Harpagan…

Remi

 Druga w nocy. Zimno powoduje, że nie mam już czucia w palcach u nóg i rąk. Kiedyś sobie je odmroziłem i teraz wszystko to przynosi nieprzyjemne efekty. Baardzo nieprzyjemne. Szkoda tylko, że to cholerne zimno nie powoduje, że nie czuje również bólu nóg i biodra. To chyba zaraz mi pęknie. Dobra, nie ważne, gdzie może być ten cholerny punkt ? Na tamtej przesiece skręciłem w lewo… chyba w lewo. Sam nie wiem, ta ścieżynka nawet nie wyglądała jak droga tylko jak zamarznięty strumień. Gdy przez to lazłem pękał lód a nogi zapadały się do połowy łydki wlewając zimną wodę do butów. Ale później był ten dół. Na pewno. Pamiętam wyraźnie. Mijałem go z prawej strony. Tylko.. na mapie jest jeszcze drugi taki. Trochę dalej. A jak się pomyliłem ? Mogłem przecież się kopnąć o te kilkaset metrów. Przecież przez ten śnieg nic nie widać. Światło czołówki odbija się w gęstych płatkach tego białego świństwa i przez to ledwo widzę na 5 metrów. Świetnie.

-Stary, ja chyba już nie dam rady. Niedobrze mi.

Co ja mu powiem, że natłukliśmy 70 km a teraz stoimy pośrodku niczego i nie wiem gdzie iść dalej ?

-Spokojnie, damy radę. Tutaj na skraju tego lasu powinna być taka ambona myśliwska i tam gdzieś jest punkt, a później to już przez wioski. To już blisko

-^@^&@ ! Blisko ? Od kilku godzin mówisz, że jest blisko. Nie rozumiesz że wszystko mnie boli i mam dość ?  Wiesz Ty w ogóle gdzie jesteśmy ? Pokaż mi na mapie palcem gdzie stoimy!

No to ma mnie. Jeszcze lepiej…

- Słuchaj, ciężko mi wskazać bo ta mapa już zaczyna od tego śniegu rozmakać. Ale to jest chyba tutaj. Tak mi się wydaje…

- Wydaje Ci się ?! Co to znaczy że Ci się wydaje ?!….

Imprezy na nawigacje, a w szczególności wszelakie 100’tki  z Harpaganem na czele to wspaniała zabawa i interesująca przygoda. Trzeba przyznać, że są to imprezy dla ludzi, którzy mają silne zacięcie. Przejście 100 km na raz nie należy do prostych rzeczy, do tego dochodzą warunki pogodowe (nie tylko zimą bywa słabo, wyobraźcie sobie wypad, na którym przez cały czas leje). No i oczywiście nasze własne pomyłki.

Deszcz, kiedy on przestanie lać ? Buty od tej przylepiającej się gliny już ważą chyba dwa razy tyle co normalnie. Koledzy z ekipy śmiali się, że zabrałem ze sobą adidadsy, które przemokły mi w pierwszych minutach deszczu. Mnie nawet już nie chce się śmiać jak patrzę na ich miny. Ich ciężkie buciory „taktyczne” też zamieniły się od wewnątrz w bagno, a co dopiero powiedzieć o odciskach i odparzeniach. Najgorsze że to jeszcze nawet nie połowa. Nigdy nie było tak słabej pogody. Zaczyna świtać, mamy już prawie 10 godzin łażenia za sobą, a jeszcze do końca pierwszej pętli dwa punkty. Wreszcie chwila odpoczynku. Siadam na kamieniu i ściągam buty. Doradzam reszcie by to zrobiła, część się słucha. Część po tym jak zobaczyła moją stopę odpuszcza. „Jak moja wygląda tak samo to nie chcę nawet na to patrzeć”. Też nie jestem za bardzo zachwycony jej wyglądem, wiem jednak że muszę wytrzeć ją do sucha i założyć świeże skarpetki. Ci którzy tego nie zrobili jeszcze pożałują tego bardzo mocno w bazie. Będą mieć tak spuchnięte i napęczniałe stopy, że ściągnięcie buta otrze się o cud.

Pomyłki.. właśnie. Nie chodzi tylko i wyłącznie o pomyłki nawigacyjne. Każdy może pomylić się przy nawigowaniu. Co więcej, czasem wychodzą jakieś nieścisłości związane z mapą, przesunięcia punktu, bądź inne wypadki losowe (jak przewrócenie punktu, zerwanie się zawieszonego lampionu gdzieś na drzewie). Pewne rzeczy się zdarzają. Najważniejszą umiejętnością jest jednak wychodzenie ze swoich nawigacyjnych pomyłek. Odnalezienie punktu charakterystycznego, odniesienie się do mapy i ponowne jej zorientowanie. Dowiązanie tego co nam przedstawia z rzeczywistym terenem. Częstym błędem jest upartość i myślenie typu „muszę tutaj być, przecież nie jest możliwe, że poszedłem inaczej”. Później okazuje się, że brnąc dalej w tym przeświadczeniu robimy przysłowiowy „hektar” bez jakiegokolwiek sensu w nieodpowiednim kierunku. Jednak to też się zdarza.

 Bez tytułu

Inny typ „pomyłek” jest o wiele groźniejszy. Wynika z naszego nieprzygotowania. Tego typu imprezy wymagają odpowiednich preperacji przed rozpoczęciem. O kwestii fizycznych przygotowań też coś napiszę w dalszej części, jednak tutaj skupmy się na tym co mamy na sobie. Pewnie większość z Was liznęła jakiś wypadów górskich, milsimów etc. Każdy z nas wie, że najlepiej sprzęt dobiera się na własnych doświadczeniach. Czym więcej obtarć, bólu i przekleństw tym więcej nauki wyciągniemy na następny wypad. W tym wypadku jest podobnie. Po kilku takich imprezach wiemy co jest dla nas najlepsze. W czym czujemy się dobrze i co powinniśmy zabrać ze sobą. Mimo że widziałem ludzi, którzy przeszli całego Harpagana w butach „Janach” i polskim bawełnianym wz.93 (ba, zrobił to nawet mój kolega z którym razem szedłem jedną edycję J ) to polecam na początek jednak mniej hardkorowy zestaw:

-buty- najważniejsza chyba sprawa. W zależności na co się wybieramy (kwestia pory roku.  100tka latem a 100 zimą to dwa różne światy) musimy dobrać inne buty. W przypadku zimy ze swojego doświadczenia brałbym dobre lekkie buty trekkingowe(takie które już nosiliśmy trochę czasu i wiemy że nas nie zawiodą). Do tego stuptuty i jesteśmy w domu. Czemu nie jakieś wysokie buty wojskowe ? Z reguły są ciężkie i nie są zbyt wygodne. Do tego na tego typu imprezach kieruje się zawsze jedną zasadą : „Nie martw się, nie stresuj.. one i tak przemokną”. Tak samo wygląda to na wszystkich imprezach w okresie wiosennym/jesiennym. Nie ma co brać butów, które są nieprzemakalne (dziwna opinia, prawda ?) Chyba, że mamy jakieś fajne adidasy do biegania w terenie z gore. Osobiście od dłuższego czasu śmigam w butach do biegania, do tego przyjemnie rozchodzonych. Przy takim dużym obciążeniu nasza stopa będzie puchła i lepiej gdy wypełni buta, który może z łatwością się odkształcić (z racji swoich właściwości i rozchodzenia). Co jeśli przemokną ? Co jakiś czas warto po prostu zmieniać skarpetki na suche i tyle. W ostateczności kiedy skończą się nam suche skarpetki by podnieść komfort co jakiś czas ściągamy je, wykręcamy i zakładamy znowu, a (jeśli na to pozwala pogoda) suszymy dodatkowe pary na plecaku/camelbaku.

-odzież- tutaj podobnie jak w przypadku obuwia- znów jest to kwestia pory roku i naszych indywidualnych preferencji. No i jeszcze jedna kwestia… czy zamierzamy większość trasy przespacerować czy przebiec. Wiadomo, że w tym drugim wypadku ubierzemy się bardziej na lekko. Nawet w nocy gdy temperatura spadnie to i tak  będziemy poruszać się biegiem więc będzie nam ciepło. W moim przypadku z reguły są to spodnie softshellowe z możliwością odpięcia nogawek, koszulki termo (1 na sobie druga ekstra), lekki polarek (o gramaturze 100) i coś przeciwdeszczowego. Z takim zestawem możemy tworzyć różne kombinacje w zależności od temperatury.

-gadżety- co warto ze sobą zabrać  ? Oczywiście czołówkę i zapasowe baterie do niej, mapnik wodoodpornym (to chyba jedna z ważniejszych rzeczy- sami się przekonacie. Ja już bolesne przekonywanie się mam za sobą ;). Zapasowe baterie do czołówki i uwaga… kompas albo busole ! Szok, prawda ? A tak już całkowicie poważnie, to weźcie najlepiej sobie jakąś fajną busole wraz z podziałką do map, ułatwi to Wam przeliczanie orientacyjnie odległości do poszczególnych punktów, kolejnych zmian kierunków itd. Niektórzy bawią się również w różnego typu krokomierze. Ja akurat tego nie stosuję. Warto też mieć pozaczepiane gdzieś jakieś elementy odblaskowe. Czasem będziemy korzystać z dróg publicznych, szkoda zginąć w głupi sposób pod samochodem bo ktoś nas nie zauważył w nocy.

-jedzenie i napoje-  Niby odpowiedź powinna brzmieć „Weźcie to co Wam smakuje… „ jednak nie do końca. To co pijemy i jemy w czasie takiego wysiłku fizycznego powinno dostarczyć nam wystarczającej ilości energii. W przypadku napojów stosuje zawsze metodę camelbaka bądź jakiegoś bidonu  i rozrabiania kupnych izotoników. Wcześniej też pamiętam o tym by dobrze się nawodnić i najeść. W szczególności jakimiś produktami z dużą ilością węglowodanów, które będą się dłużej rozkładać. Na same chodzenie zabieram różne suszone owoce, rodzynki w czekoladzie, samą czekoladę. Czasem jakieś kabanosy- wszystko co daje energię a zarazem może działać jako motywator (dojdę/dobiegnę do tego punktu i wetnę mojego ulubionego batonika.. tak! Zrobię to !) Bardzo fajnie można rozplanowywać również jedzenie w przypadku poruszania się grupą. Metoda dzielenia się wszystkim jest świetna, bo za każdym razem możemy skubnąć coś od kolegi/koleżanki z teamu i dzięki temu nie ma monotonii :).

Na koniec tego działu jeszcze jedna ważna kwestia. Imprezy tym ERnO (Ekstremalne Rajdy na Orientację) mają różną konstrukcję.  Z reguły są to dwie pętle po 50 km gdzie możemy dokonać po pierwszej przepaku w bazie. Są też pełne 100’tki bez jakiejkolwiek szansy uzupełnienia prowiantu i ubrań. W tym przypadku jest dużo ciężej, wszystko co potrzebujemy musi być na naszym garbie od początku do końca. W pierwszym przypadku mamy dużo możliwości „taktycznych”. Możemy najeść się w bazie, przygotować sobie wodę z izotonikiem, rzeczy na przepak, dodatkowe jedzenie. Następnie wyjść na pierwsze 50 km i wrócić by spakować  wszystko co uprzednio przygotowaliśmy. Niektórzy ludzie nawet zmieniają buty na suche, świeżę, a nawet biorą szybki prysznic by się odświeżyć. Pytanie czy „lecimy na rekord i nie patrzymy na technikę” czy naszym celem jest samo przejście. Wybór zostawiam Wam.

Wyszliśmy na skraj lasu. Śnieg na polu odbijał promienie porannego słońca. Wreszcie dzień, jak dobrze. Nie ma nic bardziej motywującego po całej nocy brodzenia w lodowatej wodzie i kluczenia po lasach jak  jasne światło. Przyginając się w pół by dać odpocząć kręgosłupowi z nową energią zacząłem rozkładać mapę. Dobra, dla odmiany jestem pewny gdzie jesteśmy. Jednak znów skucha. Albo nadrabiamy kilka grubych kilometrów lasem obchodząc to pole albo ładujemy się na nie. Problem w tym, że na mapie widać że przechodzi przez nie szereg cieków wodnych. Jak są głębokie ? Jak szerokie ? Przy tej skali średnie do ocenienia, a cholera też wie jak to będzie wyglądało tej zimy. W końcu mieliśmy za sobą szereg kolejnych przymrozków i roztopów. Kto nie ryzykuje ten nie zwycięża. Spróbujmy.

- Co teraz ?  Chcesz iść przez to pole ? Idziemy na jego przeciwległy skraj ?

-Tak, przejdziemy się po przekątnej, wyskoczymy tam. Widzisz  ? Tam daleko gdzie ta wieża kościoła. Za tym miasteczkiem jest kolejny punkt.

- To mi się podoba, wreszcie jakoś normalnie bez głupich niespodzianek

-…… no…..

 

 

-ŻARTUJESZ SOBIE ?!  Ty naprawdę jesteś nienormalny ! Rozumiem, jeden, dwa jakieś kanały do przeskoczenia. Ale Ty widzisz to co jest &#^#% przed nami ? Co ja jestem ? Kangur ? Tego za ^%*# nie przeskoczymy!

-No musimy, przeszliśmy ponad połowę tego pola, chcesz teraz wracać ? Wiesz ile to zabierze nam czasu ?

-No to brawa dla Ciebie ! No brawa !

-Słuchaj, nie denerwuj się, masz jeszcze tych daktyli trochę w plecaku ?

-Tak, masz ten cholerny plecak. Idę się odlać.

No cóż… nie ma wyjścia, wybaczy mi. Złapałem jego plecak za jedno z ramion i przerzuciłem na drugą stronę kanału

- CO TY *^%@! ROBISZ ?!

-Patrz ! Teraz poleci mój !

-No i co teraz zrobimy idioto ?!

-Jak to co ? Przeskoczymy.. przecież nie mamy wyjścia. A bez plecaków będzie lżej.

-Nienawidzę Cię..

 


Zostaw odpowiedź

Preview: