Na temat OSW Strzelec myśli luźnych kilka.

Piotr "Wroobel" Wróblewski

Jeżeli w żadnym z dotychczasowych artykułów nie wspominałem o moich planach na przyszłość to robię to teraz.
Nie będzie to może wielkim zaskoczeniem, ale sprzeciwiając się radom wielu moich znajomych, chcę związać moje życie z Wojskiem Polskim. Żadnych konkretów na razie nie podaję, chcę jedynie nadmienić, że ciągnie mnie w stronę MONowskiego betonu.

Pierwszym krokiem ku temu jest bez wątpienia wstąpienie w szeregi OSW „Strzelec”, konkretnie JS 1313.
Zaraz, zaraz, co ma ze sobą wspólnego przyszłość w armii i przygoda z organizacją tego typu? Wbrew pozorom bardzo wiele, zwłaszcza patrząc pod kątem różnic między moją dotychczasową grupą paramilitarno- airsoftową i panującą w niej stosunkowo partnerską atmosferą, a wysoce sformalizowanymi, wojskowymi procedurami obowiązującymi w armii.

Czym jest Strzelec? Każdy zapewne „mniej więcej” wie.
Jedni mówią: OSW- organizacja społeczno wychowawcza, inni „takie harcerstwo, tylko bardziej na wojskowo”.
Dla mnie jest to po prostu nieco inna grupa paramilitarna o dużo bardziej oficjalnym charakterze i ( co ważniejsze) zhierarchizowanej strukturze.
Strzelec, starszy strzelec, sekcyjny etc. Takimi stopniami legitymują się jej członkowie, przy czym słowo „legitymują” nie jest bezpodstawne, gdyż posiadamy oficjalne legitymacje, pozwalające np. na legalne noszenie munduru WP.
To właśnie zderzenia z tą niemal wojskową strukturą obawiałem się najbardziej. Jak będzie mi szło wykonywanie rozkazów, jeżeli do tej pory najczęściej to ja je wydawałem. Jak poradzę sobie z betonem, z durnymi zasadami, którym nawet w „cywilu” ciężko mi sprostać.

Nie mogąc być na pierwszym, poruszającym stosunkowo elementarne kwestie spotkaniu, byłem więc wręcz zobligowany do uczestnictwa w zajęciach numer dwa.
Według wstępnym założeń podanych na stronie jednostki mieliśmy się stawić, w miarę możliwości w sprzęcie i z replikami. Informacja oficjalna, potwierdzona osobiście u zastępcy dowódcy. Skoro tak, to ruszam w sobotni, zimowy poranek na zbiórkę. Idę wyszpejowany jak poborowi „za komuny” do zdjęcia na czołgu na koniec zasadniczej służby.
Radość tym większa, że nikt z kadetów nawet w połowie nie był tak fajny jak ja :D.
Jak wielkie było moje zdziwienie kiedy usłyszałem, że mam to wszystko zostawić akademiku. Nie należąc do „miernych, biernych ale wiernych” zapytałem o co chodzi, starając się tłumaczyć, że sekcyjny X. osobiście potwierdził charakter spotkania i indywidualne przygotowanie uczestników, usłyszałem pytanie czy widzę tu sekcyjnego x? ; sekcyjnego x. oczywiście nie było.
Próby dopytywania, wyjaśniania spotkały się z krótkim „ Nie dyskutuj”. Po pierwszym bolesnym zderzeniu z betonem stwierdziłem, że to za mało, żeby rezygnować. Gotując się w środku pobiegłem zostawić sprzęt.

Okazało się, że kadra zaplanowała dla nas typowo kondycyjny trening, mający sprawdzić nasze przygotowanie fizyczne, wytrzymałość czy odporność na stres. Bieganie, czołganie, pompki i wiele innych niezwykle ciekawych ćwiczeń miały umilić nam czas spędzony w terenie. Do końca treningu dotrwali wszyscy. Kadeci tacy „mocni” czy poziom ćwiczeń taki słaby? Nie wiem. Nie to jest najważniejsze.

Z mojego punktu widzenia dużo istotniejsze są różnice w charakterze działań i strukturze mojej poprzedniej grupy, a obecnej jednostki OSW.
Ciężko jest się bowiem przyzwyczaić do sytuacji gdzie trzeba posłusznie wykonywać każdy rozkaz i podporządkowywać się hierarchii, podczas gdy do tej pory wszystkie decyzje i plany zapadały albo wg mojego uznania popartego odpowiednią argumentacją, albo na drodze rozmowy i wymiany doświadczeń. Mimo, ze sytuacja komfortowa nie jest, to ufam, że zaprocentuje pozytywnie w moim rozwoju.

Problem polega na tym, że w środowisku airsoftowym ludzie rzadko przechodzą proces jakiejkolwiek selekcji.
Wstępują do grupy i po prostu w niej są.
Czasem, w jakichś skrajnych, rzadkich sytuacjach są z nich usuwani. Niewiele osób docenia sam fakt możliwości bycia członkiem określonej organizacji, przez co poczucie przynależności i identyfikacji z grupą jest dużo mniejsze niż w przypadku, kiedy wcielenie w jej szeregi poprzedzone jest ciężkimi staraniami oraz selekcją.

Podczas przywołanego przeze mnie szkolenia, leżąc na ziemi w śniegu po uszy przyszła mi do głowy jeszcze jedna kwestia, mianowicie zagadnienie szkolenia z zakresu najbardziej elementarnych pojęć.
Do tej pory nie było czasu powtórzyć wszystkich tych kwestii gdyż, ustalając  harmonogram szkolenia trzeba było wziąć pod uwagę coś o czym wspominałem już w kilku artykułach. Zadowolenie uczestników; każdy przychodzi na taki spotkanie for fun, a nie po to żeby wałkować podstawowe, z czasem nudne procedury.
W Strzelcu nie ma miejsca na mówienie „nie chce mi się, to nudne”, tym samym nie ma miejsca na sytuacje, gdzie mamy braki w rudymentarnych kwestiach wyszkolenia. Kolejny plus.

Szkolenie, mimo małego potknięcia na starcie w formie niezrozumienia z kadrą szkolącą zakończyłem z uśmiechem na twarzy i optymistyczną perspektywą w głowie.
Kadra okazała się nie być taką złą jak myślałem, dodatkowo udało mi się dostrzec jakiś sens w tym co robiłem.
Cóż, czekam na kolejne spotkania, oby nie mnie satysfakcjonujące. Na pewno coś o nich napiszę.


Komentarzy: 8 do wpisu “Na temat OSW Strzelec myśli luźnych kilka.”

Zostaw odpowiedź

Preview: