceta, który biegnie z jedną ręką pod plecakiem a drugą macha jak upośledzony to pozdrawiam. To byłem ja. W punkcie dwunastym należało jedynie perforować kartę i ruszać dalej. Było ślisko.. wystarczająco ślisko by wywinąć orła na ziemi, co oczywiście uczyniłem. Wstałem i ruszyłem dalej w kierunku piątki.

DSC_7028Uczestnicy na trasie. Fot. Bartosz Wojciechowski

W punkcie nr 5 w Schronisku Sowa czekał mnie test wiedzy dotyczącej Piechoty Górskiej. Kwestia przyjemna i fajna. Wreszcie pytania, w których czułem się mocny. Jest jedna rzecz, o której nie wspominałem. W czasie biegu warto mieć swój własny długopis. Nic nie szkodzi jak go zgubisz bądź nie masz. Ekipa na punkcie Ci go użyczyć… po zaliczeniu kilku pompek i przysiadów w pełnym sprzęcie. Fajny smaczek ;)

Po wyjściu ze schroniska dotarło do mnie, że na zewnątrz jednak jest zimno. Pomijam, że wszędzie leżał śnieg, z nieba też sypało, ale w trakcie rozwiązywania testu przysiadłem sobie na chwilę i „ostygłem”. Pierwsze 300-400 metrów szarpało mnie i czułem dreszcze. Nie wiem czy to z choroby czy z chwilowego wyziębienia, ale trzeba było znowu docisnąć biegiem by rozgrzać maszynę. Rozgrzanie to szło bardzo słabo. Wychodził mój brak magnezu i choroba. Mięśnie paliły bardzo mocno i miałem stany przedskurczowe. To ten masochistycznie przyjemny moment, w którym zadajesz sobie pytanie po co tak naprawdę to robisz… i nie ma na to racjonalnej odpowiedzi, ale jedziesz dalej J

DSC_7131Pogoda na trasie :). Fot. Bartosz Wojciechowski

Punkt nr 4 ! Dotarłem. Miło było popatrzeć jak dzieciaczki zjeżdżają sobie na „jabłuszkach” ze stoku, a Ty dyszysz jak koń po Wielkiej Pardubickiej. Punkt czwarty skryty był w klimatycznym barze Riese. Tutaj czekało nas proste i krótkie zadanie nawigacyjne. Dostawaliśmy małego GPSa, który wyświetlał odległość do celu (cel oddalony maksymalnie 500 metrów od baru) i strzałkę kompasu gdzie należy się kierować. Dobiegaliśmy jak po sznurku na miejsce i odkrywaliśmy „hasło” które trzeba było podać po powrocie do baru. Szybki bieg w jedną, szybki bieg w drugą. Podanie hasła, perforowanie karty (Czemu się tak Panu ręce trzęsą? Wszystko w porządku ? Pewnie, że w porządku. One tak już mają) i dalszy bieg.  W planie miałem zaliczenie trójki. Droga wydawała się bardzo prosta. Czerwony szlak przez prawie cały czas, a następnie zejście na drogę i dotarcie do czarnego. Tutaj po raz kolejny wykazałem się kunsztem „szagi”. Chciałem skrócić i schrzaniłem… nie wiem jak. Nie wiem po co ale odbiłem gdzieś na zachód przez co wyrzuciło mnie bardziej na południe. Możecie pytać dlaczego znowu zrobiłem taką głupotę… nie wiem. Wiem za to, że znowu spotkałem przed sobą faceta, którego wcześniej wyprzedzałem (swoją drogą to pozdrowienia dla niego. Pogadaliśmy trochę w bazie rajdu po wszystkim. Bardzo sympatyczny człowiek).  Razem podtruchtaliśmy pod trójkę gdzie znajdował się element sprawnościowy. 20 przysiadów z gnatem nad głową, obiegnięcie pewnego odcinka i 20 wejść na skrzynie. Również z repliką. Tutaj też zemściło się moje przygotowanie. Gnata miałem przyczepionego do plecaka „na sztywno” jak już wcześniej wspomniałem. Dużo czasu zabrałoby mi odpięcie go. Dlatego.. wrzuciłem cały plecak z bronią na bark by wystawała ponad głowę i robiłem przysiady.  Może i niezbyt mądre, ale czas oszczędziło. Po ukończeniu zadania sprawnościowego ucieszyłem się, bo (przynajmniej takie miałem wrażenie) dogoniłem osoby będące w czołówce. Wystarczyło teraz ruszyć na północ szlakiem czarnym i walić do 9’ątki. Wstyd mi o tym pisać. Dlatego skłamie, że opętał mnie jakiś diabeł, byłem totalnie zamroczony, bądź wstąpiła we mnie jakaś nieczysta siła… ale pobiegłem na południe. Nie wiem dlaczego do tej pory. „Spanikowałem” chyba. Dzięki temu zrobiłem sobie piękną pętle liczącą spokojnie 2 km i wróciłem do miejsca, w którym byłem zanim wbiegłem na punkt. Nie wiedziałem co zrobić, czy klnąć w niebogłosy czy płakać. Wybrałem jedną z tych opcji i cieszę się, że w okolicy nie było małych dzieci. Wyzywając samego siebie od najgorszych pobiegłem na 9’ątkę. Jeśli miałem szansę na lokatę w pierwszej dyszce, to właśnie poszły się czarować.. Droga do kolejnego punktu przebiegała na myślach tego typu i walce ze skurczami mięśni czworogłowych. Nawet nie wiem kiedy zorientowałem się, że pada mocny deszcz ze śniegiem. Szczerze mówiąc to parował tak, że nie odczuwałem zimna. Po całym biegu i wysuszeniu rzeczy na plecach munduru powychodziły piękne plamy z soli. Musiałem się zdrowo pocić.

DSC_7145Punkt z wykorzystaniem GPS, organizowany przez ekipę Przygodowego Rajdu na Orientacje TROPICIEL. Fot. Bartosz Wojciechowski

Punkt nr 9 przywitał mnie perforacją, Panowie ostrzegli o nakazie posiadania okularów na pyszczku ( w regulaminie było wyraźnie napisane, by mieć je cały czas, więc nie było z tym problemu) i pożyczyli powodzenia. Droga z punktu 9 na 10 określona była jako „droga obowiązkowego przejścia”. Była obowiązkowa.. bo czekała tam na nas zasadzka. Mniej więcej w jej połowie rozpoczynał się ostrzał AEGów. Czy był on ogniem celowanym, czy tylko na wiwat- nie wiem. Wolałem nie sprawdzać, a zgodnie z zasadą ucieczki z kill zone’a przesprintowałem odcinek 100-200 metrów. Na dziesiątce po perforacji karty musiałem dać sobie minutę bo serce chciało wypaść mi z klatki piersiowej. Bogu dzięki po kilku próbach odpuściło.  Od tej pory opuścił mnie nawigacyjny pech. (no może miałem jeszcze jeden przestrzał, ale to raptem 500 metrów, więc do przyjęcia). Na szczyt Włodarza wynawigowałem się bez problemu ( i bez  użycia szlaków) duktami leśnymi. Tzn łatwo było tam dotrzeć, ale już samo podejście to osobna historia, w której słowo „łatwo” się nie pojawia. Ogólnie ostatnie punkty pokazały mi, że przygotowanie kondycyjne, gdzie chcemy coś osiągnąć a nie idziemy rekreacyjnie, jest bardzo ważne. Powoli brakowało mi mocy. Dotarcie do numeru  11 też było proste. Tam czekał na mnie test z wiedzy o airsofcie. Bałem się go najbardziej, bo już dawno nie zajmowałem się stricte AS. Miłe zaskoczenie, bo strzeliłem tylko jednego babola. Z uśmiechem poleciałem do ostatniego punktu na mojej trasie. Kompleksu Włodarz !

10430830_827288050643295_3763520005347076021_nOdcinek obowiązkowego przejścia. Fot. Piotr Łopaciński

Dotarłem do niego od górnej części- południowej. Spotkałem tam Pana na drewnianej platformie, która była wybudowana na szczycie skalistego zbocza i lekko wysunięta do przodu. Myślałem, że jest to punkt zadaniowy. Okazało się to prawdą, jednak by go zrealizować Pan pokierował mnie na dół. Miejsce to było ściętym zboczem góry, w której wyryto rękoma pracowników przymusowych tunele jednego z elementów kompleksu Riese.

Tutaj zaczynała się tytułowa Operacja Wolfsberg. W „kantynie” znajdującej się na terenie kompleksu pobieraliśmy dodatkową mapkę z kartą perforacyjną. Zawierała ona punkty, które trzeba było odwiedzić na powierzchni, jak również pod ziemią. Punkty można było realizować w dowolnej kolejności. Ogromnym plusem był fakt, że za ich realizacje można było otrzymać nawet 90 bonusowych minut, które odejmowało się od ostatecznego wyniku. Ciekawe i klimatyczne. W punktach „naziemnych” znajdowały się takie zadania jak wyciąganie ciężarka ze studni na czas, punkt, w którym wystarczyło dokonać jedynie perforacji oraz dwa znajdujące się obok siebie. Strzelnica i drabinka speleo. Strzelnica okazała się bardzo prostym punktem, trwającym raptem kilka sekund. Trzeba było ustrzelić jeden cel większy i parę mniejszych. Ot, strzelanie na szybkość i celność. Odczułem pewien niedosyt, w końcu nie po to tyrałem tyle km tą replikę.. no ale trudno. Marzenia o killhouse’ie w kompleksie podziemnym trzeba odłożyć na później.  Za to punkt z drabinką speleo przypadł mi bardzo do gustu. Zadanie bardzo proste. Zakładamy uprząż, kask. Przypinają nas do asekuracji. Jesteśmy na dole, mamy być na górze. Ma nam w tym pomóc drabinka speleo. Easy ? Nie za bardzo. Bo ładujemy się na górę z całym dobrodziejstwem. Plecak, kamizelka, gnat. To raz. Dwa. Jak wiadomo drabinka tego typu ma tendencje do latania na wszystkie możliwe strony i obracania się. Podbija to poziom trudności i fun’u. Powiem szczerze, że jak łapałem się ostatnich trzech szczebli to ryczałem jak jeleń na rykowisku. Ciężka robota. Szczególnie, że przy ostatnim czułem, że jeszcze trochę i puszczę się. Świetny pomysł. Jeszcze lepszy dla ludzi, którzy robili coś takiego pierwszy raz.

10922857_827315543973879_7558655516970203423_n

 Drabinka speleo na Włodarzu. Fot. Konrad Pochodaj

Teraz element podziemny, bo jeśli chodzi o klimat to zajmuje on pierwsze miejsce. Zadania w podziemiach również można było realizować w dowolnej kolejności. Wejście do samych podziemi tez można było sobie wybrać. Uczucie po przekroczeniu drzwi prowadzących do „podziemnego świata” jest ekscytujące. Żółte światło lamp górniczych, drewniany szalunek, podpory stropowe. Ostre krawędzie skał, kapiąca woda i oczywiście Ty, lecisz biegiem w poszukiwaniu punktu mijając kolejne rozgałęzienia tunelu. Jest moc. O to właśnie chodzi. Zadania też należały do ciekawych. Przykładowo spotykałeś dwóch Panów w strojach z okresu. Informowali Cię, że są tylko strażnikami na warcie. Szukałeś punktu (C jak się nie mylę) który miał być gdzieś ukryty na całej długości jednego korytarza. I był. Owszem.. ale bez perforatora. Myślałem, że go ktoś powinął, więc wróciłem do strażników by ich o tym nieczystym zagraniu poinformować. Okazało się, że stoi tylko jeden i mówi, że on nic nie wie, jest tylko zwykłym strażnikiem, ale jego kumpel może wiedzieć coś więcej. Aha… i zaczyna się zabawa w poszukiwaniu kumpla. Okazało się, że stał schowany w  korytarzu obok. Fajny pomysł. Wprowadzał trochę zamętu.  Pojawił się również punkt z rozkładaniem AK. Łza w mym oku się zakręciła. Piękna sprawa :) Nie obyłoby się oczywiście bez testu wiedzy dotyczącego samego kompleksu. Szybkie rozwiązywanie w jednej z sal przy wcześniej opisywanym żółtym świetle pełnym grozy. Następnie bieg przez cały kompleks z powrotem do kantyny w celu oddania karty. Przeszył mnie przyjemny dreszczyk, kiedy poczułem podmuch świeżego zimnego powietrza, który był jasnym sygnałem, że zbliżam się do jednego z wyjść. Po chwili ukazało mi się światło dnia na końcu tunelu. Wbrew ogólnie znanej zasadzie, tym razem pobiegłem w stronę światła. Było warto. W końcu był to ostatni punkt. Po zdaniu dodatkowej karty i potwierdzeniu punktu nr 1 na głównej kartce zostało tylko „Walić do Walimia !” ( wiem, żałosny żart, ale musiałem to napisać). Wyszedłem z założenia, że to ostatnia triumfalna „szaga”. Nie da się już schrzanić nic. Trzeba napierać na wschód i wypatrywać parkingu z dużą ilością aut. Tak też się stało. Ostatnie godne podejście i widok na Walim oraz Centrum Sportowe. Zbieg z górki przez pola, obok czyjejś posesji, wbiegnięcie na parking (swoją drogą zawsze dziwi mnie to, że udając się na ostatni punkt, bez względu czy to półmaraton, maraton, czy nawet pełna setka… zawsze człowiek z radości ma tą siłę i motywacje na dobiegnięcie ostatniego kilometra) i upragniona meta. Na drzwiach, za którymi czekał koniec informacja.. że należy wytrzeć buty. Postąpiłem zgodnie z instrukcją, otworzyłem drzwi i przywitały mnie oklaski. (wiem, pewnie zawsze klaszczecie.. ) Mój pierwszy GFPoint skończył się. Dotarłem do mety. Spytałem z ciekawości, który dobiegłem. Okazało się że 14’nasty. Wiadomo, że zameldowały się też osoby, które nie miały zaliczonych wszystkich punktów. Że mogły mieć punkty karne.. ale serduszko mocno zabolało… Ściągnąłem z siebie graty. Następnie przed wejściem na sale zostawiłem skatowane buty i podreptałem na boso do rano zostawionych rzeczy. Pogaduchy z chłopakami, z którymi się ścigałem. Żarty, uśmiechy. Narzekania na bóle pleców, nóg, na drabinkę speleo. Później cudowny prysznic, świeże ubranie i tabliczka czekolady.  Z powodów dalszych zadań nie miałem przyjemności zostać na rozdaniu nagród. Żałuje.  Jak się później dowiedziałem, wcale nie było tak źle z moim wynikiem końcowym. Motywuje to bardzo i zachęca do kolejnego startu. Podsumowując obiektywnie (i uwierzcie mi, mimo, że GF jest mi bliski) GFPoint to kawał dobrej imprezy. Nie wiem jak wyglądały poprzednie edycje, ale zapytany przez Procenta co było na punktach nie tak.. ciężko było mi się do czegoś przyczepić. Może więcej zadań ? Jest to sprawa otwarta. Od siebie mogę powiedzieć, że polecam bardzo mocno start w tej imprezie. Czy to dla rekreacji, by przejść się ze sprzętem i poczuć klimat, czy po to by przeorać się biegiem przez góry. Jedno i drugie warte jest grzechu :) Do zobaczenia za rok na trasie !

10941024_827245600647540_2163605736965973048_n

 Zdjęcie grupowe kategorii Professional. Fot. Konrad Pochodaj

Autor zajął ostatecznie 4. miejsce w kat. Professional , jednakże z powodu współpracy z organizatorem jako blogger (tego bloga :) ) nie mógł partycypować w nagrodach. Tym bardziej gratulujemy motywacji przy braku możliwości zdobycia nagród! – red.

 

 

 


Komentarzy: 3 do wpisu “GF-Point 2015”

Zostaw odpowiedź

Preview: