„Basra” okiem Dolnoślązaka

Piotr "Procent" Łopaciński

W ostatni weekend wziąłem udział w Świętokrzyskim Zlocie ASG „Basra V”. Nie zamierzam się tu ściśle i szablonowo rozpisywać  nad imprezą, a jedynie przekazać parę moich spostrzeżeń i przemyśleń. O tym jak „tam” było dobrze, a jak „tutaj” jest źle.

Pierwszą uwaga jaką należałoby poczynić jest ta, iż Basra jest imprezą na zaproszenia, które są rozdawane dość starannie.
Mimo, iż w zlocie uczestniczy ponad 500 osób, to niewiele z nich dostaje się na listę „z zewnątrz”. Organizatorzy starają się dbać o wysoki poziom uczestników i jak się przekonałem, przynosi to skutki, ale o tym zaraz.

Pierwsze co rzuca się w oczy po przyjeździe, to dbałość o szczegóły, o nadanie zwykłemu, opuszczonemu PGRowi klimatu arabskiego miasteczka, co wcale proste nie jest.
Koszt uczestnictwa w imprezie wynosił 60 zł i nie dość, ze było widać na co te pieniądze poszły, to jeszcze, jak mało kiedy, że zostały zainwestowane z pomysłem i… rozmachem. Nadmienić należy, że wiele rekwizytów i innych elementów zlotowego wyposażenia jest dziedzictwem poprzednich edycji, a jest tego naprawdę sporo. Tak wiec pierwszy plus to ilość i jakość „ozdób” i rekwizytów w grze.

Drugą rzeczą jest ilość atrakcji innych niż strzelanie.
Impreza ma konwencje airsoftowo-larpową, uczestniczą w niej 3 strony, przy czym jedna z nich, Basryjska Gwardia stylizuje się na bliskowschodnia formacje militarną, zarówno wizualnie jak i mentalnie, próbując od obu stron wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy (wydawana jest waluta zlotowa), za wszystko, jeśli tylko ktoś chce przejść przez teren Basry, ale także za wynajem Gwardzistów do własnych celów, przez każdą ze stron. Na terenie samej Basry funkcjonuje bank, który można obrabować (a wcale nie jest to takie proste, trzeba pokonać bankowe zabezpieczenia), kasyno (które w nocy świeci niczym choinka), sklep (przygotowany pod tło fabularne zabawy), czy meczet, z ołtarzem dywanami itp. w środku.
Dodatkowo przeprowadzane są wybory na prezydenta Basry, każdy uczestnik otrzymuje jedną kartę do głosowania = 1 głos (który oczywiście można sprzedać, wymienić, ukraść itp., pełna demokracja i wolność).
Dodatkowo już po samej rozgrywce, organizowanych jest wiele konkursów, mniej lub bardziej zabawnych, z nagrodami od sponsorów. A to wszystko tylko niektóre z atrakcji.

Trzecia rzeczą jest poziom samych uczestników. Po pierwsze przypadki terminatorstwa były raczej symboliczne, a na pewno o wiele mniej liczne, niż życie mnie przyzwyczaiło.
Po drugie ogólna kultura rozgrywki była naprawdę dobra. Jeden uczestnik przeprosił mnie na przykład za to, ze z 15m parę kulek z jego serii trafiły mnie w twarz, chociaż miały do tego pełne prawo, a on nie strzelał z bliskiej odległości. Ogólnie w większości czuło się atmosferę dobrej zabawy, bez potrzeby podbudowywania własnych ambicji, czy pokazywaniu kto jest lepszy.

To wszystko co napisałem powyżej staje dość mocno w kontraście z tym, co znam z rodzimego podwórka. Gdzie większość scenariuszy robiona jest, w najlepszym wypadku z użyciem marnych rekwizytów, a najczęściej to całe tło fabularne nijak się ma do zadań albo w ogóle nie trzyma się kupy. Gdzie często ma się wrażenie, ze robione to jest „na odwal”, gdzie przede wszystkim brakuje pomysłowości i polotu.
Takiego realnego zaangażowania i pomysłowości przy organizacji imprez. U nas na Dolnym Śląsku, najczęściej polot i pomysłowość objawia się przy tworzeniu całego katalogu osobnych zasad, dla każdego strzelania, w połowie czytania których, większość osób się gubi.
Mam wrażenie, ze zostaliśmy przyzwyczajeni do takiej próżni i nijakości, wszystkim to pasuje i nikt nawet nie postuluje jakiejś nowej jakości przedsięwzięć (bo spotyka się to zawsze z jednym, betonowym argumentem – nie narzekaj, tylko zrób sam).
Osobnym tematem są oczywiście uczestnicy dolnośląskich spotkań, których średni poziom spada. Terminatorstwo jest coraz częstsze i czasami wręcz paraliżuje całą rozgrywkę, kłótnie, wyzwiska i sytuacje sporne mnożą się, nikt nie dba o innych a tylko o siebie, zdarzają się nagminnie przypadki postrzałów z replik o dużej mocy z małych odległości.
Widać, ze większość osób nie myśli o grupie ludzi, z którą się strzela, jako o środowisku, jakiejś wydzielonej grupie, w której warto współżyć w symbiozie, tylko o zbiorze jednostek, które niezależnie od innych egzystuje, spotkają się przypadkowo na strzelaniu, a poza nim nic ich nie łączy. Widzą tylko swój interes i swoją zabawę. Szkoda.

Tak wiec zostawiam Was z tym smutnym kontrastem. Może ja to wszystko przejaskrawiam i wcale nie jest „tam” tak dobrze” a „tutaj” tak źle? Pewnie jestem tylko stary, brzydki i narzekam…


Jeden komentarz do wpisu “„Basra” okiem Dolnoślązaka”

Zostaw odpowiedź

Preview: