Korea Korei niepotrzebna

Piotr "Procent" Łopaciński

Przeszło tydzień temu miał miejsce kolejny epizod konfliktu koreańskiego na linii północ-południe. Jedna z wysp południa została ostrzelana przez artylerie Republiki Ludowej. Każdy albo o tym słyszał, albo w razie potrzeby znajdzie sobie wymagane informacje.
Krótko mówiąc, dzisiaj na blogu będzie znów (o zgrozo!) politycznie. Osoby, które uważają, że powinienem tutaj pisać jedynie o nowych produktach w sklepie, mogą sobie po tym wstępie podarować dalsza lekturę, bo i tak stwierdzą, że nie jestem kompetentny do wypowiadania się w takich tematach.

Warto pamiętać, że obie Koree pozostają w stanie wojny od 1950 roku (mimo zakończenia działań w 1953 roku nigdy nie podpisano układu pokojowego).
Przez ponad 50 lat to ludowa część  o wiele częściej prowokowała incydenty pokroju tego ostatniego.
W 2009 w wyniku starcia jednostek morskich zginął jeden marynarz z północy, a w marcu 2010 w wyniku zatonięcia południowokoreańskiej korwety śmierć poniosło 46 marynarzy (po ataku torpedowym jednostki KRL-D).
Po zeszłotygodniowym ostrzelaniu wyspy (której nazwa niewiele wniesie dla wartości merytorycznej, a jej skomplikowanie sprawi, że większość czytających odpuści sobie jej odczytanie) wojska Korei Południowej odpowiedziały oczywiście ogniem na kierunku prawdopodobnego źródła ataku, czyli sąsiednich wysp przeciwnika.
Mimo to, Minister Obrony Republiki Korei Kim Te Jung (to łatwiej odczytać niż nazwę wyspy) parę dni temu podał się do dymisji, z uwagi na falę krytyki za „zbyt słaby odwet” na atak jak jest to formułowane.
I tutaj dochodzimy do sedna tematu, który chce dzisiaj poruszyć. Komu potrzebna byłaby wojna między obiema Koreami i jakie byłyby jej skutki?

Tak naprawdę wszystkie incydenty ostatnich lat byłyby dla Południa wystarczającym pretekstem, dla rozpoczęcia szeroko zakrojonych działań zbrojnych przeciw Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej.
Można się dziwić, dlaczego Ci pierwsi są tak bierni wobec „zaczepek” tych drugich. Można powiedzieć, że niepewność i dystans wprowadzają spekulacje na temat poziomu zaawansowania północnokoreańskiego programu nuklearnego, którego pierwsze próby odbyły się parę lat temu.
Teoretycznie też armia północy jest o ponad 1/3 liczniejsza (niecałe 700 tys. wobec 1,1 mln żołnierzy (nie licząc rezerwy, którą oba kraje utrzymują na poziomie 8 mln ludzi). Prawda jest jednak taka, że poziom technologiczny Republiki Ludowej jest nieporównywalnie niższy w stosunku  do armii Korei Południowej, która jako „azjatycki tygrys”, mając tak niebezpiecznego sąsiada na zbrojeniach nie oszczędza.
Dodatkowo w razie działań zbrojnych, Chiny nie byłyby zbyt zainteresowane pomocą, w stylu tej z lat ’50, w czasie wojny koreańskiej (co potwierdzają także dokumenty ujawnione ostatnio przez WikiLeaks), w przeciwieństwie do USA. Studium ewentualnej wojny w obecnych okolicznościach, to materiał na obszerną pracę badawczą, więc nie będę się tu na jego temat rozpisywał.
Jednakże w wypadku wybuchu kolejnej wojny między obiema Koreami, przy mniejszych czy większych stratach, zdecydowanie większe szanse na zwycięstwo (rozumiane jako zajęcie terytorium, wyrażające się nie tylko w fizycznej obecności, ale też pełnej kontroli nad nim) ma Republika Korei. Pytanie tylko, czy ma w tym jakikolwiek interes?

Co tak naprawdę da obu państwom zjednoczenie? Dlaczego w ogóle chcą się zjednoczyć i kto tego chce?
Nie da się ukryć, ze najbardziej pragnie tego społeczeństwo i rodziny rozdzielone linią demarkacyjną na 38. równoleżniku. Najżywsza jest chyba tęsknota i poczucie jedności narodowej obu społeczeństw. Jest to jeden z niewielu wspólnych obszarów, jeśli chodzi o chęci i postulaty, po obu stronach granicy.
Jeśli chodzi o resztę, to zdecydowanie bardziej zjednoczenie opłacałoby się KRL-D. Można by się też zastanowić na ile sytuacje zmieniłoby otwarcie granic, na zasadzie nie tyle zniesienia kontroli celnych, a po prostu możliwości przemieszczenia się pomiędzy obydwoma krajami za okazaniem paszportu, który mógłby wyrobić każdy.
Z jednej strony oznaczałoby to potężną migracje na południe, z drugiej zmiany, jeśli chodzi np. o problem głodu na północy.

Jak silnymi unionistami byśmy nie byli, to jednak należy zdecydowanie stwierdzić, że Korea Południowa na operacji zjednoczenia więcej by straciła niż zyskała. Oczywistym przykładem analogicznej sytuacji, jaka się rzuca na myśl, to zjednoczenie Republiki Federalnej Niemiec i Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Kraje te reprezentowały o wiele bardziej zbliżony poziom rozwoju (chociaż różnice i tak były wielkie), nikt w Niemczech wschodnich, nawet w czasach kryzysu i recesji nie mówił przecież o problemie głodu (w sensie, problem taki nie występował). Najbliżej tym dwóm sytuacją jest chyba pod względem podobnego dystansu ideologicznego, jeśli chodzi o doktryny polityczne.

Jaką wiec mamy sytuacje zjednoczonych Niemiec po 20 latach od tego wydarzenia?
We wschód wpompowano miliardy Marek, a potem Euro, w celu wyrównania dysproporcji rozwojowych i za wiele to nie dało. Ossi uciekają na zachód, a wschodnie landy pustoszeją. Regiony graniczące z Polską, zachęcają Polaków, by osiedlali się przy granicy, bo pustoszeją tam całe miasteczka, tak więc coraz więcej naszych rodaków decyduje się zamieszkać w Niemczech, np. dalej pracując po naszej stronie granicy. Dodatkowo społeczeństwo byłego NRD dalej nie może pozbyć się syndromu Homo Sovieticusa i ciężko im się przystosować do warunków sytuacji wolnego rynku i konkurencji.
Czy w związku z tym w Korei jest szansa, by przy o wiele gorszej sytuacji wyjściowej, doprowadzić do lepszej sytuacji końcowej? Śmiem w to mocno wątpić.

Polityka regionalna UE wdrażana od ponad 35 lat nie dała żadnych znacznych rezultatach zakładanych w jej głównych celach (niwelowanie dysproporcji rozwojowych miedzy regionami). Bogate regiony dalej się bogacą, a biedne dalej tylko je gonią.
Jedyny ratunek przy kazusie Korei, to Azjatycka kultura pracy i różnice w mentalności. Czy to wystarczy? Także w to śmiem mocno wątpić. Tak więc zaryzykuje stwierdzenie, że z punktu widzenia Korei Południowej obecna sytuacja jest wygodniejsza, niż zjednoczenie.
Mimo, iż coraz powszechniej mówi się o tym, że Korea Północna chyli się ku upadkowi, bo nawet na społeczeństwo przestają działać już groźby, zastraszanie i represje, (zaczyna się ono buntować), to niewielkie są szanse, by Republika Korei pomogła w dekompozycji systemu. Wszelkie „rewolucje” w stosunkach Seul – Pjongjang, będą tylko małymi kroczkami, skierowanymi głównie na możliwość częstszych, dłuższych i swobodniejszych kontaktów między społeczeństwami obu państw, głównie jeśli chodzi o krewnych.


Komentarzy: 5 do wpisu “Korea Korei niepotrzebna”

  • Wilq Says:

    Ciekawe podejście… Ja nie mam jakoś zdania na temat tego incydentu – jedyne co myślę, że ten atak to była głupota i chyba komuś po prostu się nudziło. Korea, potem Kuba, Białosruś kto wie…? Cieszy mnie to że na tym blogu też takie tematy poruszacie +++

  • Piotr "Procent" Łopaciński Says:

    Ciszę się z głosów mówiących, że takie tematy na blogu powinny się pojawiać. Nie będą one na pewno normą i regułą, ale co jakiś czas, dla odmiany temat tego typu będzie się pojawiał. Ostatni wpis tego typu, był chyba najbardziej kontrowersyjnym z tych, który się na blogu pojawił.

  • Piotrek Says:

    Co do sytuacji pomiędzy koreami – to panujący obecnie układ tak na prawdę pasuje wszystkim 5-ciu graczom tej gry.Korea północna chce ugrać dla siebie jak najwięcej i pokazuje „pazury” – podczas pokoleniowej wymiany przywództwa. Korea południowa – mimo wysokiego poziomu ekonomicznego – odczułaby brutalnie koszty zjednoczenia z biedniejszym sąsiadem. Dla USA obecność wojskowa na półwyspie koreańskim jest strategicznym celem-po zjednoczeniu trudno byłoby uzasadnić istnienie baz w tym kraju (a flankują one zarówno Rosję jak i Chiny). Dla Chin istnienie Korei północnej (którą tak na prawdę utrzymują ekonomicznie w istnieniu!) jest potrzebne – daje to Chinom możliwość bycia politycznie głównym rozgrywającym w Azji (kto wie – może daje to Chinom nawet możliwość prowokacji i sondowania reakcji USA?). Wreszcie Japonia – zainteresowana utrzymaniem status quo na kontynencie – by samodzielnie rozgrywać odroczony w czasie spór z Rosją. Wielkiej wojny nie będzie – bo nie opłaca się ona nikomu – najwięcej do stracenia ma reżim z Korei północnej – może po prostu stracić rację bytu – a tak krótkowzroczni oni nie są. I wreszcie medialnośc konfliktu – incydenty w większej czy mniejszej skali trwają cały czas (najgorętszy był tzw. Incydent siekier – zainteresowanych odsyłam do książek), wielokrotnie porywano południowokoreańskich obywateli (rybaków, leśników itp).Pamiętam jak przed kilkunastu laty znajomy student przebywający w koreii południowej pisał że ogłoszono tam alarm przeciwlotniczy bo północ odpaliła rakiety na Seul – w mediach nie było o tym informacji, a były to po prostu duże ćwiczenia obrony cywilnej… Napięcie jest potrzebne głównym graczom w Azji – wojna już niekoniecznie.

  • Piotrek Says:

    Odnośnie Niemiec – Autor nieco dramatyzuje (może nie dotyczy to meritum tematu)-znam sytuację Niemiec (od ponad 10 lat wspólpracuję z klientami z West- i Ostlandu). Byłbym bardzo ostrożnyw pisaniu (z polskiej perspektywy) o biedzie czy ubożeniu w kontekscie niemiec. Przeciętna sytuacja we wschodnich niemczech jest porównywalna lub nieco lepsza z polską przeciętną. To że ludzie wyjeżdzają (głównie z Saksonii czy Meklemburgii – z prowincjonalnych miejscowości) – do dużych aglomeracji za lepszą pracą nie jest dziwnym zjawiskiem. Pamiętajmy że w Niemczech mimo bezrobocia niższego od polskiego – daje sę utrzymać armię zatrudnionych na czarno imigrantów w ilości szacowanej na 2-3 MLN osób…Poziom frustracji w byłej NRD wiąże się z tym że w NRD ludność miała niezwykle wysoki poziom osłon socjalnych – ich brak w kapitalistycznym systemie jest dla wielu problemem. Inna sprawa to kryzys ogólnoświatowy i jego skutki – jeszcze 8-10 lat temu młody niemiec mógł nieomal dowolnie długo „bujać się” na zasiłku dla bezrobotnych (ok. 700-800 EUR), obecnie jest ciężej o pracę a zarobki są niższe (ogólnie płace na danym stanowisku są takie jak w PL – jedynie wyrażone w EUR – przy kosztach życia ok. 2x wyższych od naszych). Pamiętajmy że Niemcy przy ludności ok. 80 MLN wytwarzają na osobę ponad 3x większy dochód rocznie. Krótko – życzmy sobie takiego sukcesu jak niemiecki kryzys…

  • Piotr "Procent" Łopaciński Says:

    Odnosząc się jedynie polemicznie do pierwszego i drugiego komentarza. Po pierwsze nie uważam, by chińskie zaangażowanie na Płw. Koreańskim miało dla nich duże znaczenie obecnie. Chiny obecnie skupiają się głównie na aspektach gospodarczych i to nimi walczą o zależność w różnych rejonach świata. Wyraźnie skierowały się ku Europie, USA i Rosji (tak, wiem, ze to też Europa, ale jednak warto w tym kontekście wymienić ja osobno). Chiny z Koreą maja już coraz mniej wspólnego bo i Pjongjang na własne życzenie chce się uniezależnić, zrażając do siebie Chiny nierozsądnymi atakami przemocy czy prowokacjami. Z resztą twojej analizy geopolitycznej właściwie się zgadzam :).

    Co do sytuacji Niemiec po zjednoczeniu, to w żaden sposób nie próbuje tej sytuacji dramatyzować, a jedynie przedstawiać fakty. Niemcy obecnie borykają się z wieloma problemami na poziomie zarówno federalnym jak i regionalnym (landów). Największa ostatnio sensacja było „oficjalne” zakończenie multi-kulti, a właściwie stwierdzenie, że się ta polityka nie powiodła. Poza tym to stopniowe próby reformy systemu świadczeń socjalnych i stopniowej zmiany systemu motywacyjnego, bardziej w kierunku systemu marginalnego, albo przynajmniej powrotu do klasycznego motywacyjnego systemu polityki społecznej. Na poziomie regionalnym natomiast głównie są to problemy związane ze spójnością społeczno-gospodarczą obu części Niemiec. W Saksonii graniczącej z Dolnym Śląskiem to jeszcze nie jest tak widoczne, natomiast w okolicach Szczecina bardzo popularny jest proces, który opisałem, czyli wykupywania przez Polaków mieszkań czy całych nieruchomości po niemieckiej stronie granicy. Tam naprawdę pustoszeją miejscowości, czego wyrazem są starania lokalnych władz niemieckich o zachęcenie Polaków do osiedlania się tam (darmowe kursy językowe, język polski w szkołach i przedszkolach, ulgi, dopłaty itp). Dodatkowo o skali zjawiska w jakiś sposób świadczy też napiętnowanie tego procesu przez niemieckie organizacje nacjonalistyczne (jednak bliżej nurtu ksenofobicznego, szowinistycznego).

    a co do przyzwyczajenia Ossich do rozbudowanego systemu świadczeń, socjalistycznego modelu państwa opiekuńczego, to jest właśnie to o czym pisałem, czyli już dość powszechnie uznany w nauce model socjologiczny Homo-sovieticusa.

    No i wracając do ogółu to niemieckie władze federalne otwarcie przyznają, że nadal ponoszą koszty zjednoczenia i nadal wschodnie landy nie są w stanie dogonić zachodnich.

    Tyle

    Procent

Zostaw odpowiedź

Preview: