Czeska selekcja… cz. 1

Remi

Selekcja. Magiczne słowo, którego znaczenie pewnie zna każdy kto jest mocniej wkręcony w tematykę militarną, a w szczególności w klimaty SFów. W literaturze, internecie, TV czy to z relacji ludzi którzy je przeszli pewnie wiecie jak wyglądają. Kilka etapów na które składają się testy fizyczne, które często nie opierają się jedynie na konkurencjach takich jak drążek, brzuszki czy bieganie ale również zawierają elementy będące „dodatkiem” od instruktorów egzaminujących, który bardziej dojeżdża człowieka niż powyższe. Następnie testy psychologiczne, często wielogodzinne, skomplikowane, zawierające krzyżowe pytania dzięki którym łatwo wyłapać nasze małe kłamstewka. Na końcu oczywiście upragniony „las”, który jest sprawdzianem naszej wytrzymałości. Tydzień bytowania w lesie połączony z forsowanymi marszami na orientacje  po górach z ciężkim plecakiem, brak snu, niewielkie ilości jedzenia, ciągły stres. Mnóstwo dodatkowych zadań, które nie tylko sprawdzają naszą wytrzymałość fizyczną ale również charakter i umiejętność pracy w grupie. Wszystko to, by wstępnie wyselekcjonować ludzi, którzy będą się nadawali do danej służby. Nieobca jest Wam pewnie „Selekcja” majora Kupsa, która poprzez swoją medialność trafiła do szerszego grona odbiorców, a nie tylko do ludzi zainteresowanych typowo tym tematem. Tam też mieliśmy podobny schemat, dużo zadań. Po kolejnych etapach ludzie byli wykluczani bądź sami rezygnowali nie wytrzymując trudu jaki trzeba było znieść. Trzeba przyznać taki „wypad” jest wyjątkowo dobrą okazją by się sprawdzić. Zobaczyć z jakiejś gliny jest człowiek ulepiony. Wiadomo, zawsze można samemu ustalić sobie jakieś cele. Spakować plecak, zebrać ekipę kumpli i pojechać w Bieszczady. Tam tydzień spędzić gardząc osiągnięciami współczesnej cywilizacji. Jednak nie oszukujmy się, jest to tylko i wyłącznie namiastka selekcji.  Brakuje tego odgórnego przymusu. Wpływu jaki wywierają instruktorzy i ciągła rywalizacja.  Te dwie zmienne są najbardziej znaczące  i  sprawiają, że jest jeszcze ciężej niż powinno ;)

Zawsze chciałem spróbować czegoś takiego. Zobaczyć gdzie są moje limity. Czy jest rzeczywiście tak ciężko. Pewnego majowego tygodnia było mi wreszcie to dane. Miałem szansę sprawdzić się i zobaczyć na co mnie stać. W pewien majowy tydzień tego roku  jako członek Sekcji Szkoleń Wysokogórskich wziąłem  udział w kursie Xtreme 2, który odbył się w Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych i Sił Powietrznych w Wyszkowie w Czechach. Kurs ten jest przeznaczony dla kadetów 4 roku Uniwersytetu Obrony w Brnie, a jego celem jest sprawdzenie ich umiejętności z zakresu survivalu, technik linowych, topografii oraz walki w bliskim kontakcie. Wraz z kilkoma innymi podchorążymi dzięki współpracy międzysekcyjnej miałem możliwość uczestniczyć w tym kursie. Jest on stworzony na podobnych zasadach jak wcześniej wymieniona Selekcja mjr Kupsa czy inne selekcje do SFów.

Od razu wyprzedzając pewne pytania napiszę, że jest to moja subiektywna relacja z tego przedsięwzięcia. To w jaki sposób ja odczuwałem trudy tego wypadu. Wbrew pozorom ( no i oczywiście ku mojemu wielkiemu zadowoleniu) wcale nie było tak tragicznie jak myślałem. Jestem też świadomy, że nie była to też selekcja na miarę organizowanych przez nasze jednostki specjalne ( bo i uczestnictwo w jednej z nich też mam po części za sobą). Z mojej oceny wynika że była prostsza, przynajmniej dla strony polskiej.  Może wynikało to z tego, że zostaliśmy w pewien sposób wyselekcjonowani, a Sekcja Szkoleń Wysokogórskich (polecam profil na FB, że tak od razu zareklamuje J ) przygotowała nas w znacznym stopniu do tego rodzaju wypadów poprzez rozwój umiejętności linowych, wspinaczkowych czy typowo outdoorowo-survivalowych. Tyle przydługawego wstępu. Przejdźmy do meritum. Czyli dokładnego opisu co się tam ciekawego działo. :)  Zaczynamy.

Dzień I

Była noc. Wrocław. Wsiedliśmy z całym sprzętem do busa, który miał nas dostarczyć pod Brno. Przywitałem się z chłopakami z Sekcji. Był to już drugi wypad,  w którym członkowie SSW brali udział. Nauczony doświadczeniem parę dni wcześniej wpadłem do kumpla, który był rok temu na eXtremie i dopytałem czego będę potrzebował. Lepiej uczyć się na jego błędach niż na własnych. Muszę przyznać, że jego rady jak się później okazało były bardzo cenne. Powiedział mi, by wielu rzeczy z pack listy nie zabierać. Instruktorzy nie przeglądają dokładnie plecaków (co ma miejsce na naszych selekcjach). Było tam kilka naprawdę zbędnych gadżetów.  Również zabieranie dodatkowej pary butów bądź munduru na zmianę to bezsens i zbędne kilogramy. Też mi się tak wtedy wydawało.. Poza tym dał mi bardzo cenną radę w kwestii jedzenia. Należy coś zgodnie z polską zaradnością ukryć. Jakieś cieniutkie kabanosy, batonika. Schować głęboko gdzieś pośród rzeczy i nie pokazywać. Przy pakowaniu swojego zestawu na wypad znalazłem takie miejsce. W kieszonce znajdującej się wewnątrz śpiwora ukryłem paczkę 80 gram kabanosów i jeden batonik. Śpiwór ładnie złożyłem i wsadziłem do worka kompresyjnego. Nawet jakby ktoś go z niego wyciągnął musiałby przemacać całą jego powierzchnie by odkryć moje małe oszustwo.  Ogólnie przy pakowaniu, starałem się dobrać tak rzeczy, by były sensownie rozłożone pod względem wagi i łatwego dostępu do nich. Nie użyłem standardowego „zasobnika piechoty górskiej” jaki wydaje Ojczyzna, a plecaczek Tasmanian Tigera. Dawało mi to dużą przewagę z racji wygody jego użytkowania. Tak spakowany, mogłem ruszać do boju… Co się później okazało, podobne triki zastosowali również moi koledzy. Tylko jeden z nich powiedział, że nie zabiera ukrytego żarcia. To było jeszcze przed rozpoczęciem. (Pamiętam jego słowa po 24h. W zdaniu zawierającym wiele wulgaryzmów pojawiło się również słowo „żałuje” i „głupi” :)) Podróż mijała nam na pogaduchach, żartach i dowcipnych rozmyślaniach jak będzie wyglądał wypad. Szkoda, że nie minęła nam na śnie, czego później bardzo żałowałem, bo  z automatu utrudniliśmy sobie sprawę jeszcze przed rozpoczęciem właściwej części. Ale tak to bywa, człowiek młody to głupi. Po dotarciu do Brna kierowca busa nas pożegnał, a my wsiedliśmy do autobusu pełnego kadetów czeskich, z którymi razem mieliśmy dojechać do właściwego miejsca, w którym miała odbywać się „selekcja”. Już wtedy zauważyliśmy, że część osób to również żołnierze zawodowi – podoficerowie. Prawdopodobnie będący na kursie przypominającym nasze studium oficerskie. Po kolejnej godzinie jazdy i zapoznaniu się z kilkoma osobami dotarliśmy do naszego celu. Przez zaparowane okna autobusu można było zobaczyć jak wygląda miejsce naszych przyszłych zmagań. Przypominało mi bardzo Rudawy Janowickie. Pagórkowaty teren, dużo skałek, w większości lasy iglaste. W centralnym punkcie przy drodze którą poruszał się autobus znajdowało się duże jezioro ulokowane w dolinie. Na jeziorze była tama regulująca przepływ wody w głąb doliny. W bezpośredniej bliskości znajdował się budynek, który jak się później okazało był centralnym punktem całego ćwiczenia jednocześnie sprawujący funkcję noclegu instruktorów.

RYS 1  źródło Sekcja Szkoleń Wysokogórskichźródło Sekcja Szkoleń Wysokogórskich WSOWL

Po dotarciu na miejsce wyładowaliśmy plecaki. Każdy z nas otrzymał dwa gadżety. Pulsometr na klatkę piersiową i numerek. Jak nam wyjaśniono numerka nie można było pod żadnym pozorem zgubić. Co więcej miał być zawsze w widocznym miejscu na klatce piersiowej. Bez względu czy będziemy w kurtce, mundurze czy z gołą klatą (to już wydało mi się podejrzane, szczególnie że temperatura oscylowała w granicy 8-10 stopni i było pochmurno. Ale nie należy być przecież pesymistą, nie ? ) Numerek ten posiadał liche sznureczki na których się go przewiązywało. Jak się później okazało selekcja sprawdzała nasze umiejętności wykonywania kolejnych autorskich węzłów by porwane sznurki złożyć w sensowną trzymającą się razem kupę. Nie wiem czy specjalnie, ale był to element doprowadzający do szewskiej pasji. Z odebraniem numerków wiązała się ciekawa anegdota. Wszystkie były używane wcześniej, widać że prano je, ale nosiły ślady użytkowania. W szczególności numerek jednego z kumpli, który jak go wziął w rękę powiedział:

 Ej, chłopaki. Co jest grane ?! Mój numerek ma chyba ślady krwi !

Pokaż ! No rzeczywiście… może dlatego że to numer 13’naście ? Powodzenia stary !

Rzeczywiście po czasie okazało się, że coś w tym było…

Plusem w tym wszystkim był fakt, że instruktorami byli Czesi. Mimo, że część z nich władał językiem Anglosasów, to często gęsto było wygodniej zwyczajnie w świecie gadać w swoim języku, a oni w swoim. O wiele prościej, w szczególności jak mówiło się wolno. Można było bez problemu się zrozumieć, a czasem i pośmiać ;) Po otrzymaniu numerków nakazano nam zostawić plecaki na zewnątrz wcześniej opisanego budyneczku i wejść do sali, w której przygotowano dla nas testy. Testy te przypominały różnego rodzaju badacze IQ. Dużo dopasowywania figur, schematów, cyfr i liter. Były również osobliwe ćwiczenia (może ktoś fachowo wie jak to się nazywa) z literami d p i b. W pewien sposób są do siebie podobne. Zadaniem było zakreślenie litery d która posiada dwie pionowe kreski. Jedną nad znakiem jedną pod, dwie pod, bądź dwie nad. Proste nie ? To teraz wyobraźcie sobie że macie przed sobą pustą kartkę w orientacji poziomej. Obracacie ją po tym jak instruktor odpali stoper i przed Waszymi oczami ukazuje się  ogrom literek p d i b w wierszach po 30 znaków i tych wierszy też jest naście. Oczopląsu można dostać. Na każdy wiersz macie 10-15 sekund. Zgodnie z zasadami ćwiczenia każda pomyłka to spalony wiersz. Bez względu ile zaznaczyliście dobrze literek. Każde pominięcie tak samo. A wariacji jest wiele. Dwie kreski nad, jedna pod. Tylko jedna kreska na górze albo na dole. No i oczywiście nie tylko wymarzona literka d ale również te cholernie podobne b i p. Obstawiam, że to ćwiczenie ma na celu sprawdzenie szybkości reakcji i spostrzegawczości. Podobne ćwiczenie zaserwowano nam jako drugie. Kartka A4 na której są rozsypane w różnej wielkości, pod różnymi kątami cyfry i liczby od 1 do 100. Przy każdej z nich mniejsza liczba/cyferka jako jej prawy dolny indeks.  Instruktor podaje kilka liczb, daje Ci 10 sekund na odszukanie ich i przepisanie w osobnej tabelce tych indeksowanych odpowiedników. Równie świetna zabawa. Po wszystkich testach zważono nas i zabrano na część fizyczną. Na szutrowym placyku kazano nam jednocześnie na komendę odpalić pulsometry, które znajdowały się na wysokości klatki piersiowej na elastycznych paskach. Po tym nastąpił prosty test sprawności fizycznej. Dobraliśmy się w pary. Mieliśmy liczyć ile jesteśmy wstanie zrobić w ciągu minuty pompek (osoba licząca kładła pięść na ziemi i nasza klatka piersiowa miała jej dotknąć by powtórzenie zostało zaliczone) i ile brzuszków. Ostatnie ćwiczenie to w jakim czasie zrobimy 20 burpees. Skromnością nigdy nie grzeszyłem. Ale jako patriota musze zakomunikować, że grupa polska miała o wiele lepsze wyniki niż Czesi. Ba, instruktor powiedział, że będzie miał na nas oko bo pewnie ściemniamy powtórzenia i robimy niepełne. Przyszła część na dopakowanie plecaku, poprawienie ich i dopasowanie. Co ciekawe, zauważyłem, że Czesi też cheatują tak jak my. Powyciągali worki z jedzeniem i upychali w siebie ile mogli. Jedli dosłownie na siłę.  Instruktorzy wydali nam po dwie bułki. Jedną z kawałkami  piersi z kurczaka, drugą z serem.  To co zostało z własnych zasobów trzeba było wrzucić do zbiorczego worka by nie mieć przy sobie jedzenia. I tutaj pojawiały się danteńskie sceny. Przykładowo rozpakowywanie batoników i upychanie z partyzanta (poza wzrokiem instruktorów oczywiście) we wcześniej otrzymane dwie bułki. Czekolada z serem żółtym albo kurczakiem. Nie powiem, niezła fuzja smaków. Przynajmniej w głębi duszy troszkę się usprawiedliwiłem jeśli chodzi o moje własne oszustwo. Nie czułem, że startujemy z innych pułapów. Przyznam szczerze, że nawet żałowałem że nie miałem więcej własnych batoników by doprawić swoje  buły.

Po wszystkim dostaliśmy na stan uprzęże i trochę sprzętu wspinaczkowego. Jeden z instruktorów zrobił nam przeszkolenie dotyczące linówki. Było to raczej przypomnienie, chodź parę kwestii było realizowane inaczej u nas na szkoleniach, a Czesi też robią to trochę inaczej. Wiadomo. Co kraj to obyczaj. Kolejnym krokiem było przydzielenie broni. Otrzymaliśmy SA vz. 58. Jak ktoś ma ochotę to niech pogoogluje na Wikipedii co to za zabawka. Ot, kałaszopodobne ustrojstwo. Co ciekawe po ostatnim strzale w tej zabawce suwadło pozostaje w tylnym położeniu czego w takim przykładowo AKMSie brakuje. Co się orientuje to jest to novum dlatego, że w polskich selekcjach nie otrzymuje się broni palnej. Co najwyżej gumowe atrapy. Amunicji ślepej jednak do niej nie dostaliśmy. Przyznam szczerze, że w ostatnią  noc selekcji  bardzo by się przydała. Jakkolwiek mieliśmy dodatkowe 3 kg. Upierdliwe i niewygodne.

Po przydziale broni nastąpił podział na grupy. Marzenie o polskim „dream teamie” składającym się z 4’ech Polaków legło w gruzach. Każdego z nas przydzielono do innej ekipy. Również czteroosobowej. Idea była bardzo prosta. Każdego dnia jedna osoba była wyznaczana na dowódcę drużyny. Wszystko to po to, by sprawdzić jej umiejętności przywódcze. Proste.  Zapoznałem się ze swoją ekipą. Składała się z dwóch misiowatych Czechów i jednego bardziej wątłej budowy. Jak się później okazało misie miały koszmarną wydolność, a najmniejszy z teamu był niezłą „żyłą”. Pierwsze zadanie było bardzo proste. Kompas, mapa. Marsz na orientacje. Do każdego teamu przydzielono instruktora, który miał być „cieniem” i kontrolować to co odstawiamy. Zasady równie proste. W takim razie zaczynamy…


Komentarzy: 2 do wpisu “Czeska selekcja… cz. 1”

  • Adrian Kołodziej Says:

    Bardzo dobrze.. Dziękuje Tobie. Zachęcam innych do zapoznania się z treścią publikacji. Mam pytaniedo Ciebie. Czekam na kontakt na e-maila.

  • Marcin Says:

    Dopiero zaczynam się interesować selekcją, ale powiem Ci, że Twoja relacja brzmi zachęcająco – chociaz została mi jeszcze jedna część do przeczytania. Nie powiem, że kondycyjnie musiałbym się trochę podciągnąć, ale aż człowieka kusi, zeby się samemu sprawdzić.

Zostaw odpowiedź

Preview: