Airsoft u Prezydenta

Piotr "Procent" Łopaciński

Jakieś 2 lata temu „Super Express” na pierwszej stronie, jako temat-skandal napisał o tym, że syn Donalda Tuska kala polski mundur, biegając w nim po lesie.
Jak się okazało jest airsoftowcem używa polskiej pustynnej Pantery.
Głos zabrał w artykule nawet gen. Polko, przyznając oczywiście racje autorom artykułu, że to karygodne zachowanie… bla bla bla… Tym razem temat airsoftu otarł się już o głowę państwa. W osobliwy sposób…

Cała historia rozegrała się w okolicach prezydenckiego ośrodka wypoczynkowego „Mewa” na Helu.
W Letniej Rezydencji Prezydenta RP gościli nie tylko polscy, ale też zagraniczni goście, jak chociażby George W. Bush, posiada własne lądowisko dla śmigłowców i molo, a za kadencji Aleksandra Kwaśniewskiego wzniesiono w „Mewie” (z protestami ekologów w tle) nawet wieżę widokową.
Wracając jednak do historii; wszystko zaczęło się od tego, gdy miejscowi policjanci, wezwani w sprawie źle zaparkowanego samochodu, zauważyli w jego wnętrzu broń oraz elementy wojskowego wyposażenia.
W chwile później otrzymali oni zgłoszenie o wtargnięciu przez 2 osoby na teren ośrodka prezydenckiego. Zapewne skojarzyli oba fakty. Sami intruzi na teren rezydencji dostali się rozcinając metalowa siatkę ogrodzenia, a po zorientowaniu się, że są na terenie pod ochroną (siatka była niewystarczającą sugestią) wycofali się w kierunku swojego samochodu, a tam czekała już na nich policja.
Zostali oczywiście zatrzymani.
Okazało się, że broń, którą zabezpieczyli funkcjonariusze to repliki airsoftowe (G36 i P99), a cała infiltracja odbyła się w ramach treningu taktyki i survivalu. Wnosząc po żółtych kulkach widocznych na zdjęciach, panowie mieli raczej mało wspólnego z samym środowiskiem airsoftowym.

Co z tej historii wynika?
W środowiskach airsoftowych oczywiście podniosła się tradycyjna wrzawa, że przez takie akcje” Airsoft w Polsce zostanie zakazany”.
To zwrot o takiej skali populizmu (nie, nie popularności), jak swego czasu hasło „Balcerowicz musi odejść”, a co za tym idzie jest podobnie puste w swej treści. Dlaczego?
Bo przecież nikt do nikogo z tych replik nie strzelał, posiadanie replik nie było kluczowe w tej sprawie, co więcej nawet gdzie nie jest jednoznacznie napisane, że dwaj panowie te repliki mieli ze sobą na terenie ośrodka (leżały w samochodzie). Jedyna niebezpieczna okoliczność z tymi replikami związana, to ewentualna konfrontacja z ochroną ośrodka, która może zareagować w różny sposób widząc ludzi „z przedmiotem przypominającym broń”, tym bardziej, że cała sytuacja miała miejsce po zmroku. Mniemam, ze do takiej sytuacji nie doszło, gdyż o ile pamiętam, w 2008 roku, w „Mewie” instalowano cały system czujników termalnych i to zapewne one zadziałały po wejściu w chronioną strefę, zaalarmowały ochronę a ta policje.

Z drugiej strony, o tym incydencie pisały chyba wszystkie polskie dzienniki i serwisy informacyjne, w swych internetowych wydaniach. Większość komentarzy pod tymi newsami skupiła się na innej kwestii, nie tyle usprawiedliwiając zachowanie survivalowców, co umniejszając skalę wydarzenia.
Wstępna klasyfikacja czynu jakiego się dopuścili, to bowiem uszkodzenie mienia (do 5 lat pozbawienia wolności) oraz wtargniecie na ogrodzony teren prywatny (do roku).
Większość osób wskazywała  na klasyfikacje, jako małą szkodliwość społeczna czynu, w prostych słowach („Czy jak ktoś mi przetnie siatkę na ogródku to też dostanie 5 lat?”).
Oczywiście wiadomo, ze jest to maksymalny, możliwy wymiar kary, ale większość osób tego nie rozumie. W każdym razie w komentarzach, w prześmiewczy sposób podkreśla się takie nagłośnienie sprawy, o nikłym oddziaływaniu społecznym (pozytywnym czy negatywnym), w porównaniu z innymi problemami polskiego porządku publicznego.

Oczywistą głupotą było zapuszczanie się na teren prywatny i ciecie siatki, która jak się domyślam, nie była „typu poradzieckiego, koloru rdzawego”, gdy w Polsce mamy tyle rejonów do survivalu, tyle lasów i innych miejsc, gdzie z powodzeniem można trenować, biwakować, strzelać i nawet nas nikt tam nie znajdzie.
Od leśnego ośrodka prezydenta, gorszym miejscem była chyba tylko Huta „Zawadzkie”, na której terenie, kilka lat temu, inna para militarystów postanowiła przeprowadzić sobie trening (oni niestety już identyfikowali się ze środowiskiem airsoftowym i szeroko o nim opowiadali w TV).
Sam „trening” skończył się na interwencji AT, natomiast w mieszkaniu jednego z zatrzymanych znaleziono ślepą amunicję do AK, pomniejsze elementy tej broni oraz jakiś wykopek Mosina, którego niestety biedny chłopak legalnie posiadać nie mógł.
Mimo wyraźnie większego związku airsoftu z tamtą sprawą i jej nagłośnienie przez airsoftu pryzmat, dzisiaj mało kto ja pamięta, chociaż TVP poświeciła jej paręnaście minut reportażu.

Oczywiście bohaterowie historii helskiej mogą dziękować szczęściu, że w „Mewie” akurat nie przebywał żaden dygnitarz, bo wtedy odpowiedzią na ich obecność mogłyby być o wiele ostrzejsze środki, nie mówiąc już o tym, że zapewne żadnego ogrodzenia nie mieliby okazji ciąć, by  zapewne do niego nawet nie doszli.
Zastanawia mnie jedynie jak to się stało, że ta dwójka znalazła się na terenie ośrodka.
Czy wiedzieli, co to za obiekt i z premedytacją na niego weszli, a może nie wiedzieli, co świadczyłoby o kiepskim przygotowaniu treningu i rozpoznaniu terenu.
Może też wiedzieli co znajduje się w okolicy, jednak ich zdolności nawigacyjne były marne i zawędrowali nie tam gdzie założyli.
Jedno jest pewne, przez to zdarzenie nie przybliżyliśmy się raczej do prawnych unormowań względem airsoftu, czego niektórzy się tak panicznie boją.

Zródło wszystkich zdjęć: Policja


Jeden komentarz do wpisu “Airsoft u Prezydenta”

  • r' Says:

    Jednak jakiś anioł czy inne szczęście nad airsoftem w polsce czuwa że pomimo tylu ‚wpadek’ jeszcze ic nam się nie stało’

Zostaw odpowiedź

Preview: