Dyplomatyczny „Pudelek”

Piotr "Procent" Łopaciński

Na początku „sprawy organizacyjne”.
Jako, że w airsofcie ostatnio nie dzieje się wiele ciekawego, na świecie natomiast zupełnie odwrotnie, tak więc pokusiłem się o jeszcze jeden wpis z tematyki okołomilitarnej.
Gdyby ktoś nie wiedział, „Pudelek” to portal dostarczający najrzetelniejszych i najbardziej obiektywnych informacji w sieci.
Głównie informuje o tym która gwiazda z kim się przespała, która z celebrytek pokazała nagą pierś (albo i dwie), lub jakim kremem się smaruje, ew. ile kosztuje torebka, którą nosi i gdzie ja kupić.
Krótko mówiąc – wszystko to od czego zależy wzrost PKB, poziom stop procentowych, ceny nieruchomości czy sytuacja w służbie zdrowia. Ostatnio formę „Pudelka” przybrało większość poważnych serwisów informacyjnych, tytułów prasowych itp.
Wszyscy zachwycają się i analizują coś, co w zasadzie można nazwać „pierdołą”, a właściwie wyciąga się niewiele znaczące szczegóły z całkiem ciekawego źródła.

Mowa o sławnych już teraz, tysiącach depesz dyplomatycznych ujawnionych przez, pojawiający się na ustach całego świata portal, WikiLeaks.
Na ile to ciekawe, na ile to przydatne, na ile publikacja tego typu materiałów zagraża czyjejś pozycji międzynarodowej i na ile WikiLeaks wpływa na sprawę, najbliższa nam w tym kontekście jako militarystom, czyli na bezpieczeństwo żołnierzy całego świata w Iraku i A-stanie? Zapraszam na kolejne, niepoprawne politycznie i oderwane od głównego nurtu rozważania.

WikiLeaks działa od dłuższego czasu, jednak przebojem medialnym jest od niedawna.
Dokładnie od publikacji „stosów” dokumentów dotyczących działań wojsk koalicji w Afganistanie i bodajże Iraku. Po ujawnieniu tych „supertajnych” wojskowych informacji grzmiano, że zagrozi to zdrowiu i życiu żołnierzy oraz bezpieczeństwu całej operacji, a nawet, że grozi to destabilizacją w regionie. I co? I nic. Dziś już nikt o tamtej sprawie nie mówi. N
ie słyszałem też ani jednego newsa, by komuś coś, przez wypłyniecie tych informacji, się stało, a zapewnię nie omieszkano by nas o tym poinformować.

Teraz publikowane są nie tajne materiały wojskowe a depesze dyplomatyczne. Warto się zastanowić nad charakterystyką takich dokumentów. Są to po pierwsze materiały, które nie muszą być oparte na żadnych, wiarygodnych źródłach, może to być dość „luźna” korespondencja pomiędzy placówkami konsularnymi a państwem wysyłającym (w tym przypadku USA).
Czasami maja nawet bardziej swobodną formę od notatek służbowych, także ze względu na swoją poufność (możliwość używania zwrotów i konstrukcji innych, niż właściwe dyplomacji). Mogą się tyczyć zarówno spraw doniosłych politycznie, jak i szczegółów czy niuansów pewnych konkretnych spraw.
Mogą być wreszcie po prostu prywatną opinią jednego z członków korpusu dyplomatycznego, chociaż o tyle wartościową, że sformowaną przez człowieka, który znajduje się o wiele bliżej spraw o których pisze (najczęściej), niż władze czy służby kraju, z którego placówki taka depesza wypływa.

Jak to się przekłada na jakość i istotność informacji, które z depesz ujawnionych przez WikiLeaks płyną?
Po pierwsze należy stwierdzić że jak dotąd nie było w nich nic przełomowego, a jedynie być może sensacyjnego, chociaż bardziej na miarę taniej sensacji (osobliwe określenia na głowy państw Europy Zachodniej, sławna już „Teflonowa Merkel” czy „Putin – samiec Alfa”).
Potwierdzone zostały też różne domysły, które snuto w związku z różnorakimi wydarzeniami, o których mowa była tylko w kuluarach i właściwie wszyscy o tym wiedzieli, tylko nikt nie mówił tego głośno.

Oczywiście na krótka metę, wykorzystanie tych informacji może być argumentem w walce politycznej, nie tylko w USA, bo w Polsce też z powodzeniem z treści tych depesz elita polityczna korzysta.
Jednakże po pierwsze w żaden sposób nie zmienia to układu sił na świecie, czy stosunków miedzy państwami. Nikt się na nikogo nie obraża, za przytoczone już osobliwe zwroty, bo wszyscy wiedzą, że w wewnętrznych i poufnych dokumentach dyplomatycznych to właściwie norma, bez względu na kraj.
To normalna ludzka natura, bez względu na skalę, zasięg czy rangę zajmowanego stanowiska. Sąsiedzi w bloku mieszkalnym też się obgadują, każdy ma swoje osobiste zdanie o innych, które wyraża w gronie własnej rodziny, najdalej w rozmowie z innym sąsiadem, ale i tak w większości wszyscy ładnie się do siebie uśmiechają, mówią sobie „dzień dobry” i „wesołych świąt”.

Wreszcie dochodzimy do kwestii, która interesuje nas najbardziej, czyli ewentualne zagrożenie bezpieczeństwa państwa przez takie publikacje. Jak już napisałem wcześniej, publikacja dokumentów typowo wojskowych, tyczących się misji i operacji w Afganistanie nie pociągnęła za sobą osłabienia bezpieczeństwa wojsk koalicji, o którym byśmy słyszeli.
Tym bardziej depesze, z których wyciąga się głównie to co sensacyjne i chwytliwe, nie są w stanie znacząco wpłynąć na powstanie zagrożeń zewnętrznych czy wewnętrznych. Plotkarskiemu i sensacyjnemu charakterowi newsów wyciąganych z opublikowanych depesz sprzyjają sami dziennikarze.
Wiadomo bowiem, że mało kto przekopuje się przez setki czy tysiące dokumentów, czytając jeden po drugim, a najczęściej przeszukuje się je w formie elektronicznej, wyszukując zadanych fraz.
A w wielu wypadkach jest to praca tylko odtwórcza, polegająca na przedruku, bądź syntetycznym ujęciu prac, które już na ten temat zagraniczne media stworzyły, bo tak szybciej, łatwiej i wygodniej. W takim wypadku często poznajemy tylko wycinki pewnych historii, konstruktów myślowych, wyrwane z kontekstu szerszej, następującej po sobie korespondencji.

Z drugiej strony takie wycieki pokazują potencjalny problem w systemie bezpieczeństwa USA, związany z możliwością dostępu do tajnych dokumentów. W związku z tym są dwie możliwości, które widzę.
Albo rzeczywiście system jest dziurawy i umożliwia dostęp do tego typu materiałów jest możliwy, a wtedy nie powinny dziwić wszelkie działania, które prócz uszczelniania i zalepiania dziur, prowadzą także do doraźnego zneutralizowania zagrożenia, jakim w tym wypadku jest WikiLeaks.
Różnoracy aktywiści krzyczą, że aresztowanie twórcy portalu – J. Assange’a jest zamachem na demokracje itp., i nigdy nie zrozumieją, że realizacja racji stanu danego kraju, stoi czasami ponad wartościami demokratycznymi, jakby im się to nie podobało.

Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, ale drugą sytuacją jest taka, w której dane materiały zostały przygotowane do tego, by ktoś je wykradł i opublikował.
Kontrowersyjna teza, aczkolwiek możliwa. Pozwalająca na prewencyjne działania wyprzedzające (argument do działań przeciw WikiLeaks, nim rzeczywiście ludzie z portalem współpracujący, wykradną z sieci coś naprawdę istotnego), badające reakcje środowiska międzynarodowego na zadane kwestie, czy służąca do realizacji jeszcze innych, partykularnych czy zbiorowych interesów USA.

Tak wiec po raz kolejny okazuje się, że takiej potęgi (czy byśmy ja lubili czy nie), jak USA, nie da się tak łatwo ruszyć, a wszelkie sensacje maja często to do siebie, ze są krótkotrwałe, a skutki jakie wywołują nie są długofalowe i znaczące.
Tymczasem zachęcam do samodzielnego przekopania się przez przykładowe depesze, by zobaczyć jak tak naprawdę ten zbiór dokumentów wygląda i jaki ma charakter. Zawsze lepiej sięgać do źródeł, a nie polegać na przefiltrowanych i zinterpretowanych w sposób często subiektywny, informacji, które już same w sobie obiektywnymi nie są.


Zostaw odpowiedź

Preview: