„Ja chcę postrzelać”. Czyli jak zepsuć imprezę.

Piotr "Wroobel" Wróblewski

Zapisałem się ostatnio na pewną imprezę o airsoftowym charakterze. Przestudiowałem więc temat związany z organizacją tego spotkania. Uderzyły mnie wypowiedzi ludzi, którzy chcieli diametralnie zmienić podstawowe zasady rozgrywki w imię „dobrej zabawy i chęci postrzelania”.  I co w takiej sytuacji ma zrobić organizator? Odpuścić i zrobić standardową strzelankę opartą w większości na bezmyślnym sianiu kompozytem, czy może jednak narazić się ma antypatię graczy i twardo obstawać przy swoich zasadach?
Dziś postaram się nieco przybliżyć kwestię problemowych airsoftowców, którzy nawet najlepszym organizatorom potrafią zniszczyć plan imprezy.

Na całe szczęście Polskie środowisko odchodzi od standardowych rozgrywek airsoftowych na rzecz bardziej ambitnych imprez.
Radość może być o tyle większa, że zmiany te zachodzą również na szczeblu lokalnym. Małe grupy zaprzyjaźnionych ekip coraz częściej decydują się na spotkania na zasadach mil-sim, RWG czy LARP. I chwała im za to!
Ogólnopolskie imprezy tego typu są organizowane bardzo sprawnie. Mówiąc inaczej: jest duża ilość chętnych przez co, na takiej imprezie pojawiają się osoby, które wiedzą po co tam są i nie narzekają na to, że na przykład „nie mogą strzelać”. Jednocześnie potrafią czerpać przyjemność z charakterystycznych elementów tego typu rozgrywki takich jak planowanie, logistyka czy chociażby zasada „one shot, one dead”.

Niestety nie wszyscy potrafią docenić walory nietuzinkowych zasad rozgrywki. To, że ludzie narzekają potrafię zrozumieć, taka już ludzka natura. Nie mogę jednak pojąć dlaczego ludzie chcą wywrzeć na organizatorach lokalnych imprez presję i jednocześnie zmienić zasady, które były głównymi założeniami spotkania.

Z ambitnych imprez najpopularniejsze są mil-simy.
Czym jest taki mil-sim? Na pewno każdy zna oficjalną definicję tego słowa. Jak to wygląda w praktyce?
Każdy potrafi inaczej zdefiniować ten typ rozgrywki, kluczowe są tu jednak słowa „symulacja realnego pola walki”. Na ów realnym polu walki strzelanie i bezpośredni kontakt z wrogiem jest raczej ostatecznością, a ponad ilość zabitych przeciwników stawia się minimalizację strat własnych.
Niektórym jednak trudno pojąć, że na mil-simie czerpie się radość z samego wczucia w klimat oraz możliwie największego odwzorowania realnych warunków konfliktu zbrojnego. Dla nich najważniejsze jest wybicie wroga i zużycie maksimum dozwolonej ( a czasem i tej ponad limity ) amunicji. Nie obchodziłoby to nikogo, gdyby nie fakt, że takim podejściem potrafią oni zepsuć zabawę ludziom, którzy wiedzą o co w mil-simie tak naprawdę chodzi i chcą zasmakować czegoś ponad niezwykle „oryginalne” atrakcje rodem z niedzielnej strzelanki.

Jak się ustrzec przed takimi sytuacjami? Myślę, że tu główne metody opierają się na odpowiednim doborze uczestników. Zasada jest prosta, jeżeli ktoś wcześniej dał się we znaki organizatorom  tego typu imprez to podczas organizacji następnych trzeba śmiało powiedzieć „Panu już podziękujemy”. Jeżeli jednak taki chętny przygód John Rambo dostanie się już na symulacje militarną, o wiele ciężej jest ograniczyć jego zapał do psucia innym zabawy. Pozostaje wtedy mieć nadzieje, że podczas jego airsoftowego natarcia, doświadczeni mil-si mowcy utrą mu zwyczajnie nosa .

Takie „perełki” trafiają się również na LARPach. Kolejny raz głównym problemem brak zrozumienia idei takiej imprezy. Ludzie nie rozumieją, ze na LARPach strzelanie to raczej ostatnia rzecz, która może dostarczać wrażeń. Nie potrafią wczuć się w klimat, przesunąć kałacha na plecy  i na przykład zacząć negocjować czy używać waluty udostępnionej graczom. Słyszałem opinie, że tacy są na LARPach potrzebni, że ktoś lata z giwerą i strzela do wszystkiego co się rusza, a reszta bawi się dobrze. Prawda, ale często ci strzelający kpią sobie z ludzi wczuwających się w fabułę imprezy.
Pamiętam jak na którejś edycji Afgaraqu miałem swego rodzaju wartę podczas narady przedstawicieli 3 klanów oraz dowódcy naszego, amerykańskiego kontyngentu. Wyglądało to mniej więcej tak, że elita siedziała sobie przy stole debatując z pełną powagą o słuszności paktów pokojowych pomiędzy poszczególnymi stronami konfliktu, a my staliśmy w odległości 15-20 metrów od stołu pilnując by jakiś „geniusz” nie ich nie ostrzelał. Kiedy usłyszeliśmy jak jeden z „arabów” mówi coś w języku polskim z akcentem stylizowanym na arabskim, jeden z kolegów pełniących ze mną „wartę” stwierdził: „ to pojebane, idiotów z siebie robią”. Popatrzyłem na niego ze zdziwieniem i pomyślałem: „po co tacy ludzie tu przyjeżdżają?”

Tu pada światło na jedną ważną kwestię. Po co ludzie podobni do wyżej opisanych przyjeżdżają na imprezy, których system rozgrywki ich nie satysfakcjonuje?
Dla mnie sprawa jest oczywista, widzę ogłoszenie o imprezie, jej forma mi nie odpowiada, nie jadę. Nie próbuję na forum zmienić mil-sima  w zwykłą strzelankę, nie psuje organizatorom planów narzekaniem na to, że nie mogę cały czas latać z karabinem i strzelać do wszystkiego co się rusza.
Sprawa działa również w drugą stronę. Jadę na strzelankę, której scenariusz nie zakłada zbyt ambitnych działań więc muszę zdawać sobie sprawę, że nie uraczę tam elitarnej rozgrywki na wysokim poziomie. Nie mogę  narzekać. Wiedziałem co mnie czeka.

Środowisko jest podzielone. Są ludzie, którzy chcą w niedzielę odpocząć od biura i kilka godzin pobiegać z karabinem w ręku, są ludzie, dla których zwykły airsoft to mało i chcą spróbować czegoś więcej. Nikt nie jest lepszy czy gorszy. Po prostu są inni. Jedna tylko prośba: nie psujmy sobie nawzajem imprez i zanim zdecydujemy się pojechać na spotkanie o danym charakterze, zastanówmy się dwa razy czy to jest to, czego chcemy.


Jeden komentarz do wpisu “„Ja chcę postrzelać”. Czyli jak zepsuć imprezę.”

  • Jacek Says:

    co do milsimów: postulowałbym wprowadzenie u każdej ze stron czegoś w rodzaju „oficerów prawdy”, tzn ludzi którzy mają prawo kontrolować na przykład stan amunicji delikwentów czy wyposażenie apteczki medyków.
    Byłem na kilku milsimach to te własnie oszustwa mnie najbardziej rażą.

Zostaw odpowiedź

Preview: