Część druga wiadomości z AONu.

Piotr "Wroobel" Wróblewski

Jako, że polscy przewoźnicy kolejowi nie świadczą żadnych rozrywek podróżującym, zwłaszcza tym którzy męczą się w trzygodzinnej podróży do Warszawy, to muszę zająć się czymś co sam wymyślę.
Szum metalowych kół pociągu, specyficzny zapach, tłok w przedziale i monotonny obraz za oknem; warunki idealne do refleksji, zwłaszcza takich, które można później zamieścić na blogu.
Kończę więc ten zbyt długi wstęp i przechodzę do meritum. O czym będzie ten podróżny wpis? Kolejny raz o mojej uczelni, lecz tym razem w nieco innym ujęciu. Sami zresztą zobaczycie.

Podczas pierwszego tygodnia nauki na AONie byłem świadkiem pewnej na pozór zabawnej (chociaż tak naprawdę była żenująca, przynajmniej według mnie) sytuacji.
Przed jedną z sal wykładowych stał młody człowiek, jeden z tych mających się za fajnych, luzak.
Podszedł do niego pewien wojskowy i zaczął rozmowę. Nie pamiętam o czym, temat był równy popularnemu gadaniu o pogodzie.
Moją uwagę przykuło co innego, mianowicie młody człowiek rozmawiając z podpułkownikiem, zachowywał się jakby „nawijał z ziomkiem”. Kaptur na głowie, dłonie w kieszeniach i niemal nonszalancki ton.
Rozumiem, że mógł nie wiedzieć, że to co rozmówca miał naszyte na pagonach odzwierciedla stopień podpułkownika, ale na nawet totalny laik wiedziałby, że nie ma do czynienia ze starszym szeregowym.

Zastanawiającym jest fakt z czego wynika taki obrót spraw. Co wpływa na to, że żołnierz należący do korpusu oficerów nie jest  traktowany z należytym szacunkiem?
Nie można pominąć kwestii ogromnej ignorancji jaką popisują się teraz młodzi ludzie. Tym bardziej to irytujące, gdyż mówimy tu o ludziach, którzy świadomie zdecydowali się dołączyć do grona studentów uczelni silnie związanej z wojskiem. To do czegoś zobowiązuje. Jak widać nie wszystkich.

Głównym problemem jest jednak co innego, chodzi tu o diametralne zmniejszenie szacunku wobec munduru i wysokich rangą wojskowych.
Jeszcze kilkanaście lat temu oficer, wtedy jeszcze, Ludowego Wojska Polskiego cieszył się ogromnym respektem, a sam mundur był czymś więcej niż tylko noszonym przez żołnierzy, zunifikowanym, „plamiastym” strojem.

Nie chcę oceniać, bo nie mam do tego prawa, ale myślę, że sytuacja wynika z tego co reprezentują sobą oficerowie. Jest to bolączka nie tylko będąca przedmiotem luźnych dywagacji o stosunku społeczeństwa do oficerów WP, ale będąca poważnym problemem samego wojska.

Przyjęło się w kulturze, że kolejne belki na pagonie mają oznaczać kolejne szczeble militarnego awansu. Awansu, na który oprócz szkół składają się takie czynniki jak doświadczenie, zdolności, osiągnięcia militarne, czy udział w misjach.
Prawda jest niestety zupełnie inna. Dziś człowiek który skończy, którąś z polskich szkół oficerskich, z miejsca zostaje wcielony do korpusu oficerów. Nie chcę negować sposobu nauczania w takich szkołach, ale często efektem takiej organizacji WP jest sytuacja, kiedy młody człowiek zostaje w sprzyjających okolicznościach ( często aranżowanych przez tatę lub wujka mającego wojskowe koneksje ) „przepchnięty” przez taką uczelnie.
Często nawet jest to osoba, która mając więcej odwagi najchętniej zrezygnowałaby z wojska. Wiadomo powszechnie, że „z niewolnika, nie ma pracownika”, zatem taki człowiek będzie chciał tylko „ odpękać” swoje minimum w WP i jak najszybciej udać się na emeryturę.
Nie będzie w postawie pasji, która niewątpliwie jest nieodzownym czynnikiem składającym się na postać prawdziwego profesjonalnego żołnierza. Takie osoby najczęściej są w wojsku w roli swego rodzaju marionetek.
Wykonują posłusznie zadania jednocześnie nie angażując swoich pomysłów, nie wykazując inicjatywy. Taka postawa ogranicza tempo rozwoju naszej armii. Jeżeli chcemy mieć profesjonalne wojsko pokroju np. Amerykanów, to era „miernych, biernych ale wiernych” musi zostać zapomniana.
No, ale odbiegam nieco od głównego nurtu mojej wypowiedzi…

Kiedy w naszym kochanym kraju mieliśmy jeszcze wojsko poborowe, oficer był swego rodzaju guru, wynikało to z tego, że dużo łatwiej było zaimponować grupie szeregowych z poboru, którzy do momentu założenia „kamaszy” wojsko widzieli tylko w filmie „Czterej pancerni i pies”.
Ewentualnie jeżeli delikwent snuł jakiekolwiek uwagi w stronę przełożonego natychmiast spotykał się z talentem słowotwórczym tego ostatniego, na który w 70% składało się  powszechnie znane słowo na „k”.
Dziś dużo trudniej jest zaimponować podwładnym. Każdy doskonale wie po co tu jest, zna się na swoim fachu i nikomu nie imponuje już monolog nasączony przekleństwami. Oficer powinien imponować, świecić przykładem.
Autorytet ma wynikać nie z samego stopnia, ale z tego co osoba sobą reprezentuje. Co jednak mam powiedzieć kiedy widzę podporucznika, który jest nieogolony, na  sobie ma zbyt duży mundur, a  jego  tężyzna fizyczna wskazuje bardziej na pierwszy stopień niepełnosprawności, niż na fakt ukończenia szkoły o profilu wojskowym.
Przesadzam oczywiście. Celowo. Chcę jednak zwrócić uwagę na ogromne niedociągnięcia jakich dopuszczają się oficerowie, czyli ludzie, którzy powinni być wzorcem, dla młodszych rangą kolegów.

Jak zwykle dramatyzuję, bo sytuacja nie jest aż taka zła jak określa to mój wpis. Jest ogrom ludzi, którzy samym wyglądem wzbudzają respekt, a mundur leży na nich idealnie. Są jednak też pojedyncze przypadki, które swoją postawą wywołują zażenowanie.

Cóż, dziś bez bardzo konstruktywnych konkluzji. Rozładowałem swoje negatywne emocje wywołane widokiem, niektórych panów oficerów, mogę kończyć :)




Komentarzy: 2 do wpisu “Część druga wiadomości z AONu.”

  • Sil43 Says:

    No coś w tym jest, akurat ojciec był dowódcą lotniska wojskowego na Starachowicach, to dużo z tego jest prawda co tutaj jest napisane, głównie o języku oficerów, oraz tzw – sprawności fizycznej, o której wszyscy słyszeli, ale mało kto naprawdę widział.

    Poza tym, bardzo obiektywnie to przedstawione

  • Piotrek Says:

    Temat szeroki – każda armia jest odzwierciedleniem społeczeństwa z jakiego wywodzą się jej żołnierze. Jeżeli społeczeństwo jest narażone na ubustwo, korupcję, protekcjonizm i kumoterstwo – wszystkie te zjawiska będą odzwierciedlone w armii. Jeżeli w społeczeństwie ogólnie nastepuje upadek autorytetów, wartości, rozluźnienie obyczajów i więzi społecznych – odbije się to także na formacjach zbrojnych. W społeczeństwie występują patologie -(przestepczość, narkomania, alkoholizm) – wyjdą one także w armii. Takie są reguły socjologiczne. Armia nie istnieje w prózni oderwanej od rzeczywistości. Problemem jest generalnie kryzys instytucji państwa w Polsce. Jeśli sami jestesmy nastawieni krytycznie wobec władz, nie czujemy że państwo oprócz np. konsekwentnego ściągania podatków – nie chroni(w szeroko pojętym znaczeniu)swych obywateli to obywatele tracą szacunek do instytucji państwowych. A armia jest jedną z najważniejszych instytucji. Kolejna sprawa to kwestia poboru. Można oceniać go różnie. Zwolennicy armii zawodowej potwierdzą plusy profesjonalizacji – ale np. Niemcy nie zdecydowali się na kasację poboru – mimo to nikt poważny nie powie że Bundeswehr jest armią mało nowoczesną! Natomiast (o czym piszą niektórzy eksperci) w przypadku naszych sił zbrojnych straciliśmy jakąkolwiek możliwość szkolenia rezerw. Pamiętajmy że armia zawodowa jest zamkniętym kręgiem – który nie oddziaływuje z powrotem na społeczeństwo – np nie wypuszcza z powrotem w „obieg społeczny” ludzi którzy nabyli wartościowe cechy czy umiejetności. Zatem społeczeństwo postrzega zołnierza jako zbędne obciążenie podatkowe, które może jeszcze wczesniej iść na emeryturę – a żołnierz postrzega społeczeństwo jako tych którzy nie wspierają go nawet symbolicznie – zatem po co ma się dla niego narażać? Jest to w dalszej perspektywie sytuacja bardzo niedobra – nawet niebezpieczna. Natomiast naprawa wymagała by systemowej restytucji instytucji państwa – na co nie widzę woli. Zasadniczo widoczna jest w zasadzie demilitaryzacja naszego kraju. Dotyczy to zarówno ilości jak i jakości SZ (ale to temat na inny post)

Zostaw odpowiedź

Preview: