Nieoficjalny język Legii – cz.2

Remi

Zanim rozpoczniecie lekturę zachęcam do przeczytania jego pierwszej części. Ułatwi Wam to zrozumienie tego artykułu, który stanowi kontynuacje poprzedniego, o tym samym tytule. Artykuł ten znajduje się pod tym linkiem:  http://blog.gunfire.pl/2012/11/18/%E2%80%9Enieoficjalny-jezyk-legii/#more-4400

…moja nadzieja, że zakończyliśmy ćwiczenia na dzisiaj została bardzo szybko zgaszona przez krótką komendę wykrzyczaną przez dowódcę plutonu. Mimo tylko kilku lekcji  języka francuskiego domyśliłem się, że trzeba wykonać „w tył zwrot” i wrócić na miejsce zbiórki. Moje szybkie zrozumienie komendy wynikał prawdopodobnie ze „zdecydowanego” tonu dowódcy. Jednocześnie to samo zachowanie kadetów i seria cichych wypowiedzianych pod nosem „putain” (bardzo popularne  słowo w Armii francuskiej- wyjątkowo pomocne) utwierdziło mnie w tym, że podejmuje prawidłową decyzje.  Wróciliśmy na miejsce. Dowódca nakazał uformowanie koła. Pobiegaliśmy, to czas poćwiczyć. Nie ma nic w tym nadzwyczajnego. Jednak pewne proste rzeczy można również w bardzo szybki sposób skomplikować. Po co ? Tak jak wspominałem:  Kolega z Austrii miał sztuki walki. Świetny sposób na rozładowanie przez Legionistów frustracji. „Ten chłopczyki za rok może będzie moim dowódcą, dajmy mu przedsmak tego, że się nie nadaje. Czas na wycisk.”- praktyka znana w wielu Armiach.  Bieganie nie było świetnym polem do pokazania swojej wyższości fizycznej. Kadeci są za dobrymi biegaczami. Jeśli chcemy „zawalczyć” musimy być pewni zwycięstwa.  Jak to zrobić ? Przepis jest bardzo prosty: Główny składnik to ćwiczenia, które kiedyś opisał bardzo trafnie jeden z moich WFistów w szkole oficerskiej- nie trzeba nie wiadomo ile czasu i miejsca żeby kogoś zajechać. Wystarczy metr kwadratowy i 5-10 minut.  Do tego dorzucamy popękane płyty betonowe, na których znajdują się odpryski betonu, żwir, kawałki szkła i mamy ciekawy trening, w którym głupia pompka z powodu braku rękawic zaczyna być nad wyraz ciekawym doświadczeniem. Ta sama pompka wykonana na pięściach wielokrotnie pozostaje również w pamięci.  Kwadrans tego typu ćwiczeń, połączona z dużą ilością odpoczynków „na łokciach i na tutaj” (jeśli nie wiesz o co chodzi- warto obejrzeć  uważnie „Kawalerie Powietrzną”) zdał egzamin. Legioniści, silniejsi i wytrzymalsi oraz przyzwyczajeni do tego typu ćwiczeń, czerpali ogromną radość z obserwowania kadetów walczących z własnym ja.  Muszę przyznać, że również wyczekiwałem bardzo mocno końca tej zabawy.  Teraz byłem przekonany, że odszukania prysznica nie jest już takim priorytetem- byłem już wystarczająco mokry.

615698_10152312066500727_1159807616_o

Po ogarnięciu siebie i swoich rzeczy, przebraniu się w mundur, wyruszyliśmy do innego budynku w raz z plutonem na pokazową  lekcje języka francuskiego. Jeśli chodzi o zajęcia w Legii, system jest identyczny tak jak u nas. Dowódca plutonu jest nauczycielem, dowódcą, wychowawcą i instruktorem w każdym wymiarze i na większości zajęć.

 Legia stawia bardzo mocny nacisk na naukę języka francuskiego. Jest to oczywiste- dowódcy wyższego szczebla to Francuzi, sprzęt używany w Legii, wszelakie instrukcje, a przede wszystkim komendy i rozkazy są w języku francuskim. ( Co więcej, kilka dni później, w czasie biegu z całym batalionem spotkałem Polaka, z którym zamieniłem parę słów. W pewnym momencie rozmowa się  urwała. „Pogadamy później, dowódca jest za blisko, nie możemy gadać po polsku”. Rozmowa w Twoim rodzimym języku jest oficjalnie zabroniona.)  Pytałem trochę jak działa ten system. Z tego co zrozumiałem, prócz lekcji języka francuskiego, które obowiązkowe są dla wszystkich, równolegle działa system „wprowadzania” w świat Legii na samym początku służby. Około 17 procent osób, które wstępują w szeregi  Legii to osoby francuskojęzyczne.  Te jednostki, dla których język miłości jest językiem ojczystym zostają przydzielone do rekrutów, którzy nie mają o nim pojęcia. Dzięki temu efektywność ich nauki językowej rośnie, do tego szybciej asymilują się z francuskimi zwyczajami i kulturą.  Mimo wszystko, tendencje do rozmawiania w ojczystym języku są bardzo silne. W szczególności po godzinach służbowych. Nikt przecież przy zdrowych zmysłach nie będzie rozmawiał ze swoimi rodakami po francusku.

208220_10151058894045826_2024452758_n

Po zajęciu miejsc  w klasie, lekcja rozpoczęła się. Może wyda się to śmieszne, ale sposób w jak dowódca plutonu przeprowadził te zajęcia i jak przemawiał do swojego plutonu bardziej do mnie trafiał, niż moje normalne akademickie lekcje języka francuskiego. Mimo, że przez całe 2 godziny używał tylko i wyłącznie tego języka- w przeciwieństwie do mojej nauczycielki, która by coś nam wytłumaczyć, posiłkuje się j. angielskim. Dlaczego tak się działo ? Porucznik starał się wszystko wytłumaczyć na przykładach. Dużo pokazywał, demonstrował, gestykulował.  Prawdopodobnie łatwiej było mu uczyć innych. Wiedział co jest trudne dla obcokrajowca, ponieważ nie był to jego pierwszy język- dowódca mojego plutonu okazał się Polakiem. W trakcie tych zajęć pojawiła się również inna kwestia. „Naturalizacja”. We wcześniejszym artykule wspomniałem o „nowej tożsamości” jaką możemy otrzymać od Legii. W połączeniu z tą nową tożsamością, można również otrzymać francuskie obywatelstwo. Nie jestem pewien, czy dobrze to zrozumiałem, ale naturalizacja jest czymś szerszym. To nie tylko otrzymanie obywatelstwa, ale stanie się Francuzem. Tutaj się pojawia pewien zgrzyt. Zdania w Legii na temat  naturalizacji są podzielone. Kilka dni później, w innej części Francji spotkałem się z Legionistą, który na pogadance z kadetami powiedział „Jestem Francuzem od 12 lat, płace podatki, mam francuską żonę. Jestem dumny z tego”.  Z drugiej strony spotykałem się z odwrotnym stwierdzeniem.  „Nie jestem i nigdy nie będę Francuzem, jestem Legionistą”. Tą kwestie, zostawiam Wam do przemyślenia.

Po zajęciach, dowódca plutonu omówił zadania na dzisiejszy dzień, wysłał ludzi na poszczególne kierunki, a sam poszedł na odprawę do dowódcy kompanii. Nasza dzielna grupa została wysłana do magazynu broni. Mieliśmy wraz z Legionistami pobrać broń na zajęcia na „elektronicznej strzelnicy”.  Po drodze do magazynu mijaliśmy monumenty, które były zdeaktywowanymi zdobyczami wojennymi. T-72, T-62,  BRDM-2. Nigdy nie wierzyłem, że spotkam tutaj „siedem-dwójkę”, która przecież jest tak dobrze mi znana.  Jak pewnie już zauważyliście, w czasie swojej wizyty w Regimencie, większość czasu spędzałem z Legionistami. Szczerze mówiąc, to Legioniści nie wykazywali  inicjatywy rozmowy z francuskimi kadetami.  Nie mówię tylko o polskich Legionistach (logiczne jest to, że woleli rozmawiać ze mną niż z nimi), ale o innych narodowościach również.  Inicjatywy ze strony  kadetów też nie była widoczna. Co więcej, z jakiś niewiadomych mi przyczyn, kadeci bali się Legionistów.  Kiedy mijaliśmy sprzęt produkowany przez dawny Związek Radziecki i zwróciłem na to uwagę,  wywiązała się kolejna mocno kontrowersyjna rozmowa. Z racji poprawności  politycznej, nie wyrażę swojej opinii, tylko postaram się zrelacjonować to co usłyszałem.

247207_377026495707103_171814035_n

Legia w porównaniu do Armee de Terre (wojsk lądowych) należących do  Sił Zbrojnych Francji jest naprawdę niewielka. To jedyne 7,7 tysiąca w porównaniu do 120 tysięcy.  Swego czasu, istniała idea „sprzedaży” Legii Cudzoziemskiej do innego kraju. Zgadnijcie kto się tym tworem zainteresował. Przyszły kupiec miał tylko jedno wymaganie. Wykupi Legii, ale bez jej francuskich oficerów. Tutaj dochodzimy do najbardziej kontrowersyjnej części.  Z tego, co usłyszałem od Legionistów (nie tylko trakcie tej rozmowy) Legia to „inna bajka” niż zwykła Armia Francuska.  Legioniści uważają, że są twardsi, że to oni tak naprawdę robią „robotę”. Ich szkolenie jest bardziej wymagające i bardziej skupiają się na walce, działaniu, zbieraniu doświadczenia niż na paradach i tradycji.  Wykazują również ogromną frustracje, z powodu zmian zachodzących w Legii, ponieważ przestaje być tak mocno niezależna i zaczyna podchodzić pod dowodzenie i rządy AdT.  Relacje między Legionistami i oficerami oraz oderwanie od siebie tych dwóch światów to również długa historia, o której napiszę w dalszej części.  Tłumaczy to mocno niechęć i brak zaufania do kadetów. „Oni tego nie zrozumieją, oni tego nie przeżyli. Ich świat to świat parad, robienia kariery, medale i głupie tradycje, bale i picie wina w czasie pracy w kantynie”. Ile w tym prawdy ? Nie wiem. Zawsze Ci będący niżej narzekają na tych wyżej.  Jednak problem jest bardzo widoczny  ciężko go zamieść pod dywan.  Z czegoś ta frustracja musi wynikać.

W czasie tej rozmowy wyszedł na wierzch jeszcze inny problem. Nawet większy. Według Legionistów, Legia stała się czymś na wzór „wojska do brudnej roboty”. Po co wysyłać „swoich” ludzi w zapalne rejony ? Po co narażać się na ataki ze strony mediów z powodu śmierci francuskiego żołnierza ? Wywoła to na pewno debatę na temat sensowności danego konfliktu i prezencji wojsk francuskich w rejonie. Jednak przecież mamy Legie. Kto przejmie się śmiercią Legionisty z Ameryki Południowej, czy Bliskiego Wschodu bądź dawnego bloku wschodniego ? Przecież tak naprawdę, nie jest nawet prawdziwym Francuzem. Co więcej, Legia ma ogrom doświadczenia. Zawsze była używana w akcjach „pierwszego kontaktu”. Jest znana ze swojej skuteczności. Dlaczego nie kontynuować tego ?  Warto troszkę pogooglać i zobaczyć, że Legia zawsze uczestniczyła w operacjach organizowanych przez Francję. W celu obrony terytorium kolonialnego Francji. Czy to w Gujanie, czy to w Afryce. Jak również w walkach z Talibami w Afganistanie.  2-3 lata  uganiania się za Buszmenami w dżungli w Gujanie Francuskiej czy to w Afryce (jak to sami określają Legioniści) jest całkowicie normalne i oczywiste dla członków tego typu pododdziałów. Nie wiem, czy żołnierz francuskiego Regimentu Marines mógłby powiedzieć to samo.  Należy również pamiętać, że pieniądze w Legii jak na francuskie warunki nie są też  jakoś wyjątkowo świetne.  Tego samego dnia miałem okazję porozmawiać  z moim kumplem, który jest kadetem z USA. Powiedział, że bardzo współczuje chłopakom.  Z drugiej strony zazdrości Francuzom, że mają bardzo skutecznych niewolników na posyłki, którzy zawsze odwalą najbardziej czarną i niewdzięczną robotę. Gdziekolwiek ich się wyślę i z jakimkolwiek zadaniem do wykonania. Wypowiedz mocno sarkastyczna, jednak wciąż dużo w niej prawdy.

223275_377022915707461_1931191597_n

Dotarliśmy do zbrojowni. Czekały na nas już tam zabawki. Tutaj miałem po raz pierwszy kontakt z system FELIN.  Był to również pierwszy kontakt z młodszym bratem FAMASa. Jego drugą odsłoną z celownikiem EOTech 552. W tym miejscu zrozumiałem, dlaczego  Legioniści muszą być „dużymi byczkami”. Po władowaniu na siebie całego systemu poczułem jego wagę. Całość, wg. tego co przekazał mi jeden z oficerów waży  58 kg. Plecak z wodą, amunicją, dodatkowymi bateriami i racją żywnościową na jeden dzień , kamizelka oporządzeniowa i kuloodporna, magazynki, broń,  hełm wraz z elementami systemu, broń wraz  z kamerą i wbudowanym  w nią celownikiem,  Przygniata delikatnie do ziemi. Bez konkretnej krzepy nie będziemy skupiać się na przeciwniku, raczej na tym że ciężar sprzętu złamie nam kręgosłup i nas zabije.  Z całym tym inwentarzem wybraliśmy się na strzelnice pneumatyczną i „cyfrową”.  Nazywając to ludzkim językiem, jest to odpowiednik naszego systemu „Śnieżnik”.  Duży ekran, przypominający ten który możemy spotkać w każdym kinie. Znajdujący się w ciemnym dużym pomieszczeniu. Na jego przeciwległej stronie stanowiska strzeleckie, osłony zrobione z worków, murki- czego dusza zapragnie.  W rogu „sterówka” z pulpitem kierownika.  Do tego najważniejsza część. FAMASy i M249’ątki przerobione w taki sposób, by działały jak dobrze nam znane gaziaki tylko z większymi zbiornikami na CO2.  Miałem możliwość używania również Śnieżnika będąc w 10BKPanc na praktykach. Muszę powiedzieć, że nasz system jest bardziej złożony. Można używać również „rur” (RPG-7) . Ma ciekawe scenariusze (nie wiem czy można układać dodatkowe, czy jest tylko kilka podstawowych) . Co pozwala na szkolenie całej drużyny  zmechanizowanej.  Tutaj tego nie uświadczyłem (może taka opcja istnieje, tylko nie została wcale zaprezentowana).  System francuski jest bardziej precyzyjny. Można ćwiczyć strzelanie na punkty na „dystansie” powyżej 300 metrów (tarcze na ekranie są zmniejszone).  Na końcu program pokazuje zbliżenie tarcz i przestrzeliny.  By pocieszyć wszystkich, którzy korzystali ze „Śnieżnika” i narzekali na jego wadliwość- system naszego zachodniego sprzymierzeńca ma te same wady i te same problemy. Potrafi syfonować, system nie „zaprogramuje” pocisków, więc mimo podłączenia magazynka nic się nie dzieje.  Podobnie jak w Polsce, w przypadku zaistnienia tego typu problemów, Legioniści używali kwiecistych polskich słów, by wyrazić swoje niezadowolenie.  Po wystrzelaniu wszystkich  wirtualnych naboi oraz trafieniu wszystkich wirtualnych tarcz przeszliśmy na strzelnice pneumatyczną. Przyjemnie było popatrzeć na całkiem sensowne modele karabinków pneumatycznych, które się tam znajdowały. Nie będę opisywał jednak rywalizacji  na punkty pomiędzy poszczególnymi kadetami . Bardziej interesujące było dla mnie zachowanie polskiego Legionisty. Był to świetny przykład, jak można sobie „poukładać ludzi” w pododdziale. Co ciekawe, ludzi, którzy mają więcej na pagonach niż my sami.  Polak robił na tej strzelnicy tak naprawdę wszystko co chciał. Począwszy od dowcipów dotyczących francuskich kadetów (niektórzy przyjmowali postawę strzelecką, która wskazywała na niewielki kontakt z jakąkolwiek bronią), skończywszy na pogaduchach ze mną i kierownikiem strzelnicy oraz rozdzielaniem zadań pomiędzy Legionistów równych stopniem bądź starszym.  Na koniec, kiedy doszedł do wniosku, że już mu wystarczy, poinformował mnie, że idzie sobie postrzelać na wirtualnej strzelnicy z M249 bo fajnie kopie.  Wszystko w tym temacie.

P1000487

Kiedy grupy zmieniały się na kolejnych punktach nauczania oddzieliłem się od swojej sekcji i podszedłem do dowódcy plutonu. W końcu był Polakiem, więc nadszedł odpowiedni moment, kiedy wszyscy są zajęci, by zamienić parę słów. Po raz kolejny spotkało mnie pozytywne zaskoczenie. Kolejna bardzo pozytywna postać. W czasie rozmowy wyszło, że nie był to jego pierwszy kontakt z polskimi żołnierzami. Miał okazje współpracować z ludźmi, którzy wyjeżdżali do Afganistanu (jak i w samym Afganistanie) oraz operatorami z JWK, która w tamtych czasach zwała się jeszcze Pułkiem Specjalnym Komandosów.  Z praktycznej strony, po raz pierwszy ktoś jasno i dokładnie opisał mi wszystkie procedury związane z obsługą FAMASa i działaniem na wypadek występowania zacięć. (Swoją drogą FAMAS i jego awaryjność, szczególnie starszych modelów to również ciekawa historia). Tutaj pojawił się zgrzyt, który również znam z naszego podwórka. „Czego oni Cie tam nauczyli?!” Czyli delikatna różnica pomiędzy szkołą a praktyką. Była to iskra do wywołania kolejnej gorącej rozmowy na temat przygotowania kadetów do objęcia stanowiska dowódcy plutonu. Konkluzja z tej rozmowy jest jedna. Na początku lepiej, by młody oficer przyjął postawę obserwatora, który uczy się od swoich podoficerów i zajmuje się reprezentowaniem plutonu przed wyższym przełożonym. Wszystko może się „kręcić” całkiem sensownie bez jego ingerencji. W początkowej fazie pieniądze, które odbiera są pieniędzmi za przyjmowanie na klatę problemów, jeśli coś się posypie (zapłata za odpowiedzialność).  Podobnie jak we wcześniejszej rozmowie, pojawił się problem związany z powolnym „upadkiem” Legii. Co raz mniejszej ilości prawdziwych wojowników (jak zostało to wspomniane w komentarzu pod pierwszą częścią tego artykułu). Również ból z powodu zmniejszenia wydatków, cięć przy utrzymaniu tych samych obowiązków jest odczuwalny. W czasie konwersacji wypłynęła również opowieść na temat „tradycji”. Po raz kolejny opiszę to co usłyszałem, a Wy wyciągniecie swoje własne wnioski bez mojego komentarza.  Z tego co zrozumiałem w okresie  sylwestrowym na terenie jednostki, organizowany jest bal przebierańców. Tworzona jest specjalna lista, kto przebiera się za kogo. Co ciekawe, część oficerów/podoficerów przebiera się za różne stworzonka, kobiety, w różnych „ ciekawych” strojach. Jeden z młodszych oficerów jest przebrany za oseska.  Wszystko to połączone z winem, tańcami i ogólnie mocną imprezą. Osoba, z która rozmawiałem powiedziała mi co o tym myśli i jak bardzo tego typu zachowania pasują do postaci oficera. Nie będę tego opisywał- stawiam na Waszą domyślność.

429177_377022629040823_1133958693_n

Zajęcia dobiegały końca. Dowódca plutonu podał mi rękę, wydał kilka szybkich rozkazów. Tutaj znów pojawił się uśmiech na mojej twarzy gdy kolejny podoficer przechodzący obok nas przywitał mnie wesołym tonem: „Co sprowadza pana sierżanta w nasze progi ? Ojczyzna wezwała ?”  Po raz kolejny zadałem sobie pytanie, czy Legia Cudzoziemska jest dla mnie tak mocno „cudzoziemska”.

Po powrocie do budynku kompanii, dowiedzieliśmy się, że mamy jeszcze popołudniowy obiad. Oficjalne spotkanie z generałem. Muszę powiedzieć, że w ciągu swojej 2 tygodniowego szkolenia w terenie, partycypowałem w 3 tego typu wystawnych obiadach, 2 śniadaniach i byłem na jednym „a’la balu”. Jak ktoś, gdzieś, kiedyś powiedział „Mają rozmach …..” Jeszcze ciekawsze, że za każdym razem uczestniczył w tym cały batalion i multum wysokiej rangi oficerów (czy to z Legii czy z Regimentu Marines).  Jeśli chodzi o jakość tego typu spotkań i rzeczony rozmach to postaram się posiłkować zdjęciami. Robi mocne wrażenie.  Bardzo ciekawe są tradycje Legii związane z tego typu imprezami. Po pierwsze- jemy na stojąco, przy wysokich stołach, które sięgają nam powyżej pasa.  Pijemy wino, które jest wytwarzane przez byłych Legionistów/weteranów. (Swoją drogą bardzo dobre- jest kilka rodzajów tego wina, w zależności od rodzaju czerwone/różowe czy jego jakości) Po drugie, należy odśpiewać przed posiłkiem i wypić pierwszy toast wina „na raz”.

526013_4581900186297_695546021_n

Co bardzo mi się podobało-Kadeci byli wymieszani z szeregowymi Legionistami i oficerami starszymi. Mieliśmy przy każdym stole duży przekrój: szeregowi Legioniści, kadeci  francuscy jak i zagraniczni oraz wcześniej wspomniani oficerowie.  Generowało to ciekawe rozmowy i dyskusje, które był, muszę powiedzieć, całkiem otwarte. Moim zdaniem takie spotkanie mogłyby zdać egzamin u Nas (jeśli nie byłyby organizowane metodą „pełnego spięcia”).

Na zakończenie, opisze jeszcze ostatnią historię związaną z rozmowami przy stole. Mam nadzieje, że skłoni Was to do przemyśleń na temat życia Legionisty. W czasie tego spotkania, spożywałem posiłek z grupą austriackich kadetów oraz Legionistą pochodzącym z Austrii. Służył On grubo ponad 10 lat w Legii.  Gdybym chciał zanotować  na szybko gdzie facet służył i jakie kraje „zwiedził’ to prawdopodobnie nie nadążyłbym za nim.  Zaliczył kilka tur w A-stanie jako członek EOD Team’u. Ilość ładunków z jakimi miał do czynienia  można opisać trzycyfrową liczbą. Wsiąkł w Legie.  Legia stała się jego życiem, a mówiąc jeszcze bardziej poetycko- życie jego stało się Legią. Na pytanie, co będzie robił po zakończeniu kontraktu, jakie ma z tym związane plany odpowiedział, że albo go przedłuży, albo pójdzie do jakiejś znanej firmy PMC. Nie był On jedynym Legionistą o takim podejściu. Tutaj pojawia się pytanie, które często jest zadawane nie tylko w przypadku Legionistów. Czy w pewnym momencie Nasza służba nie staje się czymś, co nie tylko wypełnia część Naszego życia, a staje się celem samym w sobie. Wielu ludzi zaciągało się w szeregi Legii po to by rozpocząć nowe życie. Czy jednak spodziewali się, że ich nowe życie będzie wyglądało właśnie tak ?

Pozostało jeszcze kilka historii, kilka rzeczy, które nie został opowiedziane. Ciąg dalszy może nastąpi, ale nie musi.

Fot. Archiwum autora


Jeden komentarz do wpisu “Nieoficjalny język Legii – cz.2”

Zostaw odpowiedź

Preview: