Polacy w ogniu… krytyki

Piotr "Procent" Łopaciński

Kilka tygodni temu amerykański „Time” opublikował artykuł, w którym pewien anonimowy amerykański żołnierz wyraża swoja opinię o działaniu sił Polskiego Kontyngentu Wojskowego w prowincji Ghazni w Afganistanie, która pozostawała pod wyłączną kontrolą Polaków, a ostatnio została wsparta elementem USA.
Pojawiły się tam takie słowa jak „żenada”, „porażka”, „zakłopotanie”.
Mimo natychmiastowego i zdecydowanego poparcia postawy i działań naszych żołnierzy przez wysoko postawionych dygnitarzy zarówno NATO jak i ISAF, pojawiały się kolejne głosy zbieżne z opinią anonimowego rozmówcy „Time’a”

Jaka jest prawda?
Zapewne jej obiektywne ujęcie jest trudne bądź niemożliwe, bo każdy może mieć swoja opinię i popierać ja silnymi i logicznymi argumentami, jednakże każdy także może mieć własne wyobrażenie stanu faktycznego i stanu pożądanego i być może to właśnie z tym wiążą się największe rozbieżności.

Dla osób, które o tej sprawie wcześniej nie słyszały, warto napisać co tak naprawdę jest zarzucane PKW?
Przede wszystkim wszystko co można podpiąć pod kategorie „bierność”.
Polacy wg artykułu „Time’a” siedzą w bazach, nie przeprowadzają wystarczającej liczby patroli, kontrolują tylko nieliczne, strategiczne punkty, prowadzą mało efektywny  dialog i politykę wobec ludności miejscowej, również kontakty z lokalnymi władzami maja się wykazywać niskim stopniem kooperacji.
To tylko niektóre z zarzutów. W efekcie Ghazni z jednej z najspokojniejszych prowincji, przerodziła się w jedną z najniebezpieczniejszych, kontrolowaną w dużej części przez Talibów.

Głosy krytyki pod adresem Polaków płyną także ze strony samych Afgańczyków. „Polacy nic dla nas nie zrobili Z każdym dniem było coraz gorzej, aż do momentu jak wrócili Amerykanie” – to słowa szefa policji jednego z obszarów prowincji. „Od chwili kiedy Amerykanie umieścili swoje siły w trzech dystryktach, jest w miarę spokojnie.
Mogę powiedzieć, że gdy wcześniej sytuacja była w 100 proc. zła, to teraz w 60 proc. jest dobrze” – to z kolei wypowiedź Amanullaha Kamraniego, wicegubernatora dystryktu Andar (część Ghazni)[1].

Oczywiście każdy „Prawdziwy Polak”, czytając te wyrazy krytyki, przyjmie je przede wszystkim jako oskarżenia i oburzy się na to, jak ktoś śmiał obrażać takimi oszczerstwami naszych chłopców w Afganie.
Warto jednak ostudzić emocje i postarać się przeanalizować sytuacje z zachowaniem chociaż szczątków obiektywizmu.
Przede wszystkim należy stwierdzić, że powodem tak szerokiej krytyki nie jest to, jacy nasi żołnierze są, tzn. nie jest ich indywidualne działanie, tchórzostwo, opieszałość czy lenistwo. Właściwie wszystkie powody dla których Polacy są stawiani w tak niekorzystnym świetle wynikają z działalności PKW jako ogółu.

Po pierwsze zwrócono uwagę, że Polaków jest za mało na tak duży obszar.
Wiec siłą rzeczy nie są oni w stanie w 100% pokryć siatką patroli prowincji. Ale nie to jest najgorsze – najgorsze są działania polskiego dowództwa różnego szczebla, które  bardzo zachowawczo prowadzą działania na szczeblu taktycznym, tzn. patroli jest o wiele mniej niż mogłoby być przy tym stanie osobowym. Dowództwo po prostu boi się ludzi wysyłać w pole, na ryzykowne patrole, czy w niebezpieczne rejony, wychodząc z założenia, że tak jest bezpieczniej.
A to dość irracjonalne założenie, bo przecież jest tylko gorzej. Znajomi misjonarze mówią o tym, że tak naprawdę bardzo wiele zależało od dowódcy PKW. Podobno, gdy gen. Buk przejął w połowie lipca 2007 dowodzenie nad PKW w Iraku po gen. Lamli, to sytuacja była podobna to tej w Ghazni, bo żołnierze po prostu siedzieli w bazach, a partyzanci kontrolowali coraz więcej obszaru polskiej strefy.
Generał Buk zmienił taktykę, zaczął wypuszczać ludzi w pole, zwiększył intensywność patroli. Przez pierwsze tygodnie Polacy właściwie ogniem zyskiwali przewagę  w terenie, nawiązywali więcej kontaktów (także ogniowych), po naszej stronie byli ranni, ale po paru tygodniach sytuacja się zmieniła. Rebelianci widząc, że nie mogą już beztrosko działać w środkowo południowej części Iraku, po prostu się wycofali.
Takie agresywne wykorzystanie sił było ze strony dowódcy PKW ryzykowne, ale  konieczne z punktu widzenia długoterminowej stabilizacji.
Niestety wielu polskich wysoko postawionych wojskowych ma mentalność polityka planującego na krótką metę, którego wszystkie decyzje i działania są tak bardzo zachowawcze jak tylko się da. Niestety to nie tylko polska przypadłość, bo wiele misji pod egidą ONZ wykazywało się przerażającą biernością wobec chociażby mordowania cywilnej ludności w byłej Jugosławii.

W artykule „Time’a” padło też stwierdzenie, ze żołnierze boją się ewentualnych procesów karnych w kraju, w następstwie wypadków czy błędów w działaniu, przez co oczywiście nasuwa się skojarzenie ze sprawą Nangar Khel.
Jak już chyba gdzieś na blogu pisałem, w USA wykształciła się pewna nieformalna procedura, według której, jeśli dojdzie do wypadku tego typu, jakiejś pomyłki Sił Zbrojnych, to najpierw one same, wewnętrznie starają się sprawę wyjaśnić, winnych ukarać bądź nie, natomiast ponad wszystko, za wszelką cenę walczy się o wycieszenie sprawy i nie podanie jej do publicznej wiadomości, a tym bardziej sprowadzenie jej na oficjalne tory proceduralne.
Dzięki temu żołnierze nie boją się walczyć, bo wiedzą, że nie spotka ich taki idiotyczny i irracjonalny przypadek, jak w Polsce.

Na koniec warto odnieść się do tego, że dobrego imienia naszych żołnierzy bronili zarówno dowódcy sił koalicji w Afganistanie, jak i wysocy dygnitarze NATO.
Z jednej strony można stwierdzić, że to zagrywka polityczna, z drugiej nie ma w tym nic na wyrost, bo indywidualne wyszkolenie i zaangażowanie polskich żołnierzy w to co robią rzeczywiście może nie budzić wątpliwości, problemy są o wiele wyżej, a nie warto by przez niekompetencje wyższej kadry dowódczej cierpieli pojedynczy ludzie, którzy nierzadko naprawdę wkładają dużo pracy w to, by realizować swoja misje należycie.


[1] Oba cytaty – TVN24.pl


Komentarzy: 2 do wpisu “Polacy w ogniu… krytyki”

  • Wilq Says:

    To po prostu kolejny dowód na to, że Armią zajmują się ludzie nie mający pojęcia do czego służy. Politycy, „plecakowcy” i karierowicze. Usłyszałem kiedyś zagraniczną opinię na wizytacji w Granizonie Dowództwa Berlin (Standortkomanndatur Berlin)(lipiec 2006), że gdyby Polacy mieli lepsze zaplecze logistyczno-polityczne to byśmy byli najlepszym sojusznikiem. To prawda możemy nim być – ale „ci na górze” nie dają nam szansy.

  • Piotr "Wroobel" Wróblewski Says:

    Cóż, standardowa sytuacja w naszym kraju. Za błedy wysokich obrywają najniżsi. Podstawowym błędem na jaki zwrócił uwagę Procent jest ilość żołnierzy. Z czego wynika taki absurd? gen. Skrzypczak o tym wspominał; normalnie powinno być tak, że MONowskie persony pokroju dość żałosnego ministra Klicha, mówią jaki teren dostajemy. Ludzie, którzy wiedzą coś o temacie oceniają jakich sił potrzeba. U nas oczywiście jest tak, że i obszar i ilość sił podane są decyzją wszechwiedzącego ( któregokolwiek z kolejnych ) ministrów obrony narodowej i koniec. Kiedy następuje sprzężenie zwrotne, mianowicie trzeba oceniać kontyngent, to oczywiście winę ponoszą żołnierze, albo dowódcy.

    Co sie tyczy bierności to kłania się zdrowy rozsądek. Jak nie my ich, to oni nas.

Zostaw odpowiedź

Preview: