Blaski i cienie… powodzi

Piotr "Procent" Łopaciński

Po 13 latach do naszych drzwi znowu zapukała wielka woda. Jako, ze mieszkam we Wrocławiu, to jestem już dość doświadczony w kwestii tego, co podczas takiego żywiołu dzieje się w wielkim mieście. Chciałbym się z Wami podzielić paroma obserwacjami i uwagami związanymi z przeżywaniem ostatnich dni.

Po pierwsze należy zaznaczyć, że we Wrocławiu zagrożenie było teoretycznie mniejsze niż w ’97 no i oczywiście rozmiary zalanych obszarów w samym mieście jak i jego okolicach były… symboliczne w porównaniu z tzw. „Powodzią tysiąclecia”.
Tym razem zdecydowanie gorsza okazała się Wisła, a Odra relatywnie łaskawa. Co nie zmienia faktu, iż stopień mobilizacji ludzi wzdłuż Odry był wielki, wszyscy mieli w pamięci klęskę z końcówki ubiegłego wieku, wiec jeśli nie mieli pomysłu co ze sobą zrobić, to w ostateczności… wpadali w panikę.

Muszę z góry przeprosić za mój nieco sarkastyczny ton, gdyż mimo zamieszkiwania Wrocławia, w ’97 roku woda była jakieś 3 km ode mnie i w tym roku raczej też nie było perspektyw na zalanie moich okolic, więc jestem powodzianin-teoretyk. Natomiast bardzo dokładnie śledziłem to co się w mieście przed i w czasie tegorocznej fali działo, a nawet parę swoich cegiełek w różnych częściach miasta dołożyłem, do pomocy i obrony.

Preludium

Fala do Wrocławia zbliżała się leniwie, przeszła przez Opole, Brzeg, Oławę (30 km od miasta). Jednakże pokonanie tego ostatniego odcinka zajęło jej kolejne 2 dni. Dlaczego? Gdyż wodę przekierowano (przez śluzy itp.) na podwrocławskie poldery, czyli naturalne (oczywiście regulowane przez człowieka) tereny zalewowe, pozwalające na retencje cieków wodnych. Przez co fala z założenia ulega spłaszczeniu.
W czwartek, 20.05 na uczelni lotem błyskawicy roznosi się plota „o 14 zakręcają wodę w mieście!”. Pierwsze co, to wchodzę na sieć potwierdzić takową wiadomość. We wszystkich możliwych oficjalnych źródłach czytam, że MPWiK nie planuje odcięcia dopływu wody, a nawet jeśli zajdzie taka konieczność z powodu zagrożenia kompleksu na Mokrym Dworze, to wodę dostarczać będzie zakład Na Grobli, więc w najgorszym wypadku bez wody zostanie południe i zachód miasta.
Ale nie dało się nikogo przekonać, że plotka o braku wody to blef. Ludzie tłumnie ruszyli do sklepów, zaczęli dzwonić do swoich współlokatorów. Napełniane zaczęły być wanny, wiadra, miski, szklanki, kieliszki, naparstki. Skale paniki zwiększyło znaczne obniżenie ciśnienia wody, które paradoksalnie spowodowali sami ludzie. Dzienny pobór wody, wg oficjalnych danych zwiększył się prawie dwukrotnie.
Jeszcze gorzej było w sklepach, gdzie budziły się co najmniej zwierzęce instynkty. Przytoczę jedynie dwa epizody, dające pogląd na sytuacje.  Sytuacja nr 1:  kumpel został prawie pobity przez pewnego obywatela, za to, ze śmiał z półki pobrać ostatnią butelkę wody. Nie wdając się w walkę ze zwierzyną, porzucił butelkę.
Sytuacja nr 2: Gdy inny kumpel śmiał poprosić w sklepie butelkę Coli, to ekspedientka wielce zbulwersowana rzekła „on chce dzisiaj Colę!”. Ja niestety nie uległem presji i w niedzielę nie miałem już ani butelki mineralnej w domu.

Wały

Najbardziej zagrożone oraz najbardziej dotknięte wielką wodą tereny z ’97 roku zaczęły być (głownie przez mieszkańców) zabezpieczane. Logistycznie i organizacyjnie a także sprzętowo akcje wspomagała Straż Pożarna, a głównie od piątku, także WP. Jednakże to akcje prowadzone tylko przy brzegach rzek. Wspomniani już mieszkańcy miasta tworzyli dużo więcej punktów obrony przed wodą, na Księżu wały powstawały nawet w centrum osiedla. Praktycznie w każdym miejscu nad Odrą czy Widawą, które nie było zabezpieczone odpowiednio wysokimi wałami innymi niż ziemne, powstawały rożnego rodzaju umocnienia, cały Wrocław budował wały, spontanicznie, w ramach oddolnych inicjatyw.

Fala

W sobotę rano wszyscy czekali na falę, jej przyjście było systematycznie opóźniane, z godzin wczesnorannych na wczesno popołudniowe.
W końcu w Trestnie, gdzie Odra wpływa do miasta, pojawiła się ona około południa. Zaczął się najgorszy okres, czas próby… Obszary, z którymi wiązano największe obawy to tereny na południu, w okolicach polderów zalewowych (Trestno, Opatowice, Radwanice, Siechnice), niektóre obszary Psiego Pola zagrożone przez Widawę, oraz „wizytówka” powodzi ’97 – Kozanów.
Ci z Was, którzy z Wrocławia nie są, zapewne nie wiedzą, że przed WWII na miejscu dzisiejszego osiedla stało niewiele domów, gdyż Niemcy określili ten obszar jako teren zalewowy (nic dziwnego, to obniżenie terenu niedaleko od Odry). Od tamtego okresu, w hydro infrastrukturze Kozanowa niewiele się zmieniło, poza tym, że wybudowano tam potężne osiedle, największą wrocławską „betonową sypialnie”.

Około 13:00 na tym ostatnim wspomnianym osiedlu nie wytrzymuje wał, przez wyrwę szerokości może 3 metrów woda zaczyna wdzierać się na ulicę. Nie udaje się skutecznie tej wyrwy zatamować, a kolejna pojawia się paręset metrów dalej. Zapada szybka decyzja służb, ze tego wału nie da się już uratować, trzeba ratować resztę osiedla – stworzyć nowy wał, paręset metrów dalej. Jak na ironię na pierwszy ogień wody poszedł nowo wybudowany zespół domów, w których w dużej części zamieszkali powodzianie z roku ’97.
Na osiedle wjeżdża policja i ogłasza ewakuację zagrożonych rejonów (parę godzin później Kozanów stanie się osiedlem zamkniętym, będą na niego mogły wjechać tylko osoby tam zameldowane).
Mobilizacja w tym momencie była niesamowita. Strażacy wraz z mieszkańcami w błyskawicznym tempie rozpoczęli stawiać nową konstrukcje, powstawały ludzkie łańcuchy przekazujące worki z punktów ich napełniania tudzież dowożenia, do miejsca układania, przenoszono także worki ze starego, zalewanego wału na miejsce nowego. Nim woda pokonała drogę do drugiej linii obrony, ta już była gotowa ją zatrzymać. Przez nią już nie była w stanie się przedostać przez kolejne godziny. Przez ten czas na teren osiedla ściągnięto wojsko ze sprzętem, amfibiami itp., potem także straż dostarczyła pompy, które od poniedziałku Mimo przecieków i wyrw, wszystko dało się opanować, pod wodę dostało się tylko, lub aż 40% Kozanowa (w ’97 cały, miejscami do szczytu pierwszego piętra). Woda nie była też zbyt wysoka, mimo też zalanych w różnym stopniu zostało około 40 mieszkań.

Zapomniani?

Nie mniejsza walka trwa, w tym czasie, w innych częściach miasta i podwrocławskich miejscowościach.
Wojnów, Rędzin, Opatowice, Zgorzelisko, Łany, tam wszędzie ludzie morderczą pracą starają się obronić przed wodą. Nie raz wydaje się, iż się nie uda, wały ciekną w wielu miejscach, brakuje worków, piasku, sił.  Dodatkowo ludzie maja odczucie, że o nich zapomniano.
Czasami akcje wspomaga Straż Pożarna, bardzo rzadko wojsko czy inne służby. Znów największe zaangażowanie okazują mieszkańcy miasta, którzy zjeżdżają się w zagrożone rejony, z róznych dzielnic. Ci, którym woda nie grozi, ruszają na ratunek innym. Prośby o pomoc do władz pozostają bez echa, bądź składane są, nierealizowane potem obietnice.  Ma się wrażenie, ze wszystkie siły skumulowane zostały na Kozanowie. Do nielicznych plusów można zaliczyć chociażby to, że pogoda dopisuje, nie pada, zachmurzenie jest umiarkowane, temperatura około 20 stopni. Wszędzie zaczyna brakować wody i jedzenia dla osób pracujących przy walce z wodą. W tym momencie ktoś wpada na fenomenalny i jakże prosty pomysł…

Pod Wzgórzem Andersa, na parkingu, tworzony jest spontanicznie, przez małą grupę młodych ludzi, punkt wolontariuszy. Jaki jest jego cel? Zbierać od Wrocławian głównie napoje i żywność, oraz dostarczać te produkty na wały, dla osób walczących z powodzią. Akcja rozpropagowana błyskawicznie m.in. przez Polskie Radio Wrocław (PRW) z minuty na minutę przybierała na sile. Do punktu zgłaszały się kolejne osoby oferujące zarówno produkty spożywcze, jak i swoja pomoc jako kierowcy – dostawcy. W PRW średnio co parę minut ktoś zgłaszał informacje, że z jakiegoś punktu miasta można odebrać wodę czy żywność w dużej ilości (ludzie, którzy ją mieli, nie zawsze byli w stanie ja dostarczyć pod Andersa), głównie tez za pośrednictwem tego radia dowiadywano się (z telefonów słuchaczy), gdzie potrzebna jest jaka pomoc.
Gdy zajechałem na ten punkt, dorzucić swoja cegiełkę do tego dzieła byłem pod wrażeniem sukcesu operacji. Na parkingu, w określonym obszarze składowano to, co dostarczyli ludzie. Było to chociażby paręset litrów wody mineralnej w zgrzewkach, w miarę możliwości chronionych od słońca folią NRC. Znajomy, który walczył na wałach na Zgorzelisku mówił, że po transporcie „z Andersa”, każdy pracujący miał swoja wodę i dwie w zapasie. To nie jedyna tego typu wolontariacka inicjatywa w mieście, ale ta była chyba najbardziej spektakularna.

Wygrani!

Mijały kolejne godziny, coraz częściej słyszało się w komunikatach o ekstremalnie wyczerpanych ludziach i dalsze prośby o pomoc przy wałach. W efekcie jednak, jedynie na Kozanowie doszło do poważnego przerwania wału i zalania terenu.
Reszta Wrocławia się obroniła, obroniła dzięki Wrocławianom. Każdy kto pracował przy wałach, może być z siebie dumny. Bitwa o miasto zakończyła się zwycięstwem mieszkańców. To wspaniałe świadectwo ludzkiej solidarności, zaparcia, dobrej woli i determinacji w obliczu zagrożenia. Szczerze mówiąc nie słyszałem, by w jakimkolwiek innym mieście z taką zaciekłością i poświęceniem zwykłych mieszkańców, nie tylko terenów zagrożonych, udało się stworzyć tak wiele, dla ochrony przed żywiołem. Gratulacje!

Cienie… władz

Nie wszystko w obliczu tej tragedii można ocenić jednak jako „dobre”. Miał miejsce cały szereg działań wątpliwych bądź wręcz zasługujących na potępienie (jakoś dziwnie oficjalne i wyniosłe to określenie, ale innego nie znajduje). Dotyczyły one ogólnie dwóch grup – mieszkańców i władz.

Jeśli chodzi o tą ostatnią, to po pierwsze chodzi o aspekt obrony Kozanowa, oraz aspekt obrony całego miasta. Zawężając się jedynie do zalanego osiedla należy podkreślić chaos jaki tam panował, a raczej brak decyzji na czas, sztabu kryzysowego, w sprawach takich jak budowa wałów itp.
Dla zobrazowania tego, co się tam działo pod względem organizacyjnym, przytoczę parę historii. Około godziny 13:00 na Kozanowie przerwało wały, woda zaczęła zalewać osiedle, media oczywiście zaczęły o tym informować w czasie paru minut od zdarzenia. O 13:50, sztab kryzysowy był zdziwiony paniką na osiedlu, gdyż zapewniał, ze na Kozanowie nie doszło do żadnego przerwania wałów, a są jedynie drobne wycieki.
Co było przyczyną tak ogromnej dezinformacji? Ciężko powiedzieć.
Inny przypadek: wojsko około godziny 19:00 w sobotę nie miało co robić. Tzn. zakończono układanie wałów, żołnierze byli na miejscu,  mogli pracować, ale żaden organ decyzyjny nie był w stanie wydać rozkazów co z nimi dalej robić, podczas gdy w tym czasie mieszkańcy zajmowali się umacnianiem wałów i walką z mniejszymi przeciekami i przesiąknięciami.
I kolejne: Wojewoda Dolnośląski, Rafał Jurkowlaniec zapewniał jeszcze w sobotę rano, że nie ma zagrożenia dla dostaw wody dla miasta, gdyż w razie zagrożenia i odcięcia dostaw prądu, stacje dostarczające mają agregaty, na których mogą awaryjnie pracować. Po zalaniu jednego z kolektorów wodnych w pobliżu Kozanowa okazało się, iż takowych agregatów nie ma.

W aspekcie ogólno-miejskim czy szerzej – aglomeracyjnym zarzuty wobec władz mogą być o wiele poważniejsze.
Przede wszystkim nikt nie pomagał w wielu miejscach ludziom w budowaniu wałów. I chodzi tutaj o wały przy samych rzekach i to w miejscach, które zostały przez sztab kryzysowy oznaczone jako zagrożone zalaniem. W mediach można było spotkać rozpaczliwe prośby o pomoc i wsparcie od osób, które pracowały już parę lub paręnaście godzin nad zabezpieczeniem swojej okolicy. Jak już wspominałem, czasami z pomocą przychodziła Straż Pożarna, zdecydowanie częściej mieszkańcy innych części Wrocławia, którzy po prostu spontanicznie udali się w zagrożone rejony.
Problemy były też z informacją o ewakuacji. Do mieszkańców zwykle docierała ona bardzo późno, czasami bez parugodzinnego wyprzedzenia, w razie przerwania wałów nie miałaby ona większego znaczenia, na jakiekolwiek działania byłoby już wtedy za późno.

Cienie… mieszkańców

Mimo wspaniałej solarności i spontaniczności wielu mieszkańców Wrocławia, zdarzały się też sytuacje, za które ludziom należy się duży minus. O co chodzi? Głównie o to, że większość obrazków z Kozanowa (jako przykład chyba najbardziej wyrazisty) można podpisać „100 pracuje, 300 obserwuje”.
Ludzie przychodzili w okolice wałów pooglądać sobie, jak inni w pocie czoła zapieprzają (to będzie dobre słowo) z workami. Robili zdjęcia, stali, dyskutowali. Mieli niesamowicie silną wolę i samozaparcie, bo potrafili przez długi czas opierać się nawoływaniom pracujących, by oglądający włączyli się do pomocy.
Czasami miano wrażenie, ze niektórzy przychodzili tam na piknik. Dodatkowo, mimo próśb o dostawy wody i pożywienia (głównie kanapek) dla obrońców wałów, mało kto z osób, które najczęściej najprawdopodobniej mieszkały co najwyżej parę ulic dalej, a przyszły się po prostu „pogapić” na walkę z wodą przyniósł chociaż jedna butelkę wody czy parę kromek chleba. Dla nich ten wysiłek byłby żaden, a ich spacer miałby wymierny, użyteczny cel. Bardzo demotywujące były to sceny, ale na szczęście zdecydowanie więcej było przejawów solidarności i pomocy.

Co dalej?

Kolejna bitwa o Wrocław została wygrana.
Straty relatywnie niewielkie, radość ze zwycięstwa ogromna. Chyba każdy, kto budował wały odczuwał radość i dumę z tego, co zrobił, czego dokonał jako trybik wielkiej maszyny. Powróciły jednak te same pytania i wątpliwości, co po powodzi tysiąclecia. Chodziło głownie o to, jak lepiej chronić miasto? Jak zapobiegać przyszłemu zagrożeniu? jak rozbudowywać system ochrony przeciwpowodziowej?
Kroki muszą zostać podjęte zarówno na szczeblu centralnym, jak i regionalnym oraz lokalnym. Na najwyższym szczeblu chodzi przede wszystkim o rozwiązania legislacyjne, które pozwolą z jednej strony na lepsza ocenę i kontrolę miejsc, na których budowane nieruchomości mogą zostać zalane przez kolejną wodę (kwestie pozwoleń na budowę itp.), a z drugiej strony na sprawniejszą budowę umocnień przeciwpowodziowych (głównie kwestia wywłaszczenia terenu) oraz całej infrastruktury pozwalającej na lepszą retencje rzek.
Na Kozanowie wały nie powstały podobno dlatego, że miasto nie mogło dogadać się z właścicielem jednej działki. Na poziomie regionalnym (samorząd województwa), oraz lokalnym (powiat i gmina) chodzi o realizacje wszelkich programów zmierzających do lepszej ochrony przeciwpowodziowej, głównie właśnie budowy wałów, kanałów, śluz, zapór, zbiorników itp. Wszystko po to, by za parę czy paręnaście lat nie trzeba było znowu wystawiać na próbę mieszkańców i ich samoorganizacji.


Zostaw odpowiedź

Preview: