Buty dla przekomandosa. Część druga.

Piotr "Wroobel" Wróblewski

W poprzednim wpisie pozwoliłem sobie na obietnicę przedstawienia wam kolejnej części rozważań dotyczących butów dla przekomandosa.  Mama nauczyła mnie, że obietnic należy dotrzymywać, zatem z przyjemnością prezentuję wam kolejną dawkę przemyśleń dotyczących obuwia i wszystkiego co się z obuwiem wiąże.

Ustaliliśmy w poprzednim wpisie charakter obuwia, które powinno sprostać wymagającym  potrzebom przekomandosa. W tej części planowałem skupić się na konkretnych modelach butów, stwierdzam jednak, że robienie tak szerokiej reklamy producentom bez odpowiedniej gaży z ich strony byłoby co najmniej naiwne. Pomijając ten fakt, Internet pełen jest recenzji, testów czy opisów sprzętu. Nietrudno będzie Wam znaleźć szczegółowe informacje o takich butach jak Lowa Zephyr, Aku Ultralight, czy chociażby modelu Spyre ze stajni Asolo (której wyroby zdążył już przybliżyć Konrad w jednym ze swoich artykułów na angielskojęzycznej wersji bloga).  Dziś chciałbym skupić się na kilku aspektach praktycznych dotyczących zarówno procesu kupowania obuwia, jak i jego dalszego użytkowania. Dla niektóry w większości będą to sprawy oczywiste, ale czasem warto takie „oczywistości” zebrać w jedno miejsce; a może przeczytacie o jakimś patencie, który dotąd był Wam obcy? Kto wie.

Rozmiar ma znaczenie.

Wydawać by się mogło, że dla dorosłego człowieka dobór rozmiaru obuwia jest sprawą prostą. W pewnym wieku stopa raczej już nam nie rośnie i wystarczy zapamiętać nasz rozmiar. Banał. Niestety praktyka pokazuje, że w zależności od rodzaju obuwia czy producenta rozmiar jest dla tego samego człowieka różny. Z czego to wynika? Powodów jest wiele. Po pierwsze trzeba powiedzieć głośno: co producent to inna rozmiarówka.  O ile renomowane firmy z silną pozycją na rynku starają się trzymać wyznaczonych norm, o tyle różnica pomiędzy rozmiarem butów porządnej firmy, a jej siostrą – niższej klasy podróbką, może sięgać znaczących wartości. Kolejną kwestią jest wspomniany rodzaj obuwia. Posłużę się tutaj przykładem. Z jednej strony mamy but do wspinaczki, który z założenia ma być „za mały” po to, żeby lepiej czuć szczeliny i wystające kamienie, z drugiej strony but wyprawowy przystosowany pod automatyczne raki, w którym to bucie musi znaleźć się miejsce na grubą trekkingową skarpetę oraz na naturalny ruch stopy, zapobiegający otarciom naskórka. Innymi słowy rozmiar butów, w których co sobota gramy z kolegami w piłkę na lokalnym orliku, może nie być rozmiarem odpowiednim dla taktycznych butów dla przekomandosa. Najrozsądniejszym rozwiązaniem jest ustalenie nie rozmiaru, a długości wkładki, która dla naszej stopy jest optymalna. Dla przykładu: nie rozmiar 42 a wkładka o długości 265 mm, każdy producent obok rozmiarów podaje również długości wkładki. Przy takim sposobie doboru wielkości obuwia naprawdę trudno o pomyłkę a i adekwatnie do rodzaju obuwia łatwo jest dodać lub odjąć 5mm. Oczywistym jest również fakt, że kupno obuwia zdecydowanie powinno być dokonywane w salonie, a nie przez Internet, nie ma lepszego sposobu niż samo przymierzenie obuwia, które winno odbywać się na zmęczonej stopie, najlepiej wieczorem po całym dniu chodzenia. Stopy po kilku kilometrach noszenia nas nie tylko brzydko pachną, ale również puchną :). Może się okazać, że but, który idealnie leżał na nodze w sklepie, na górskiej ścieżce zaczyna lekko uwierać i nie do końca zapewnia idealny komfort.

3466361727_9709eec659

Parafrazując bokserskie powiedzenie: Nie ma butów odpornych na wodę, są tylko źle zamoczone.

źródło: www.equipped.outdoors.org

Słyszałem również o przypadkach, gdzie „dobry kolega” polecił nam super sprzęt, a po kupieniu okazało się, że mimo, iż na stopach kolegi obuwie sprawuje się idealnie, to nam „zjada stopy” po przejściu kilku kilometrów. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z faktu, że praktycznie każdy producent korzysta z innego kopyta (dla jasności: chodzi o „szewskie kopyto”, zwierząt proszę do tego nie mieszać). Biorąc pod uwagę to, że kształt stopy każdej osoby również jest na swój sposób indywidualny, to oczywistym wydaje się, że coś co dla jednego jest opcją idealną, dla drugiego może okazać się tragicznym w skutkach rozwiązaniem.

Buty idealne, rozmiar idealny… i odciski też idealne.

Czasem zdarza się tak, że czego byśmy nie robili, jakich butów nie dobrali, to każdy krótki marsz okupujemy solidnymi otarciami pięty i okolic ścięgna Achillesa, przez co diametralnie spada nasza skuteczność ratowania świata ;). Co zatem robić, żeby nie narażać ludzkości na niebezpieczeństwo? Prawdziwy przekomandos wie, albo przynajmniej wiedzieć powinien, że oprócz odpowiedniego doboru modelu i rozmiaru ważne jest również sznurowanie. Otarcia okolic pięty są wynikiem naturalnego ruchu stopy w bucie, dlatego spora część, zwłaszcza niedoświadczonych w temacie osób, stara się ten ruch wyeliminować poprzez mocniejsze zaciągnięcie sznurowadeł. Po kolejnych kilometrach okazuje się, że rozwiązanie to zamiast pomóc, jeszcze bardziej zaszkodziło. Ruch stopy w bucie jest naturalnym zjawiskiem, dlatego mocne zaciąganie sznurowadeł, zwłaszcza w części środkowej, na wysokości kostki, jest rozwiązaniem błędnym. W takim przypadku dociskamy stopę jeszcze bardziej do tylnej ścianki buta i owszem, ograniczamy jej ruch, ale za to zwiększamy nacisk i tarcie. Efekt jest oczywisty – bolesne otarcia naskórka.

Bywa również tak, że tego rodzaju otarcia pojawiają się niezależnie od sznurowania. Może być to wynikiem konstrukcji buta. Praktycznie każde buty w membraną goretex posiadają na tylnej ścianie (pięcie) szew wyściółki buta. To właśnie ten szew bywa powodem naszego zmartwienia. Rozwiązaniem w takim wypadku jest wizyta u szewca, który albo zbije szew (nie pytajcie mnie o szczegóły tego procederu), albo wklei nam w newralgiczne miejsce skórzaną wstawkę. Zbijanie szwów wypróbowałem sam, działa. Skórzana wstawka również powinna zdać egzamin. Będąc w terenie nie mamy dostępu do takich usług, ale wystarczy na szew nakleić pas taśmy technicznej, żeby zminimalizować efekty bezlitosnego szwu.

Spotkałem się z metodą zakładania podwójnych skarpet w celu uniknięcia otarć. Na stopę zakłada się cienką skarpetkę, na nią wkładamy skarpetę trekkingową. Takie rozwiązanie ma przenieść tarcie ze stopy na pierwszą warstwę skarpet. Jedno z praw Murphy`ego brzmi: „jeżeli coś jest głupie i działa to nie jest głupie”, dlatego nie powinienem krytykować tego rozwiązania, jednak muszę powiedzieć, że nie jestem zwolennikiem takiego patentu. Dwie pary skarpet to większa waga, wzrost temperatury, a co za tym idzie potliwości, co w warunkach letnich ma niebagatelne znaczenie.

Czas na anegdotkę ;).

W swojej przygodzie z obuwiem spotkałem się z pewnym rozwiązaniem, które naprawdę mnie zaciekawiło. Próbując rozwiązać problem otarć butów związany z ich „dopasowywaniem się” do naszej stopy, ktoś przedstawił jedyne słuszne rozwiązanie. Pewien młody i kreatywny mężczyzna zaprezentował swój pomysł polegający na zakładaniu butów a następnie moczeniu ich w misce z wodą do momentu kiedy całe przesiąkną po to, by następnie rozchodzić je „na mokro”. Pomysłowość jednak nie zna granic. Jeżeli przemoczymy buty z membraną to w zasadzie w pewnym stopniu niszczymy ową membranę. Przemoczona skóra buta ma tendencje do wysuszania się (tak samo jak skóra ludzka), a to z kolei przyczynia się do powstawania uszkodzeń w miejscach naturalnych zgięć. Pomijam już fakt chodzenia w mokrych butach po mieście tylko po to, żeby je rozchodzić, otarcia i odparzenia to nic! Przeziębić się można, a jak wiadomo matka z nami „po lekarzach chodzić nie będzie!” (Kto miał troskliwą mamę ten wie o czym mowa. ;-) )

Pytania związane (ze) sznurówkami.

Kolejnym elementem, który potrafi wyprowadzić z równowagi są sznurówki. Schylanie się co kilka minut tylko po to, żeby poprawić wiązanie jest kłopotliwe zarówno podczas airsoftowej strzelanki, jaki na górskim szlaku. Dobór odpowiedniego „węzła” jest sprawą podstawową. Sposobów wiązania w Internecie można znaleźć setki, dla uniknięcia metody prób i błędów pokażę wam mój osobisty patent polegający na… ehh, niech przemówią obrazki.

IanKnot1  SecureKnot2

SecureKnot3SecureKnot4

SecureKnot6

SecureKnot5

Ian’s Secure Shoelace Knot

źródło: www.fieggen.com

Ten sposób wiązania nazywa się „Ian’s Secure Shoelace Knot” i chyba należy podziękować panu Ian`owi za wymyślenie go (o ile rzeczywiście jest jego autorem ;) ), bo zdecydowanie sprawdza się w terenie. Jeszcze nie zdarzyło mi się, aby zawiązane tym sposobem sznurowadła rozwiązały się przypadkowo. Mówię „przypadkowo”, bo intencjonalne rozwiązanie tego węzła, co równie ważne, nie stanowi problemu.

Oprócz odpowiedniego sposobu wiązania duże znaczenie może mieć odpowiednie przygotowanie samych sznurówek, które polega na zabezpieczeniu ich przed nasiąkaniem oraz na poprawieniu ich „lepkości”. Uczynić to możemy poprzez nasączenie substancją używaną do impregnacji szwów obuwia. Jest to roztwór wosku lub parafiny z terpentyną w stosunku 1/10. Po wyschnięciu terpentyna odparuje, a pozostanie sam wosk (parafina), który zarówno zabezpieczy przed wilgocią jak i poprawi „lepkość” sznurowadeł. Jeżeli komuś będą się one rozwiązywały po takim zaprawieniu i przy użyciu wspomnianego wcześniej węzła, to znaczy, że powinien używać butów na rzep…. Ups, na Velcro. Zapomniałem, że mówimy o przekomandosach, a Ci zdecydowanie używają Velcro ;).

Opowiadać o butach można jeszcze długo poruszając chociażby kwestię doboru odpowiednich skarpet czy wkładek dopasowanych do naszej stopy. Warto czytać zalecenia producentów, warto również słuchać rad ludzi w sklepach, Od każdego można dowiedzieć się interesujących informacji, trzeba jednak mieć na uwadze, że podstawowym celem takich ludzi jest sprzedanie produktu, a co za tym idzie pokazanie wszystkich jego zalet a nie wad. Zasada jest jedna i być może dla niektórych przykra: trzeba myśleć.

Być może, tak jak to ktoś napisał w komentarzu do poprzedniej części, zawarte w dwóch ostatnich wpisach to banały, które dla wielu okażą się „oczywistą oczywistością”.  Znajdą się jednak tacy, dla których ten zbiór informacji rozwieje ich dotychczasowe niejasności dotyczące tematu doboru i użytkowania obuwia. To przede wszystkim do nich adresowana jest ta publikacja. Artykuł powstał niejako w odpowiedzi na częste rozmowy i prośby o radę w doborze obuwia, zwłaszcza kiedy burzyłem ludziom światopogląd, mówiąc, że kupno starych, poczciwych „Józefów” z dna zakurzonych magazynów Wojska Polskiego nie jest najlepszym wyborem.  Mam nadzieję, że chociaż po części odpowiedziałem na pytania nurtujące niektórych przekomandosów.

Czołem


Komentarzy: 4 do wpisu “Buty dla przekomandosa. Część druga.”

  • Piotr2104 Says:

    co ciekawe – patent na rozchodzenie butów na mokro znajduje się w jednej z książek Beara Gryllsa…
    Poza tym ja mam inny problem – wydzierająca się wyściółka na pięcie. W każdych butach, praktycznie niezależnie od ich dopasowania… Póki co jedyne buty gdzie się to nie stało to stare PRL-owskie opinacze :P Ma ktoś lekarstwo na ten problem??

  • carnivore Says:

    Miałem ten sam problem. Duct tape załatwił sprawę. utnij sążny kawał taśmy i dobrze oklej całą piętę – w bucie od środka oczywiście ;) Pięta wtedy pracuje na gładkiej powierzchni i nie zdziera wyściółki ani nie powoduje otarć na pięcie.

  • Piotr2104 Says:

    Tylko w moim przypadku to rozwiązanie na dzień-dwa – wątpię żeby taśma dłużej wytrzymała biorąc pod uwagę doświadczenia pt. mój pot i kleje :P

  • buty Says:

    świetny opis zgadzam się z wszystkim i ta ilustrowana instrukcja też super

Zostaw odpowiedź

Preview: