M1928 KA – replika (?) prawie idealna

Piotr "Procent" Łopaciński

Kolejną zabawką, którą otrzymałem do dokładniejszych oględzin z Gunfire jest „Tommy” w wersji M1928 z King Armsa.
Oczywiście nie jest to replika, którą chciałbym sobie kupić do strzelania, natomiast z chęcią powiesiłbym ją sobie nad kominkiem (gdybym jeszcze miał kominek…).

Jeszcze zanim odebrałem replikę, usłyszałem przez telefon o jej świetnej jakości, precyzji wykonania i wrażeniu jakie robi.
Jednakże już nie raz takie entuzjastyczne słowa słyszałem, a nie byłem zachwycony tym co widziałem.
Może to nieskromnie zabrzmi, ale w życiu swoim już naprawdę dużo różnorakich replik oglądałem/dotykałem i już mało co potrafi mnie wprawić w zachwyt czy entuzjazm, większość replik „wybitnych” w ocenie niektórych, wrzucam do worka „dobrze zrobione” i tyle. A to niestety za mało, by guna uznać za wyjątkowego.

Mając do czynienia z innymi replikami KA (Galil, rodzina M), przekonałem się, iż producent ten naprawdę przykłada dużo uwagi do swoich wyrobów (jeśli mówimy o replikach, niekoniecznie o akcesoriach), także w przypadku Tommy’iego się to potwierdziło….

Nowy produkt King Armsa zrobił na mnie niemałe wrażenie przy pierwszym kontakcie (przy kolejnych zresztą też).
M1928 doskonale wygląda, piękne drewno i korpus w kolorze szarym, świetnie wykonane, licencyjne oznaczenia, to tyle jeśli chodzi o wygląd.
Kiedy weźmiemy replikę do ręki, to także mile się zaskoczymy.
Każdy kto brał go rąk, zwracał uwagę na znaczną wagę – 4kg. Dla niektórych może być to wada, ale to oznacza tylko, że nie wiedza o co tak naprawdę „w tym wszystkim” chodzi. Wszystko jest perfekcyjnie spasowane, zero luzów, bardzo zwarta konstrukcja, brak luzów także na elementach ruchomych, jak selektor czy bezpiecznik.
Wprawdzie na zagranicznych stronach w rubryce „materiał wykonania” widnieją 3 składowe – aluminium, znal i drewno, ale nie wiem ile tego aluminium tam, a ile z tego to nasza „ulubiona” mieszanka aluminium i cynku.
W każdym razie zabawka prezentuje się doskonale.   Można się zachwycić/zakochać (niepotrzebne skreślić)

W zależności od podejścia ta replika, to tylko, albo aż zwykły AEG. Aż zwykły, bo wykonanie, materiały, spasowanie itp. nie za bardzo pasują mi do czegoś, co strzela zwykłymi kulkami, jest do strzelania kulkami przeznaczone (a nie np. jako replika kolekcjonerska, bez możliwości strzelania) i jest w cenie przeciętnego, markowego AEGa.
Z drugiej strony to tylko AEG, bo chciałby się, by poza świetnym wyglądem i spasowaniem, dawał także równie dużo radości ze swojej obsługi i strzelania, czyli np. by był PMem gazowym, z blow-backiem.
Bycie zwykłym AEGiem po prostu do niego nie pasuje.

W związku z tym także strona techniczna, wewnętrzna za bardzo mnie nie interesowała, ale ze zwykłej przyzwoitości warto coś o niej wspomnieć.
GB nie rozbierałem, ale stawiam, ze elementy wewnętrzne, jakościowo nie są gorsze, a co najwyżej lepsze od tych, które znam z gearboxów replik KA, z którymi miałem do czynienia. A nie można było mieć do nich żadnych zastrzeżeń.
Jeśli chodzi o konkrety, to w replice siedzi gearbox w wersji szóstej. To ta sama wersja, która jest wykorzystywana w Tompsonie z Tokio Marui, oraz w P90. W każdym razie niezbyt popularny rodzaj. Ten od KA siedzi natomiast na 9mm łożyskach.
Swoją drogą ten pociąg u producentów, do coraz większych łożysk (od standardowych 6mm, przez 7mm w niegdyś tylko lepszych replikach (lepszych wersjach markowych replik), 8mm „kółka” w KMach pokroju M249 CA, do obecnych 9mm) jest dość zabawny.
Czasami ten aspekt jest tak uwypuklany w ofertach, ze można by pomyśleć, iż ten 1mm więcej zdziała cuda (to tak jakby  1cm więcej robił cuda). W każdym razie GB v.6 ma w sobie większość standardowych części dla innych GB (jeśli chodzi o tłok, cylinder czy zębatki).
Maszynka taka produkuje 410 fpsów, co jest wynikiem bardzo przyzwoitym na start i nie wymagającym modyfikacji, a te byłyby nie wskazane z czysto subiektywnego powodu – ten gearbox ma bardzo dobrą kulturę pracy, bardzo dobrze brzmi (przynajmniej  testowanym egzemplarzu).

Pisałem już o trademarkach. Są one licencyjne (licencja udzielona przez Cyberguna) i naprawdę dobrze tą licencje wykorzystano.
Poprzednia wersja Tommy’ego z King Armsa także posiadała oznaczenia na licencji, jednak nie wiedzieć czemu były one grawerowane laserowo (w efekcie były białe) i znajdowały się tam takie smaczki jak „cal. 6mm” czy „Made in Honkkong” – głupie, ale prawdziwe.
Tym razem nie popełniono tego błędu. Wszystko jest wytłaczane (tzn. ma tak wyglądać) i jest zgodne z oryginałem (nie wiem czy zgodne z tą wersją akurat, bo się na tym po prostu nie znam). A, że oznaczeń jest dość dużo, w różnych miejscach, to jest co podziwiać.

Z replikami czy oryginałami Tommyguna w jakiejkolwiek wersji, nie miałem wcześniej wiele do czynienia, więc nieco byłem zdziwiony ergonomią tej konstrukcji.
Wersje z przednim chwytem pionowym najczęściej widuje się na filmach, w rękach gangsterów lat ’30, gdy strzelają oni z nich radośnie z biodra.
Nie dziwie się im, gdyż po złożeniu się do strzału poprawnie, stabilna pozycje można utrzymać chyba tylko, gdy ma się bardzo długie ręce. Inaczej nie jest ona zbyt komfortowa, chociaż fakt faktem celownik mamy od razu na wysokości oczu.
Także obsługa bezpiecznika i selektora nie należy do najłatwiejszych, gdyż są to 2 dźwignie, które działają w zakresie 180 stopni, tylko w skrajnych położeniach. Obsługa zwalniacza magazynka również (szczególnie przy magazynku bębnowym) do najłatwiejszych nie należy.

Thompson "Thommy" M1928 by King Arms

Thompson "Thommy" M1928 by King Arms

Niestety, nic nie jest bez wad i także ten wyrób takie posiada.
Pół biedy jeśli byłyby to drobne niedociągnięcia – ten ma jedną wadę, ale za to karygodną.
Zabawka King Armsa z jednej strony jest świetna, jako replika (replika, jako świetnie wykonany i  odwzorowany oryginał, bez znaczenia jest tu to, czy to wydmuszka, AEG czy deko), z drugiej jako replika jest beznadziejny. Dlaczego? Bo to co nam darował KA nie jest wersją M1928, właściwie nie jest żadną z istniejących wersji Tompsona.
Rączka naciągu zamka bowiem, powinna się znajdować na górze korpusu, a znajduje się po boku, jak w dużo późniejszej, tańszej i prostszej wersji M1.
Oczywiście komuś, kto nie jest maniakiem realizmu i odwzorowania, niewiele będzie to przeszkadzać, jeśli w ogóle. Mi przeszkadza.

Powyższe niedociągnięcie/przeoczenie/głupota, chociaż nie jest drobne, nie jest w stanie przesłonić wysokiej jakości i dbałości o detale, z jaką stworzona została ta replika.
Nie mogę sobie wyobrazić co kierowało ludźmi z KA, przy popełnianiu takiego błędu, przy takim perfekcjonizmie w innych, o wiele mniejszych detalach (jak np. oznaczenia).
Być może w końcu kiedyś doczekamy się kolejnej wersji od King Armsa, który będzie tym „koszernym”.
Poprawiono już oznaczenia względem poprzedniej generacji, w następnej, zamiast łożysk 10mm, wystarczy cocking handle na szczycie.


Zostaw odpowiedź

Preview: