IV Edycja Biegu Morskiego Komandosa – relacja.

Piotr "Wroobel" Wróblewski

Wszystko co ma w nazwie odmienione przez przypadki słowo „komandos” nie powinno umknąć uwadze zarówno mojej, jak i czytelników tego bloga. Wcielając w życie tę złotą zasadę, postanowiłem przelać na elektroniczny „papier” swoje przemyślenia dotyczące tegorocznej edycji Biegu Morskiego Komandosa. Żeby nie być gołosłownym sam nawet wziąłem w nim udział i ku rozczarowaniu wszystkich źle mi życzących, ukończyłem go. 

Pot spływający po czole, miesza się z błotem na mojej twarzy. Nie wiem, który to już kilometr, ale ciężki oddech i notoryczne skurcze mięśni świadczą o tym, że sporo już za mną. Wolałbym maszerować, ale o dziwo podczas biegu skurcze nie są tak dotkliwe. Świadomość, że przed chwilą skończył mi się izotonik nie poprawia mi humoru. Otuchy dodaje mi tylko i wyłącznie myśl, że pokonałem już większość trasy i w zasadzie najgorsze już za mną. Jak się później okazało organizatorzy dołożyli wszelkich starań,  żeby stwierdzenie „najgorsze już za mną”  nie było zasadne na żadnym etapie biegu.

KSF_8842

Kategoria TEAM

źródło: www.adventurepark.pl

Takie, lub podobne przemyślenia miał chyba każdy spośród ponad 300 uczestników IV Biegu Morskiego Komandosa – ekstremalnego biegu terenowego, poświęconego pamięci gen. broni Włodzimierza Potasińskiego, którego organizatorami byli JW. 4026 FORMOZA oraz Kolibki Adventure Park Gdynia. Bieg odbywał się w 3 kategoriach:  SPRINT – 10 km w stroju sportowym; HARD – 21 km w pełnym umundurowaniu, z balastem około 4,5 kg w plecaku oraz repliką kbk AK 47 (popularny gumikałach); TEAM – czteroosobowa sekcja w pełnym umundurowaniu z drewnianą belką długości około 120 cm i wadze około 20 kg. W kategorii HARD ze względu na ilość uczestników organizowano dwie tury. Ja startowałem w kategorii HARD dlatego też większość moich opinii będzie dotyczyła właśnie tej kategorii.

Wideorelacja z 4 BMK

Mój bieg (HARD 2) zaplanowano na godzinę 14:00, wcześniej biegł HARD 1, zatem zdążyłem zasięgnąć opinii ludzi, którym udało się ukończyć trasę. Wśród wszystkich wypowiedzi dominowało jedno słowo – „ciężko”. Cóż, może i ciężko, w końcu to ekstremalny bieg terenowy. Nie przejmowałem się, błoga atmosfera żartów i nieświadomość zbliżającego się piekła utrzymywała się niemal do samego startu. Przed rozpoczęciem biegu wiele osób powtarzało, że chce  tylko i wyłącznie ukończyć bieg w limicie czasowym (4,5 h dla kategorii HARD). Skoro wszyscy tak mówią to i ja wystartowałem z podobnym założeniem. Na całe szczęście nie zmieniłem go po pierwszych, w mojej ocenie łatwych kilometrach, choć pokusa żeby „przycisnąć” była.

Początek trasy to tak zwany odcinek wodno-plażowy. Nikomu nie musze mówić jak przyjemnie zapadają się stopy podczas biegu po morskim nabrzeżu.  Pokonując kilka set metrów plaży i ustawionych na niej stosunkowo łatwych przeszkód, zapędzono nas do morza. Kolejne kilkaset metrów w wodzie po pachy, z motorówkami robiącymi obok mojej głowy fale, okazało się naprawdę przyjemne. Chłodno, spokojnie, aż do momentu wyjścia z wody kiedy uświadamiasz sobie, że ważysz dobre kilka kilogramów więcej. Taki mokry człowieczek musiał dalej biec do opuszczonego pensjonatu, żeby  nieco zmęczyć się na schodach. Dalej rowy melioracyjne, plaża, klif, strumyki, lekkie wzniesienia, kilka kanałów, które wymagały zaledwie schylenia – klasyczny bieg i męczenie nóg. Pierwszymi wyzwaniami okazały się być leśne, dość strome podejścia, które skutecznie podgrzewały temperaturę mięśni.  Kolejną „atrakcją” było wejście na wieżę obserwacyjną/ latarnię morską. Kilkaset schodów w górę i w dół po „przebieżce” po lesie naprawdę daje się we znaki.  Schodząc z niej pomyślałem, że znów będzie kilka ładnych kilometrów zwykłego biegu. Pomyliłem się, niedługo po pokonaniu wieży rozpoczynały się kanały. Owiane złą sławą, ciemne i cholernie długie. Wręcz niekończące się. Część wymagała bardzo niskiego czołgania się, jednak znakomita większość pozwalała na pokonanie na kolanach, albo w pozycji kucznej („na kaczuchę”). Przy pierwszej opcji biada temu kto nie zabrał nakolanników, zatem wybrałem drugą. Biada również mi. Po dotarciu do końca kilkusetmetrowego kanału okazało się, że mam permanentny skurcz mięśni czworogłowych ud. Nogi się wyprostowały i zapomnij człowieku o zginaniu. „Zalałem się” izotonikiem z nadzieją, że nawodnienie coś pomoże i ruszyłem dalej w trasę. Dobrych kilka kilometrów czułem w udach każdy krok. Później jakoś  już poszło.  Kolejna pętla, kolejne kilometry, kolejne zmagania ze swoim organizmem i nareszcie upragniony widok baneru z napisem „meta”. Radość jednak okazała się zdecydowanie przedwczesna, gdyż organizatorzy zadbali o to, żeby końcówka biegu zdecydowania zapadła w pamięć każdemu z uczestników. Ostatnie metry to pokonywanie toru przeszkód, który, przynajmniej w mojej ocenie, nie kończył się. Opony, ściany, liny, czołganie, woda, ogień, piasek a nawet prąd! To wszystko zgotowali nam organizatorzy przed samą metą.

974504_721826164510777_890244875_n

Pamiątkowa fotka z medalem. Nie masz takiej – nie biegłeś. ;)

źródło: własne

Wszystkich, którzy chcą jeszcze lepiej poznać trasę BMK zapraszam na kolejną edycję. Opowiadać można wiele; trzeba to po prostu przeżyć. Ludzie po biegu pytali mnie czy było ciężko. Dla mnie tak, ale wiadomo, że jest to subiektywne odczucie i składa się na nie szereg czynników. Począwszy od dyspozycji dnia, poprzez jakość i intensywność przygotowań a skończywszy na doborze wyposażenia. Stopień trudności tego biegu zdecydowanie lepiej obrazują wypowiedzi ludzi zajmujących się biegami terenowymi na poważnie, którzy porównując BMK na przykład do Biegu Katorżnika mówili, że Katorżnik to „spacerek jest w porównaniu do BMK”. Nie wiem na ile jest to prawda, może za rok się przekonam, ale totalnie bezpodstawnie nikt takich ocen raczej nie stawia.

543902_225556370928195_273972367_n

Pamiątkowy medal w kształcie płetwy

źródło: https://www.facebook.com/pages/Bieg-Morskiego-Komandosa/186395691510930

Jeżeli chodzi o mój wynik to w swojej kategorii (HARD 2) byłem 17 z czasem 4:00:26, natomiast w zestawieniu HARD 1 i HARD 2 zająłem 33 (o ile nic nie pomyliłem ;) ) miejsce. Jak na pierwszy oficjalny bieg terenowy to chyba wynik nie najgorszy, choć myślę, że stać mnie na więcej. Każdy kto chciałby wystartować w kolejnej edycji BMK ciekawy jest pewnie ile i w jaki sposób się przygotowywałem. Konkretnie przygotowania pod kątem BMK zacząłem na miesiąc przed imprezą, przy czym do tego momentu nie leżałem na kanapie. Praktycznie cały czas jestem w treningu, biegania może nieco mniej, ale ruszam się wiec organizm nie był zaszokowany. Ogólnie w czasie tego miesiąca przygotowań robiłem w tygodniu 3-4 biegi po około 10 km. 2 tygodnie przed biegiem najcięższe obciążenia treningowe czyli bieganie codziennie, z obciążeniem w plecaku i w wysokich butach, żeby przygotowywać się do warunków jakie będą podczas biegu. Jak widać nie były to mordercze treningi. Największym problemem była walka ze sobą i przeciwstawienie się niechęci do kolejnego nudnego i monotonnego treningu biegowego. Czy uważam, że byłem dobrze przygotowany? Zdecydowanie nie, za dużo treningów spędzałem na macie, za mało biegając. Podsumowując: wcale nie trzeba katować swojego organizmu, żeby nie zająć ostatniego miejsca ;). Co nie zmienia faktu, że ile byś się nie przygotowywał to i tak na mecie będziesz się czuł jak <CENZURA>. ;)

KSF_9342

Najlepsi w swoich kategoriach – IV Bieg Morskiego Komandosa

źródło: www.adventurepark.pl

Padają pytania o to dlaczego to zrobiłem? Dlaczego zdecydowałem się na taki bieg? Czy warto było się męczyć? Ludzie często odpowiadają, że chcieli się sprawdzić, przekonać na co ich stać. Ja nie pojechałem tam się sprawdzać, po prostu lubię ekstremalny wysiłek. Mimo, że czuję skurcze, bolą mnie stopy a tętno mam na niewiarygodnym poziomie to na swój sposób wydaje mi się to przyjemne. Ciężko to wytłumaczyć, trzeba spróbować. Czy było warto? Oczywiście, że tak. Medal i koszulka z napisem „Najtrudniejszy bieg w Polsce” to naprawdę fajne pamiątki, ale są niczym  wobec uczucia, które towarzyszy  człowiekowi zaraz po przekroczeniu linii mety. I nie chodzi mi tu o dumę czy dowartościowanie siebie. Po prostu w końcu mogłem wlać w siebie nieograniczoną ilość płynów, co po takim wysiłku jest najprzyjemniejszym co może człowieka spotkać;)

KSF_9261

Meta i upragnione uzupełnianie płynów.

źródło: www.adventrurepark.pl

Tak wyglądał  IV Bieg Morskiego Komandosa oczami jednego z uczestników. Chcecie ciekawszej relacji? Wystartuje sami! Już za rok kolejna edycja. Mam nadzieję, że zobaczymy się na mecie.

Zapomniałbym o najważniejszym: wielkie gratulacje  i szacunek dla wszystkich którzy wystartowali, nieważne czy udało się wygrać, dobiec w wyznaczonym czasie czy w ogóle dobiec. Czapki z głów za samą chęć zrobienia czegoś ze sobą. ;)


Komentarzy: 8 do wpisu “IV Edycja Biegu Morskiego Komandosa – relacja.”

  • Kleju Says:

    Cześć, miałbym do Ciebie kilka pytań z racji chęci wystartowania w kolejnej edycji.
    W katagori HARD za konieczne jest używanie butów za kostkę/wojskowych trepów? A jakie ty miałeś?
    Co do tych nakolanników, czy przypadkiem nie zostałbyś zdyskwalifikowany za takowe :) ?
    Pozdrawiam

  • Piotr "Wroobel" Wróblewski Says:

    Regulamin stanowi, że jest konieczne. Nikt nam butów nie sprawdzał i można było pobawić się w oszukańca, ale szerze odradzam takie kombinowanie. Dla własnego zdrowia. I nie jest to po prostu slogan. Serio można było bardzo łatło kostkę skręcić. Ja biegłem w jakichś trekkingowych butach z decathlonu, których używam normlanie do biegania po lesie. Typowo wojskowe odpadają z uwagi na sztywną podeszwę i ciężar.

    Nakolanniki ludzie mieli. W Regulaminie nie było jasno zabronione używanie tego typu sprzętu, a skoro coś nie jest zabronione to jest dozwolone. ;)

  • Kleju Says:

    Wiesz, znam specyfikacje takich butów i ich przeznaczenie, bardziej chodziło mi o to, czy w kategorii w której biegłeś są dozwolone buty takie jak w kategorii Sprint.
    Wszystko jasne w takim razie. Dzięki za odp i do zobaczenia za rok!

  • Chmielu Says:

    Buty mogły być albo typowo wojskowe albo trekingowe, w regulaminie wszystko było wyjaśnione i opisane ( w kat HARD I/II oraz TEAM musiały być to buty za kostkę i tyle. Za nakolanniki, rękawice, kaski, okulary itd nikt nikogo nie dyskwalifikował. Druga sprawa, zę organizacyjnie choć dziewczyny, któe ogarniały przyjęcia uczestników bardzo się starały to panował lekki chaos – miałabyć wprowadzana opłata zwrotna za gumikałacha – przez co wziąłem ze sobą pieniądze, które później wędrowały ze mną w plecaku 21km w błocie :D ale to drobny szczegół, który w ogóle nie wypływa na jakoś imprezy i każdemu z całego serca ją polecam dla sprawdzenia siebie .
    A Piotrkowi gratuluje świetnego miejsca, bo co jak co, ale ukończenie samego biegu było wyczynem ( nie mówię już o ukończeniu go w wyznaczonym limicie czasowym )

  • ZIN Says:

    Dla mnie BMK był Mega Przygodą – Ukłony dla Pomysłodawców, Organizatorów i Osób Wspomagających. Podobnie jak wroobel pierwszy raz startowałem w zorganizowanym, tego typu biegu. Nigdy wcześniej nie latałem w mundurze, ciężkim obuwiu i wodzie, co najwyżej w czasie deszczu :P Dlatego przed samym biegiem miałem sporo wątpliwości. Nie obawiałem się raczej, że nie dam rady, przez cały czas aktywnie spędzam czas i wysiłek nie jest mi obcy. Obawy dotyczyły przeszkód i ewentualnych kontuzji z nimi związanych, no i czasu ukończenia. Nie znalazłem zbyt wiele info na temat BMK, więc było sporo niewiadomych. Myślałem, że bieg w zatoce i wyjście z wody będzie Największym wyzwaniem, ale jakiś czas później zorientowałem się jak bardzo byłem w Błędzie :D W biegu były grymasy spowodowane bólem, ale również zdarzały się sytuacje gdzie ciężko było powstrzymać się od śmiechu, wymęczony organizm potrafi płatać figle :)(myślałem, że taśma z oznaczeniem „Uwaga, pod napięciem” to był pic, ale chwilę później komandos czołgający się przede mną dotknął jej głową i błyskawicznie zapikował w piach, dopiero wtedy powiązałem taśmę z agregatem stojącym przy przeszkodzie :P) Jeżeli chodzi o utrudnienia, to chciałem dodać, że moją zmorą okazał się drobiazg, który odciął mnie od Energi i wytrącił nieco z rytmu, a mianowicie Brak Wody. W połowie trasy po kanałach mój ustnik od camel-baka był po prostu cały w syfie – kanalizie i nie było jak się napić. Warto o tym pamiętać i go odpowiednio wcześniej zabezpieczyć. Traciłem czas i moce kładąc się w strumieniu płukając ustnik, zanim nadawał się do użytku. Sporo było Ciekawych epizodów. Warto samemu wszystko przeżyć :D Ostatecznie zmieściłem się w czasie, a nawet poszło mi całkiem nieźle :) Wszystkim Uczestnikom Gratuluję ;) Ps. Jakby ktoś miał materiały, foto itp. z Hard2, to byłbym wdzięczny ;)

  • dawid Says:

    biegłem w drugiej edycji w butach wojskowych..odradzam.mega wyczyn przebrnąć ten maraton.jedyne co mi się nie podobało to fatalne oznakowanie trasy.Z tego co mi wiadomo na ostatniej edycji było podobnie…ale za rok pobiegnę.żałuje ,że nie biegłem w 4 edycji(kontuzja).świetna atmosfera.polecam każdemu kto kolekcjonuje mocne wrażenia. ;)

  • Mario Says:

    Impreza super. Mogło by być ciut lepsze oznakowanie trasy. Jedna rzecz która mi się nie podobała, to gdy wracałem po ukończonym biegu do samochodu, widziałem ludzi którzy jeszcze biegną (mimo przekroczenia limitu czasu) a przy np wierzy (na samym końcu trasy) gdzie trzeba było wejść i zjechać na linie nikogo już z organizatorów nie było. Zawodnicy mogli się poczuć olani, pomyśleć że już nikt na nich nie czeka na mecie. Nie wiem czy tak nie było

  • pawel Says:

    Czuję się trochę wywołany do odpowiedzi w porównaniu BMK do Katorżnika, gdyż mam już na karku dwie Ucieczki Skazańców jakie są organizowane podczas tego eventu(2012 i 2013).

    Te biegi można porównać ale tylko, gdy w Katorżniku będziemy mówili o Ucieczce Skazńców. Sam bieg przez błota w zwykłych katorżniczych kategoriach to spacerek, przystawka przez BMK. Zabawa w Katorżniku zaczyna się dopiero gdy dostajesz po tyłku podczas wycinka szkolenia SERE aplikowanego w Ucieczce. Zaczynasz w piątek o 22.00 a całość wraz z biegiem kończysz w sobotę po 08.00 (lub odpowiednio później jeśli nie macie „pary” w parze na łańcuchu:). Nie, nie zdrzemniesz się w tym czasie. Nie napijesz się izotonika gdy będziesz spragniony (chyba, że w czasie samego biegu). Dosć powiedzieć, że przez większą czść czasu będziesz miał ciemno przed oczami ;). Dodatkowo, zamiast 5kg na plecach masz za lub przed sobą gościa na łańcuchu. Z którym musisz się dogadać na tempo itp.

    Po katorżniku szybko wróciłem do formy. Gdyby nie senność to mógłbym biec w rowy jeszcze raz. A po BMK… nigdy nie byłem tak zmęczony jak na podejściu pod zjeżdzalnię. I dziś jeszcze pamiętam na górze „jak trzymasz ten karabin!?”.

    @Mario, w Regulaminie stoi jasno: Część V, pkt 10. Ktokolwiek zostanie na trasie biegu po upływie limitu czasu, ponosi za to odpowiedzialność własną, stosownie do obowiązujących przepisów Kodeksu Cywilnego.

Zostaw odpowiedź

Preview: