Wizyta w Pancernej Jerozolimie

Remi

Pewnego dnia wraz z grupą podchorążych z ramienia Koła Teorii i Praktyki Strzelań wybrałem się do miejsca gdzie „wszystko ma swój początek i koniec”. Polska mekka wojsk pancernych. Domyślacie się gdzie to jest? Tak, to Łabędy. Dokładnie Gliwice Łabędy, gdzie swoją siedzibę ma Bumar–Łabędy.  Firma ta zajmuje się (uwaga, będzie zaskoczenie) produkcją, naprawą, obsługą, modernizacją czołgów PT-91  oraz wieloma innym projektami na rzecz polskiego przemysłu zbrojeniowego (np. produkcją wież do Rosomaka).

Podróż rozpoczęła się od zarejestrowania na odpowiedniku „biura przepustek” i przydzieleniu grupie oprowadzającego. Człowiek ten, dysponujący ogromną wiedzą, w bardzo przyjemny i przystępny sposób przybliżył historię firmy. Zaznajomił nas z tym czym Bumar–Łabędy zajmował się kiedyś  (w tym również projekt Anders, na który w chwili obecnej nie ma zapotrzebowania ze strony wojska), jak i pracami, które są realizowane w chwili obecnej. Bumar–Łabędy to nie tylko producent i serwisant sprzętu wojskowego. Prócz zamówień wojskowych krajowych jak i zagranicznych (przykładowo PT-91 „Malezyjczyk” – ale o tym później) zajmuje się również produkcją skomplikowanych maszyn budowlanych i części, w tym takich „dziwactw” jak wielotonowe osłony do pomp używanych do osuszania ziemi w Holandii. Wyglądają co najmniej dziwnie. Jednak istnieje niewiele firm, które są zdolne do jednorazowego odlewu tak dużych części.

Mimo, że w chwili obecnej, przy niewielkiej ilości zamówień wiele obiektów nie jest wykorzystywanych, sam kompleks robi ogromne wrażenie. Wygląd hal fabrycznych jest przytłaczający. Chodząc po tych wielkich i wysokich przestrzeniach miałem wrażenie, jakbym trafił do rzeczywistości z jakiegoś filmu SF. Wielkie dźwigi podwieszone pod sklepieniem sufitu, sekcje spawalnicze, linie produkcyjne. Czołgi i dziesiątki części przeznaczonych do nich. Do tego bodźce zapachowe w postaci typowej woni smaru i „zapachu fabryki”. Klimat świetny.

Przejdźmy do tego, co lubimy (lubię? :)) najbardziej. Sprzętu. W pierwszej fazie „wycieczki” przeszliśmy na linię produkcyjną wież do Rosmaków. Szczerze mówiąc, gdyby nie informacja od oprowadzającego nie miałbym pojęcia, że wielkie kawałki blachy, które leżą w poszczególnych stosach są czymś, co przypomina mi dobrze znajomą z kształtu wieżę „Rośka”.  Dokładnie nie mogę zdradzić z czego jest robiona ta „blacha”. Pan który nas oprowadzał też nie mógł ujawnić tej tajemnicy. Jest to zapewne forma jakiegoś bardzo odpornego i względnie lekkiego aluminium.

Dalszą częścią linii produkcyjnej jest miejsce, w którym spawa się wszystkie elementy. Co ciekawe, jest to robione ręcznie. Jeśli wyobrażaliście sobie jakieś skomplikowane roboty, które wykonują dziwaczne ruchy jak na reklamach Xsary Picasso… to jesteście w błędzie. Na tym etapie, twór powstały z blachy przypomina już bardziej wieżę Rośka. Widać też na nim ogrom symboli i oznaczeń technicznych. Dla mnie osobiście to jakaś czarna magia. Wszystko to jakoś nie wzbudzało we mnie wielkiej ekscytacji. Przyznaję się bez bicia. Jednak gdy przeszliśmy do kolejnej hali ciśnienie mi skoczyło, łzy napłynęły do oczu, nogi stały się jak z waty, a coś machinalnie sprawiło, że ściągnąłem swój czarny beret i przyłożyłem do serca… Dobra… przesadzam. Trochę. Zobaczyłem „pudełka”…

Druga hala była miejscem, gdzie remontowano będące obecnie w służbie T-72 oraz PT-91. Co ciekawe, można było zobaczyć jaka jest ogromna różnica, pomiędzy czołgiem, który przyszedł dopiero na remont, a maszyną, która właśnie go zakończyła. Nawet na laiku robiło to wrażenie. Pomijając fakt, że większość „bebechów” jest wymieniana, wygląd zewnętrzny też zmienia się diametralnie. Z pogiętych miejscami, podrapanych maszyn robi się ślicznotki, które przypominają „nówki sztuki”, które wyszły z salonu. Pamięta się nawet o drobnostkach, które nie mają wielkiego znaczenia, a cieszą. Przykładem są nowe i świeżo pomalowane (w kamuflażu!) drewniane belki do samoewakuacji, przyczepione do tylnej części czołgu. Ot, taki bajer. Inną bardzo interesującą rzeczą jest linia produkcyjna (w chwili obecnej z racji braku zamówień tylko i wyłącznie remontowa) wozów WZT. Co to takiego zapytają niektórzy. Wóz Zabezpieczenia Technicznego.

 1

Źródło www.bumar.gliwice.pl

Jak wygląda – widać na focie. Podwozie czołgu, góra troszkę odmienna. W zależności od wersji z małym dźwigiem i systemem zblocz i wyciągarką. Do czego służy w wojsku? Do ewakuacji uszkodzonych „pudełek”, bądź do odzyskiwania ich w różnych sytuacjach. Przykładowo, gdy belka do samoewakuacji jest niewystarczająca, pojawia się WZT ze swoją wyciągarką i wykorzystując 2 a nawet 3 zblocza potrafi wyciągnąć czołg z bagna. Potrafi również „odwrócić” przewrócony czołg, ale to już wyższa szkoła jazdy. Jeśli chodzi o WZT i Bumar–Łabędy, jest tutaj również ciekawa historia. W Wojsku Polskim używa się ponad 20 WZT. Czyli nie ma aż tak dużo wozów do remontowania. Osobiście widziałem 2 sztuki będące na hali w trakcie remontu. Teraz ciekawostka. Swego czasu Bumar–Łabędy zrealizował kontrakt dla Indii na WZT. Co więcej, były to WZT w wersji trzeciej. Chętnym polecam pogrzebać troszkę w Internecie i zobaczyć na ile sztuk podpisano ten kontrakt. Podpowiem, że „odrobinę” więcej niż ilość naszych krajowych WZT’ek. Historia ta ma ciąg dalszy. Podpisano kolejny kontrakt. Uwaga. Zdradzam liczbę sztuk. Na ponad 200 wozów. Co się wydarzyło? Z legendy jaką usłyszałem zerwano kontrakt… przez stronę polską. Czy to prawda i jak to wygląda – nie wiem. Jednak jeśli byłoby to prawdą to wielka szkoda, że nie został on zrealizowany, bo był czymś wielkim.

Popisałem trochę o WZT. O PT-91. Wspomniałem też o Malezyjczyku. Pewnie słyszeliście o kontrakcie Bumaru i czołgach PT-91M przeznaczonych dla Malezji (stąd też oznaczenie). Zwie się go również „Pendekar”. W jaki sposób producent „wypasił” to pudełko? Pojawił się całkowicie inny System Kierowania Ogniem (SKO). Nie jest to już DRAWA, a konstrukcja francuskiego SAGEMa. Mamy inną lufę i inny system stabilizacji (domyślacie się jak jest to ważne). Karabin zamontowany na wieży nie jest już starym dobrze znanym NSWTem. Zastąpił go M2HB. Wielką zmianę przeżył też przedział silnikowy. Wpakowano tam powerpack z silnikiem S-1000R, który jest mocniejszy od swojego poprzednika. Czym jest powerpack zapytacie? Ujmując to jak najprościej, jest to połączenie skrzyni biegów z silnikiem w wersji modułu. Domyślacie się zapewne jakie możliwości czasowe daje na polu walki wymiana całych modułów, które są podpinane do czołgu na „złączki”, w przeciwieństwie do grzebania i wymontowywania standardowego silnika. Uwierzcie mi, trwa to wieczność. Ta wersja PT-91 jest też bardziej przyjazna w użytkowaniu. Drążki sterownicze zamieniono na wolant. Pojawiło się coś, co można nazwać klimatyzacją. Istnieje możliwość (dzięki drugiemu silnikowi) używania stabilizacji bez włączania głównej jednostki napędowej. Mówiąc prosto – jest fajny. Szkoda, że nie mamy go na swoim wyposażeniu. Pocieszać się można tym, że Polak potrafi. Może nie jest to czołg konkurujący z maszynami ostatniej generacji, jednak osiągnięto prawie „maks” możliwości jeśli chodzi o modernizacji skorupy starej „Siedem Dwójki” (bo z niej przecież PT-91 się wywodzi).  

2

PT-91M źródło www.qualityweapon.com

Pogadałem sobie o PT-91M… ale dowcip polega na tym, że nie było dane mi go zobaczyć. Pomacać dosłownie i w przenośni było mi dane inny ciekawy projekt Bumaru-Łabędy. T-72U. Co to za zabawka? By ułatwić odrobinę, napiszę że U pochodzi od słówka „Urban”. Wszystko już chyba jasne. Czołguś ten to wersja przeznaczona do walki w mieście. Po co taka wersja?  Cofnijmy się pamięcią do dwóch konfliktów. W „dalszą” i „bliższą” przeszłość. Grozny – wszyscy wiemy jak wyglądały walki niedostosowanych czołgów w terenie miejskim (pomijam głupotę, jaką jest wpychanie pancernych kolumn w miasto). Gruzja to drugi przykład. Osoby, które na bieżąco monitują takie sprawy i siedzą czasem na militaryphotos.net pamiętają pewnie sławne zdjęcie wieży T-72.  Wieża ta po trafieniu poleciała „parę” metrów w górę i w bok względem korpusu czołgu. Czemu tak się dzieje? Wynika to z konstrukcji tego typu czołgów. „Karuzela”, jak się żartobliwie nazywa transporter obrotowy z amunicją, znajduje się pod dowódcą i działonowym w wieży. 22 sztuki ładunków i pocisków przy pełnej jednostce ognia. W momencie trafienia i penetracji kadłuba na wysokości TO, wszystko idzie w powietrze – z wieżą i załogą w niej się znajdującą. Nie dziwota, że inżynierowie z Bumaru–Łabędy uwzględnili ten „drobny” problem. By przeciwdziałać pociskom RPG, które sprawiają takie przykrości, prócz kostek pancerza reaktywnego na fartuchach osłaniających gąsienice, zamontowano „ażurowe” (jak nazywa to producent) osłony. Co to jest? Kojarzycie siatki na Rosomakach w wersji „afgańskiej”? To to samo. Modyfikacje nie kończą się oczywiście na tym. Bajerów jest więcej. Większe bezpieczeństwo gwarantuje zmodyfikowane siedzisko kierowcy, specjalny energochłonny panel denny (IED to przecież jedno z większych zagrożeń, a Irak pokazał że wysadzenie czołgu to tylko kwestia ilości ładunku i jego mądrej konstrukcji). Co dodano by zostawiać za sobą „strach i zniszczenie”?  Wymieniono tak jak w Malezyjczyku stare NSTW 12.7mm, które by strzelało, musi być obsługiwane przez członka załogi (dowódcę!) będącego we włazie. Idealne rozwiązanie do miasta. By ukrócić tą głupotę zamontowano system ZSMU-127 Kobuz. Zdalnie sterowany karabin jest autonomiczny i niepodłączony do SKO. Ma własne przyrządy celownicze. Może obracać się w płaszczyźnie 360 stopni i ma całkiem sensowną elewację w pionie. Pojawił się również system kamer do obserwacji dookólnej. Jest ich 8 sztuk. Kto siedział kiedyś w czołgu (albo oglądał Czterech Pancernych – to prawie to samo), wie jak wiele można zobaczyć przez wizjery. W odległości do 7-10 metrów czołg jest zwyczajnie ślepy. Dalej nie jest lepiej z racji wąskiego kąta widzenia. Wierzcie lub nie, ale w PT-91 i T-72 dowódca, by obserwować co się dzieje, musi kręcić POD’em (Przyrządem Obserwacyjnym Dowódcy) tak jak czasem kapitan na łodzi podwodnej – bardzo podobny peryskop. W tej wersji robi się to bardziej cywilizowanie – joystickiem. Na koniec wspomnę, że tutaj też mamy klimatyzację i drugi silnik. Mówiąc krótko – czołg „robi robotę”.

3 PT-72U

Ostatnim punktem wizyty była osobna hala. Co ciekawe swoim wyglądem nie przypominała pozostałych. Była mała, czysta, sprawiała wręcz wrażenie sterylnej. Było to miejsce, w którym remontowano zepsute wieże Rosomaków, bądź testowano i dopieszczano, te które zostały świeżo wyprodukowane. Największe zdziwienie wzbudziły we mnie sterty części od Rośków, które podzielono i posegregowano. Przypominało to supermarket i tak właśnie było nazywane. Co więcej wśród tych części znajdowały się również zużyte, np. lufy. Jedna z nich była tak wygięta, że wystarczyło założyć cięciwę i mielibyśmy piękny łuk angielski. Największy fun dawało jednak stanowisko testowe gotowych wież. Nowiutka wieża zamontowana na specjalnym podeście. Podłączone wszystkie systemy. Wszystko działające jakby zamontowane na wozie. Wsiadasz, kręcisz wieżą, bawisz się nokto/termo, namierzasz cel, naciskasz spust i następuje strzał (a raczej wypadają z odpowiedniego miejsca łuski). Zastanawiałem się po co w tym pomieszczeniu wokół tego stanowiska narysowano wielki czerwony krąg. Po pierwszym obrocie wieży z armatą wycelowaną „na wprost” zrozumiałem. Obrót wieży jest „całkiem” szybki :).

Na sam koniec spotkania trochę porozmawialiśmy o platformie Anders i innych projektach realizowanych przez spółkę BUMAR (co nieco tego jest – szkoda, że z racji funduszy nie ma możliwości rozwinięcia w pełni skrzydeł). Jeśli jesteście zainteresowani którymś z tych tematów, chętnie też o tym napiszę. W szczególności godna opowiedzenia jest historia związana z Andersem. Jest to jednak opowieść na inny artykuł :).


Komentarzy: 7 do wpisu “Wizyta w Pancernej Jerozolimie”

Zostaw odpowiedź

Preview: