Pora karmienia, czyli o wyżywieniu w terenie słów kilka…

Piotr "Wroobel" Wróblewski

Po dość długiej przerwie w mojej aktywności na blogu wracam.
Dziś chcę się podzielić moimi refleksjami dotyczącymi kwestii odżywiania na wszelkiego rodzaju imprezach militarnych. Kwestia niby jasna i prosta, ale chociażby mój wpis odnośnie kłopotów żołądkowych Gromu, pokazuje, że nie tylko wróg może pokrzyżować nasze plany.

Wspomniałem o żołnierzach Gromu swego czasu dotkniętych biegunką więc może na wstępie skupię się na kwestii problemów jakie może stworzyć nam nasz żołądek.
Czymś czego najbardziej powinniśmy się obawiać na strzelance jest bez wątpienia biegunka, bowiem wszelkie poważniejsze dysfunkcje układu pokarmowego wymagają konsultacji lekarskiej.
Przeciętna biegunka natomiast wymaga jedynie przeczekania, tudzież zażycia leku o działaniu hamującym jej objawy. Trzeba jednak pamiętać o takim leku, a mówię to dlatego, że przeglądając przeciętne airosoftowe „apteczki” spotkamy tony średnio potrzebnych bandaży, natomiast leku hamującego objawy biegunki nie znajdziemy.
Powszechnie wiadomo jednak, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Trzeba więc uderzyć w przyczyny nie skutki, a przyczyną tej choroby jest bez wątpienia rodzaj oraz jakość spożywanego pokarmu. I tu trzeba pamiętać o jednej ważnej kwestii, największe znaczenie ma nie pokarm spożywany bezpośrednio przed strzelaniem, a ten spożywany dzień wcześniej, gdyż prawidłowy proces trawienia zajmuje od 12h do 24 h, co pokazuje, że działanie określonego pokarmu odczujemy dopiero następnego dnia.  Jeszcze jedną ważną kwestia w przebiegu takiej choroby jest nawadnianie organizmu, ale o kwestiach napojów jeszcze wspomnę.

Mając już ustalone jak ustrzec się biegunki, bierzemy nasz plecak i zaczynamy pakować prowiant.
Zacznijmy może od kwestii ilości. Sprawa kolejny raz jest uzależniona od przewidywanego rodzaju spotkania. Śmieszą mnie ludzie, którzy na 5-6 godzinną strzelankę biorą plecak wypchany po brzegi kanapkami. Prawda jest taka, że  kilkugodzinne spotkanie można spokojnie przeżyć bez pokarmów, a jedynie nawadniając organizm.
Co innego gdy w grę wchodzi całodzienny trening, ale wtedy też można się ograniczyć do kilku kanapek. Największy problem sprawia jedzenie na długich wymarszach, patrolach, milsimach lub też innych imprezach trwających dłużej niż 24h.
W kwestii ilości, naprawdę trudno określić jednakową normę, ze względu na indywidualne cechy każdego człowieka. Jednemu wystarczy kanapka na 2-3 h godziny, inny musi zjeść porządny posiłek raz na kilka godzin.
Trudno jest jednoznacznie określić takie normy, trzeba jednak pamiętać, że wychodzimy w teren w innych celach niż degustacyjne. Trzeba pogodzić się z tym, że w terenie mamy  mniejszy komfort również pod względem odżywiania.

Kiedy już wiemy ile jedzenia brać na określone wypady, warto zadbać o odpowiednią formę naszego pokarmu.
Wielu militarystów używa w terenie wojskowych racji żywnościowych. Ma to swoje dobre i złe strony. Postaram się krótko scharakteryzować taka rację żywnościowa na podstawie amerykańskich MRE. Będę mówił o racjach ze stanów, ze względu na to, że z nimi miałem największą styczność, poza tym wszystkie wojskowe posiłki maja wiele wspólnych cech.

MRE – Meals Ready to Eat, czyli posiłek gotowy do zjedzenia.
Opis prosty i prawdziwy. MRE to racja żywnościowa, która do przygotowania potrzebuje jedynie zimnej ( niekoniecznie czystej) wody i komponentów zawartych w paczce z jedzeniem. Niczego więcej.
Każda porcja zawiera jedno dnie główne, które przyrządza się na ciepło i przeróżne dodatki zależne od menu, są to między innymi ciastka, pieczywo, napoje w proszku, gumy do żucia, sosy i wiele innych.
Z rzeczy nienadających się do spożycia przez większość ludzi mamy wysokiej jakości łyżkę, podgrzewacz chemiczny, papier toaletowy, zapałki oraz wilgotne chusteczki. Każdy element jest zapakowany oddzielnie więc nawet po otwarciu głównego opakowania nie musimy się martwić, że coś nam zamoknie czy po prostu zostanie zniszczone.

Wspomniałem o podgrzewaczu chemicznym. Jest to woreczek dwukomorowy.  Do środkowej komory wkładasz żarcie, do zewnętrznej wlewasz wodę ( może być zimna, brudna, twarda, z kałuży) która wchodząc w enigmatyczne  reakcje chemiczne ze znajdującym się tam środkiem po prostu podgrzewa się, ogrzewając tym samym nasze jedzenie. Proste i skuteczne.
Cena pojedynczej racji waha się w okolicach 20-25 pln.

Głównymi wadami takiego zestawu jest właśnie cena ( za 25 zł kupisz trochę więcej jedzenia w sklepie spożywczym ) no i oczywiście smak. Producent oferuje nam ponad 20 różnych zestawów smakowych, wśród, których są nawet zestawy koszerne czy wegetariańskie.
Do większości ( o ile nie do wszystkich) dodawany jest sos tabasco, który pozwala  zjeść nawet najgorsze świństwo. Osobiście uważam, że producent nieprzypadkowo dodał ten sos zdając sobie sprawę, z wątpliwych walorów smakowych MRE.

Podsumowując:  za 25 pln dostajesz ładnie zapakowaną, jednodniową porcję hermetycznie zamkniętego jedzenia. Wrzucasz ją do plecaka i nie martwisz się o nic, gdyż wszystko co potrzebne do przyrządzenia i skonsumowania posiłku znajduje się w paczce.
Posiłek zawiera 1200 kalorii, więc na 24 h godziny w terenie powinno to wystarczyć. Trzeba jednak pamiętać, że smak MRE trafia tylko w nieprzeciętne podniebienia i zwykły zjadacz chleba może mieć problem w docenieniem wykwintnego smaku tego posiłku.

Kiedy zdecydujemy, że MRE nie jest dla nas i wolimy zadowolić się prowiantem cywilnego pochodzenia warto pamiętać  o kilku kwestiach.
O ile w przypadku MRE wrzucamy paczkę do plecaka i nie obchodzi nas nic, to cywilne jedzenie wymaga większej uwagi.
Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że będziemy to nosić w różnych warunkach, w plecaku razem ze sterta innych rzeczy, do tego nierzadko w skrajnych temperaturach. Zapomnijmy więc o wszystkim co może łatwo ulec uszkodzeniom mechanicznym. Tutaj najlepszym rozwiązaniem są konserwy. Nawet jeżeli coś uderzy czy trwale wgniecie metalową puszkę to nie wpłynie to na stan jej zawartości. Warto również pamiętać o zabezpieczeniu prowiantu przed wilgocią. Sposobów na to jest tysiące i wierzę, że każdy z Was jest na tyle inteligentny, że nie muszę ich opisywać.
Dobrze jest brać pod uwagę, stosunek waga/ kaloryczność. Najlepszy maja posiłki uzupełniające pokroju: bakalii, orzechów, batonów. Wszystko co zajmuje jak najmniej miejsca, a jednocześnie może dostarczyć nam dużą ilość energii.

Zanim jednak wypchamy nasz plecak konserwami i porcjami MRE, musimy pomyśleć o dużo istotniejszej rzeczy, mianowicie o wodzie.
Powszechnie wiadomo, że ludzki organizm dłużej wytrzyma bez jedzenia niż bez wody.  Nieprzypadkowo używam tutaj słowa woda, a nie napój.
Odpuśćmy sobie w terenie wszelkie coca-cole, sprite`y i inne słodkie cuda. Nie dość, że dużo gorzej działają na naszą gospodarkę wodną to jeszcze ich smak wzmaga pragnienie. Niegazowana woda mineralna jest moim zdaniem najlepszym rozwiązaniem.
Możemy ją przenosić na kilka sposobów,  główne to oczywiście manierki i kamelbaki. Używanie „kameli” sprawia, że mamy łatwiejszy i szybszy dostęp do wody pitnej.
Sprawdza się to w przypadku szybkich akcji CQB, krótkich treningów. Manierka jednak ułatwia nam korzystanie z wody do celów innych niż konsumpcyjne. Dużo łatwiej jest opłukać zabrudzone oko wodą z manierki niż z kamela.
Do tego dochodzi kwestia, umiejscowienia manierek. Mając modularny system sprzętu, możemy dowolnie zmieniać ich położenie, podczas gdy kamel znajduje się zawsze na plecach. Wszystko jest jednak kwestią gustu i indywidualnych upodobań.

I tak jesteśmy już przy końcu artykułu.
Wymieniłem wiele zasad, wskazówek ułatwiających stołowanie się w warunkach polowych, nie wspomniałem jednak o najważniejszej zasadzie. Dotyczy ona czystości.
Pamiętajmy żeby wszystkie opakowania, bez znaczenia jakie, te od MRE i te od zwykłego cywilnego jedzenia, zabierać ze sobą. Chyba nikt nie lubi brudnych miejscówek.

Pozdrawiam i życzę wszystkim udanych wakacji!


Komentarzy: 4 do wpisu “Pora karmienia, czyli o wyżywieniu w terenie słów kilka…”

Zostaw odpowiedź

Preview: