„Nieoficjalny” język Legii.

Remi

Mimo mylącego tytułu, artykuł ten nie będzie opowiadał o fanach piłki nożnej i ich specyficznego  sposobu wyrażania myśli oraz uczuć. Jednak skojarzenie to ma pewien zbieżny punkt również w tej historii. Chodzi o kilka słów, a w szczególności o jedno. Najbardziej znany i popularny wulgaryzm, używany  nie tylko na stadionach, ale również w codziennym życiu prawie każdego Polaka. Dobrze nam znane słowo zaczynające się na literę  „k”. Podpowiem, że nie chodzi o „ kocham”.  Zacznijmy jednak od początku…

Chyba każda osoba, która w swoim życiu interesowała się w pewien sposób ogólnie pojętym wojskiem i militariami zetknęła się z tworem zwanym „Legią Cudzoziemską”  W kraju jej twórców zwaną „Legion Etrangere”. Jednak dzięki kulturze masowej, kojarzona jest również przez szerszą masę ludzi. Czy to przez książki takie jak „Maszeruj albo zgiń”, „Księga Legii Cudzoziemskiej, filmy „March or die”, „Legionista”.   Jak również produkcje, w których Legia nie jest głównym wątkiem, jednak ich bohaterowie byli byłymi Legionistami. (Bo jaka postać ma być największym twardzielem jak nie ex-Marine, SFem bądź Legionista?) Nawet w rodzimej produkcji „Reich” Boguś Linda jest człowiekiem z przeszłością związaną z jasno zielonym beretem. Mit Legionisty. Człowieka z nieciekawą przeszłością, który wstępując w szeregi  żołnierzy Kepi Blanc, decyduje się na odkupienie swoich grzechów (czasem nie chodzi o grzechy, jednak wybór racjonalnej metody ratowania własnej skóry)  przez wyrzeczenie się swojego dotychczasowego obywatelstwa, ogromny wysiłek, mordercze szkolenie,  hektolitry potu, a czasem również przez przelaną krew. Wszystko to, by rozpocząć  życie z nową tożsamością i czystą kartą. (Osobom, które  nie wiedzą o czym piszę zalecam pogooglanie na temat sposobu rekrutacji  i zasad panujących w Legii) Ile z tego jest prawdą ? Jak wygląda szkolenie w Legii ? Jak ewoluowała Legia na przestrzeni lat ? Jak bardzo zbieżny jest mit z rzeczywistością i o co chodzi z tym cholernym słówkiem ? Postaram się odpowiedzieć na te pytania przez pryzmat mojej obserwacji i subiektywnych wniosków opartych na kilkunastodniowym kontakcie z tą „instytucją”.

„Dzień z życia legionisty”

Pewnego ranka, o godzinie 5.00 rano zapakowałem się z francuskim kadetami do ciężarówki i  wybrałem się na „wycieczkę” do jednego z Regimentów Legii Cudzoziemskiej.  Nie mogę zdradzić do którego,  z jakiej okazji i po co. Jednak w miejscowości, w której stacjonuje ów Regiment mimo połowy października wciąż pogoda wydaje się mocno wakacyjna. Przy bramie wjazdowej do jednostki przywitała nas warta, w postaci dwóch Legionistów, którzy w mundurze paradnym, w  postawie zasadniczej  stali po dwóch przeciwległych stronach drogi. Gdy ciężarówka znajdowała się na ich wysokości starszy stopniem wydał komendę (przypominającą bardziej okrzyk) „prezentuj broń”.  Był to moment, w którym zacząłem „czuć klimat”.  Kiedy dotarliśmy na miejsce,  zdeponowaliśmy swoje plecaki i oporządzenie w jednym z pomieszczeń budynku kompanii, do której zostaliśmy przydzieleni. Przebraliśmy się w stroje sportowe i wraz z Legionistami przemaszerowaliśmy ze śpiewem w kierunku placu apelowego. Była to pierwsza okazja by ich „obejrzeć”, w szczególności że wszyscy byliśmy ubrani w naramienne koszulki.  Jeśli miałbym określić dwoma słowami moje pierwsze wrażenie powiedziałbym „wytatuowane byki”.  W porównaniu z kadetami z St Cyr widoczny był ogromny kontrast. Z jednej strony wysportowani pod względem kondycyjnym „chłopcy” ( nie jest to określenie  obraźliwe, jednak średnia wieku kadetów, partycypujących w tym szkoleniu oscylowała w okolicy 20 lat. Co więcej sami często lubią się określać mianem „skinny cats” – pasuje do nich to świetnie, bo większość z nich to osoby „żylaste” i zwinne). Po drugiej stronie „panowie” o naprawdę wielkich gabarytach z średnią wieku podchodzącą pod 30 lat. Starając się utrzymać swoją głowę w kierunku frontalnym rzucałem wzrokiem we wszystkie możliwe strony by przyglądnąć się poszczególnym Legionistom.  „Moja” kompania była przekrojem chyba wszystkich możliwych ras, kultur i wyznań. Począwszy od Azjatów, Arabów przez Murzynów o różnych odcieniach skóry skończywszy na rasie Kaukaskiej z różnych regionów Europy.  Jak później się okazało, w mojej kompanii spotkali się ludzie z wielu krajów Ameryki Łacińskiej (Czasy „Legii wschodnioeuropejskiej” skończyły się parę lat temu. Ameryka Południowa w chwili obecnej to 30-40 procent szeregowych Legii), Nigerii, Maroko, RPA, Rosji, Ukrainy, Białorusi, Niemiec, Austrii jak również z Norwegii, Japonii (tu zdziwienie) czy USA (tutaj jeszcze większe).  Moją uwagę przykuwały co chwilę tatuaże.. wytatuowane twarze, całe ręce, nogi, szyje. Ogromna ilość tatuaży. Smoki, potwory, pajęczyny, dziwne ognie i tribale. Pojawiały się również „perełki” jak kontur Związku Radzieckiego z wpisanymi w środku literami CCCP, na bicepsie tak wielkim, że mógłby spokojnie zastąpić zwykłą mapę ścienną. Czy orzeł Rzeszy (oczywiście Niemiec, który był jego „właścicielem” wyjaśnił mi później, że  jest to orzeł legionów rzymskich, tylko podobieństwo jest takie a nie inne…)  Było „grubo”.

 Dzień rozpoczął się, jak w większości jednostek wojskowych na świecie, wciągnięciem „kolorów” na maszt. Towarzyszyła temu typowa wojskowa „pompa”. Czyli  obecność wszystkich pododdziałów, przemówienie zastępcy dowódcy jednostki (sprawiającym wrażenie człowieka w dobrej kondycji. Również w stroju sportowym), trąbka i oczywiście… osioł. Weterynarzem nie jestem, ale dałbym sobie rękę uciąć, że widziałem tam osłopodobne zwierzę.  Co on tam robił ? Nie mam pojęcia.  Stał jak każdy inny pododdział na wyznaczonym miejscu, przystrojony w wyszywaną kapotę. Obok niego znajdował się „przewodnik” w wyjściowym mundurze. Mieliśmy kiedyś w swojej historii tresowanego niedźwiedzia- oni mają osła. Tradycja to rzecz, o której się nie dyskutuje (w szczególności we Francji, ale o tym można by było napisać osobny artykuł).

Po całej ceremonii. Pododdziały przemaszerowały pod budynki poszczególnych kompanii, gdzie dowódcy plutonów przeformowali szyki do biegu.  Komenda.. i poszli ! Poranne bieganie nie było dla mnie nowością.  Nowością był jednak inny fakt. Wybiegliśmy poza bramę jednostki. Bieg odbywał się po ulicach miasta. Trasa obejmowała centrum, później wybiegliśmy na jego peryferia, zrobiliśmy kilka dodatkowych kilometrów po pagórkowatym terenie. Uczta dla miłośników pięknych widoków. Dużo skał o różnych odcieniach brązu i żółci kontrastujących z jasnoniebieskim niebem. Krzewy cierniowe o przyjemnym ziołowym zapachu, palmy. Świetny krajobraz by trochę się spocić.  W czasie biegu uskuteczniałem dalej swoją obserwację. Ciężko nie było zauważyć jednego Murzyna z mojego plutonu, który wyglądał jak Ronnie Coleman. Stawiam, że w „obwodach” nie wypadał też słabo na jego tle. To nie był człowiek- to była bestia. Co chwile słyszałem jak kadeci szeptali w czasie biegu i wskazywali palcem w jego kierunku. Jak się później okazało. Mój bieg był szczęśliwym trafem. Kolega, kadet z Austrii, partycypował w WFie o tematyce „sztuki walki”. Chłopina mimo, że ma ponad 2 metry i do małych nie należy wrócił nieźle obtłuczony.  Jednak nie było z nim tak źle jak z francuskimi kadetami. Legioniści chcieli się „zaprezentować” z jak najlepszej strony przed przyszłymi oficerami. Niektórzy z nich przecież mogą być za rok-dwa ich dowódcami.

Prócz obserwacji w czasie biegu starałem się wsłuchać w języki, jakie pojawiały się w konwersacjach. I w tej części historii pojawia się rozwiązanie zagadki ukrytej w tytule. W pewnym momencie biegu z podporządkowanej uliczki wyjechał samochód, który prawie potrącił kilku Legionistów. W akcie niezadowolenia, któryś z nich wypowiedział piękne, słowiańskie słowo. K***a! Najśmieszniejszy w tej sytuacji było to, że przekleństwo to nie padło z ust Polaka. Co więcej, nawet nie z ust Słowianina. Był to Latynos.  W czasie naszego godzinnego biegu słówko to padało często i gęsto, więc przypadek ten nie był marginalny.  Problem w tym, że nadal nie spotkałem osoby, która  biegle władała językiem, z którego owo pochodziło.  Jednak jak dobrze wiadomo, w wojsku pewne informacje poruszają się szybciej niż prędkość światła. Podobnie było w tym wypadku. W czasie biegu nie powiedziałem nawet słowa po polsku, co najwyżej rozmawiałem z kadetami francuskimi po angielsku.  Mimo to w drodze powrotnej słyszałem rozmowy, w których pojawiały się słowa „Pologne”, „Polonais”. Na ostatnim kilometrze zagadał do mnie pierwszy napotkany przeze mnie polski Legionista. Nareszcie.  Tak rozpoczęła się moja „przygoda z Legią po polsku”…

W tym miejscu chciałbym troszkę uciec od retrospekcji. Napisać parę zdań o tym czym tak naprawdę jest „Polska Legia”.  Nie chcę tutaj poruszać kwestii moralnej, jeśli chodzi o służbę Polaków w Legii. Czy powinniśmy być z tego dumni czy nie. Wszystko zależy od prywatnego poglądu na ten temat. Rozmawiałem z Litwinem, który również był reprezentantem swojej Akademii. Nie miał nawet ochoty rozmawiać z Litewskimi Legionistami. Nie szanował ich za podjętą decyzje. Co człowiek, to opinia. Wychodzę z założenia, że jeśli chłopaki robią „dobrą robotę” to chwałą im za to. Ciężko ludzi oceniać, bo powodów i motywów wstąpienia w szeregi tej formacji jest tyle co osób w niej się znajdującej plus jeden. Z mojej subiektywnej oceny oraz obserwacji i spotkań z różnymi Legionistami polskiego pochodzenia mogę stwierdzić, że należą Oni do tej grupy ludzi, którzy są naprawdę dobrzy w swoim fachu. Bez względu na stopień i zajmowane stanowisko. Z czego to wynika ? Z naszego sposobu życia, pojmowania świata i mentalności, ale o tym napiszę dalej. Rozmowy z rodzimymi Legionistami dały mi również dużo pod innym względem. Mogłem usłyszeć opinie i historię jaka Legia jest z ich punktu widzenia. Nie-francuzów.  Chyba oczywiste jest to, że zdanie na temat Legii, jej wyglądu, działania, tradycji itd. Był „troszeczkę” inne w relacjach samych Legionistów, francuskich kadetów, a w szczególności francuskich starszych oficerów, z którymi również miałem kontakt. Punkt widzenia zależny od punkty siedzenia. Normalne zjawisko we wszystkich Armiach świata.

Pierwszy mit związany z Legią to silne nasycenie Słowianami. W szczególności właśnie Polakami. Jak już wcześniej pisałem, czasy te odeszły w niepamięć.  Jednak zdarzają się wciąż przypadki, w których Polacy stanowią większość składu pododdziału. W czasie jednej z rozmów z Legionistą dowiedziałem się, że w Afganistanie w składzie jednego z kontyngentów znajdowała się kompania, która liczyła około 30’tu Polaków. Można tylko sobie wyobrazić co się tam działo. Prawda była taka, że nasi chłopcy rządzili całym pododdziałem i rozstawiali towarzystwo tak jak im pasowało.  Mimo, że Polaków nie ma tak dużo w Legii, to ich wpływ na ogólną „kulturę organizacji”, jak to fachowo określa się w różnych publikacjach zajmujących się opisem zachowań w organizacjach, jest naprawdę ogromny. Nie tyczy się to tylko i wyłącznie przekleństw oraz innych prostych wyrażeń językowych. Chociaż i tutaj też jest duże pole do popisu. Większość Legionistów zna podstawowe słówka po polsku i namiętnie je używa, wywołując często uśmiech na twarzach Polaków. Jeden dowódca plutonu, z którym miałem styczność znał również podstawowe zwroty po polsku. Co więcej po  otrzymaniu prezentu w postaci „flagówki” na mundur od razu doczepił ją do velcro na swoim uniformie. Drobny gest, a bardzo przyjemny. Z drugiej strony zachowanie to było wynikiem jego dużego stażu w Legii. Posiadał 17’nasto letnie doświadczenie. Zaczynając od szeregowego Legionisty przebrnął przez wszystkie szczeble docierając do dowódcy plutonu.  Potrafił docenić poszczególnych żołnierzy i wczuć się w ich rolę. Tutaj również możemy  zauważyć pewną zmianę w polityce Legii. Kiedyś, nie istniała możliwość piastowania stanowisk od dowódcy plutonu w górę przez osoby, które nie miały francuskiego pochodzenia. Dzisiaj jest to możliwe. Droga do tego jest bardzo długa i o wiele trudniejsza niż pójście na 3 letnią szkołę oficerską  ( jak to się dzieje w  przypadku Francuzów), ale  osiągalna.  Wracając do głównego wątku. Polacy w Legii to nie tylko kilka słówek. To również zaszczepienie typowego dla nas sposobu myślenia.  Szczególnie było to widoczne w sekcjach, w których dowódcami byli podoficerowie z Naszego kraju.  Zasady, która panuje często w naszej Armii: „Nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko zadania” oraz „Improwizacja kluczem do sukcesu”   zostały wprowadzone i wyznawano je  w 100 procentach. Byłem świadkiem wielu sytuacji, w których podoficer tłumaczył nie tylko swoim żołnierzom ale również kadetom, że pewne rzeczy nie robi się w pełni zgodnie z regulaminem, tylko robi się je po prostu dobrze, tak by wszystko trzymało się kupy.  Nasze „kombinatorstwo” i często wyniesione doświadczenie z WP (zdarzały się osoby, które wcześniej przeżyły przygody z naszą Armią) , które nie zawsze przynosi pozytywne efekty w tym wypadku sprawdzało się wyjątkowo dobrze.  Przykładem był jeden z polskich Legionistów. Świetny podoficer z dużym doświadczeniem.  Jego sekcja działała jak zegarek. Wszystko było poukładane tak jak powinno. Co więcej, z niektórymi członkami swojej  ekipy komunikował się tylko i wyłącznie po polsku ( był to Kazach i Rosjanin, nie wymagajmy biegłości w naszym języku od np. Peruwiańczyka). Sprawność działania tej ekipy była widoczna nie tylko przy codziennej pracy w obozie, ale również w polu w czasie ćwiczeń.  Zgranie to,  jak później się dowiedziałem w czasie jednej z konwersacji z dowódcą kompanii wynikało właśnie z umiejętności dowodzenia Polaka i współpracy w Afganistanie. W czasie tej misji sekcja ta miała najlepsze „wyniki” w pododdziale.  Sam wcześniej wspomniany Rodak przyznał, że rozumiał się świetnie ze swoimi podwładnymi, nie musiał powtarzać dwa razy i wiedział, że gdy jego Kazach osłania ich przy użyciu FR F’a, może na nim polegać. Nie ma chyba nic ważniejszego niż zaufanie na polu walki.

Pojawiają się również zabawne historie związane z Polakami. Powiązane po raz kolejny z naszymi specyficznymi naleciałościami.  Wszyscy wiemy, że każdy Polak „ wie najlepiej”. Mimo, że każda instytucja zwana Armią opiera się na zasadach posłuszeństwa i przestrzegania reguł/wykonywania rozkazów.  Legia to przecież mityczne miejsce, w którym przestrzeganie  rozkazów i egzekwowanie ich jest podwaliną  istnienia tego tworu.  W przypadku jednego z Polaków… pojawił się wyjątek.  Początkowo średnio w to wierzyłem, jednak zostało to potwierdzone również przez innych Legionistów nie-polskiego pochodzenia. Jeden z naszych rodaków miał w swojej dokumentacji wpisaną adnotacje, że „Nie należy wchodzić w dyskusję z Legionistą X”. Podoficer ten słynął z tego, że zawsze miał rację i potrafił ją poprzeć silnymi argumentami jak i również argumentem siły, której z racji jego atletycznej budowy też mu nie brakowało.  Ile w tym prawdy ? Do końca nie wiem, ale jeśli historia była powtarzana wielokrotnie coś w niej musi być..

Źródło: www.st-cyr.terre.defense.gouv.fr/

Jeśli chodzi o Polaków. To zajmują oni różne stanowiska na różnych szczeblach dowodzenia. Począwszy od szeregowego żołnierza, przez dowódców sekcji/drużyn po dowódców plutonów.  Jak już wcześniej powiedziałem, Legia jest oparta na systemie od zera do bohatera. Istnieje możliwość awansowania od szeregowego, który nie zna nawet jednego słowa po francusku, do dowódcy plutonu.  Wszystko (jak to  Armii) wymaga czasu, cierpliwości, wysiłku i oczywiście żołnierskiego szczęścia.  Wspominałem już o naszym kombinatorstwie i umiejętności dopasowywania się do środowiska. Elastyczność jest bardzo przydatna na polu walki, ale również w zwykłym garnizonowym życiu, które przynosi wiele niespodzianek. Wyprzedzę fakty i zdradzę pewną rzecz. W trakcie rozmowy, z polskim Legionistą, którą prowadziłem w czasie biegu, dowiedziałem się, że dowódca plutonu jest również Polakiem.  W ciągu dalszej części dnia, mocno skupiłem na nim swoją uwagę. Chciałem zobaczyć w jaki sposób dowodzi swoimi ludźmi. Jaki jest jego styl.  Parę dni później, miałem również przyjemność porozmawiać  z dowódcą plutonu czołgów na AMX 10 (warto pogooglać i poczytać na temat tej konstrukcji. Ciekawa koncepcja) , który również był Polakiem. Wiadomo, że są to tylko wyrywkowe przypadki, na których ciężko zbudować ogólną i generalną opinię. Jednak na podstawie tych doświadczeń, muszę powiedzieć, po raz kolejny, że nasi ludzie robią dobrą robotę. Wynikało to pewnie nie tylko z powodu ich „polskości”, ale efektywności systemu. Zaczynając od zera, lepiej „czujesz” jak powinno to wszystko działać.

Źródło: www.st-cyr.terre.defense.gouv.fr/

…. dobiegaliśmy już do bazy. Mój nowy kolega, nazwijmy go Paweł, opowiadał mi o swoich pomysłach, dotyczących przyszłości po zakończeniu kontraktu. Dowiedziałem się również, że Legionista, który nie ma 5’ciu lat służby nie może wyjść z jednostki w ubraniu cywilnym. Jest zobligowany do poruszania się po mieście tylko i wyłącznie w wyjściowym uniformie.  Narzekał na ten pomysł (wcale mu się nie dziwie), bo ktoś „uprzejmy” poinformował jego przełożonego, że widział go w cywilkach niedawno. – Uprzejmych ludzi na świecie nigdy nie za wiele. Dotarliśmy pod budynek. Zadowolony, że poranek mam za sobą chciałem ruszyć w kierunku drzwi wejściowych w poszukiwaniu prysznica, jednak czekała mnie jeszcze jedna ciekawostka…..

C.D.N.

Źródło zdjęć: jeśli nie podano inaczej – archiwum autora


Komentarzy: 2 do wpisu “„Nieoficjalny” język Legii.”

  • qba223 Says:

    Polecam również artykuł PZ pt. „Wymarzone białe kepi”

  • Ex Says:

    Artykuł choć bardzo ogólny, oparty na małym kontakcie z rzeczywistością to jednak nie rozmija się z nią.
    Słowo „k…a” jest faktycznie bardzo popularne i używają go wszyscy. Dosadniej podkreśla wypowiedź niż francuskie „putain, merde itd”.

    Jeśli chodzi o narodowości to dużo jest z Rumuni, zbierają się w kliki i są w stanie nawet zaszantażować dowódcę…
    Sporo jest arabów…ich przydatność pozostawię bez komentarza oraz chińczyków, których interesuje tylko staż kucharza, dostać obywatelstwo po czym ściągnąć rodzinę i otworzyć chińską knajpę itd.

    Polacy i blok wschodni to ostatni wojownicy w tej formacji.

    Nieoficjalnego język legii posługuje się jeszcze słowem „banane” -banan, co oznacza, że podpadłeś dowódcy i czeka cie kara.

Zostaw odpowiedź

Preview: