Airsoftowa prehistoria

Piotr "Procent" Łopaciński

Czas na kolejną porcje wspomnień „starego dziada”. Nie uważam jakkolwiek, by moje doświadczenia były na tyle bogate, aby pozwoliły mi opisywać  jakieś początki airsoftu czy to w Polsce, czy tym bardziej na świecie, będzie to nieco inna perspektywa czasowa. Dla odmiany odejdę też od typowego dla mnie przy wspomnieniach ujęcia aksjologicznego i skupię się na… sprawach czysto technicznych.

Nie raz zapewne czy to słyszymy, czy sami myślimy o tym, jak ludzie mogli kiedyś żyć bez telefonów, telewizorów, Internetu, samochodów itp. Dlatego teraz sięgając o prawie 7 lat wstecz przedstawię niektórym świat airsoftowych dinozaurów, które żyły i bawiły się bez zdobyczy nowoczesnej techniki.

O tym, że w tamtym czasie (2003) repliki były droższe (nawet te markowe), nie trzeba chyba przypominać. Ale warto zwrócić uwagę, że droższe było praktycznie też wszystko inne, co przeznaczone na rynek airsoftowy, czy to kulki, czy zapasowe magi (hi-cap do mojego pierwszego G36 – 190 zł, low-cap – 110 zł) czy wszelkie akcesoria. Rynek samych akcesoriów także był o wiele uboższy.
Z za granicy sprowadzano pojedyncze sztuki kolimatorów – kopii M68 Aimpointa, kopia ACOG Trijicona jeszcze nie istniała w żadnej wersji, a jak już się pojawiła, to w Polsce trzeba było za nią zapłacić ponad 800 zł. Tak samo części wewnętrzne.
Wtedy na up-grade decydował się mało kto, standardowa prędkość wylotowa AEGa nie przekraczała nawet 300 FPS. Nierzadko, gdy ktoś decydował się znacznie podkręcać giwerę, wydawał na to 1000 i więcej zł. Pozytywne było w tym to, że niemożliwa była pogoń za FPSami, a do tego nikomu ich nie brakowało.

Jedyna marka na rynku AEGów było wtedy właściwie Tokio Marui. Wchodziło dopiero Classic Army (spektakularne na tamte czasy, z uwagi na metal body), które o ile zewnętrznie prezentowało się znakomicie, to było niesamowicie zawodne wewnętrznie.
Równolegle pojawiał się ICS, który pod koniec 2003 roku wypuścił rewolucyjnie skonstruowaną M’kę, z dzielonym GB itp. O G&G, G&P, STARze, ARESie czy VFC nikt wtedy nie słyszał, wiele z tych firm nawet jeszcze nie istniało.

Tokio Marui do swoich replik dołączało jedynie po jednym low-capie, w zestawie oczywiście nie było ładowarki i baterii (chociaż ta ostatnia często gratis była dodawana przez sklepy). Nie istniało jednak coś takiego jak speedloadery (szybko-ładowarki) do kulek.
Low-capy (bo o Real-capach też nikt wtedy nie słyszał, STAR wypuścił je jako pierwszy) ładowało się za pomocą specjalnej rurki o długości ponad 30 cm, do której wrzucaliśmy kulki, przykładaliśmy do magazynka, a następnie od góry tej rurki, dopychaliśmy je czymś na kształt wyciora. Doładowywanie kulek w trakcie walki było praktycznie niemożliwe. Pierwszy speedloader, patent Tokio Marui pojawił się w zestawie z repliką SG 552, pod koniec 2003 roku.

Jedyne baterie jakie były stosowane w replikach to Ni-Cd, o Ni-Mh nikt wtedy nie myślał. Nie istniały także właściwie gaziki na CO2, tylko na Green gas.
Nie było także żadnych przejściówek do propanu. Sama oferta replik była o wiele skromniejsza. Nie było repliki M14, czy tak popularnego AKS-74U, które jako pierwsze w dużej skali zaczęło wytwarzać VFC.
Praktycznie nie istniał rynek broni  wsparcia, w sensie KMów i pochodnych. Jedyne istniejące produkty firmy TOP, były niesłychanie zawodne i drogie (5000-6000 zł). Także rynek umundurowania i wyposażenia był skromniejszy.
Nie istniały takie uniformy i kamuflaże jak MCCUU MARPAT, ACU UCP, czy Multicam. Nie było praktycznie dostępnego modułowego oporządzenia opartego na PALSach (np. MOLLE).

To tyle, co przychodzi mi na bieżąco do głowy. A takich aspektów jest o wiele więcej. Niektórym może trudno sobie wyobrazić jak można żyć bez speedloadera mając low-capy itp. Ale tak właśnie było. I oczywiście mimo tego całego ograniczenia oferty itp., bardzo miło wspominam tamte czasy, które już nigdy nie wrócą :) Może Macie jakieś swoje doświadczenia z „tamtych czasów” ?


Komentarzy: 9 do wpisu “Airsoftowa prehistoria”

  • Kazik Says:

    Ze „starymi czasami” kojarzy mi się moda na ABDU (czy jak to się tam nazywało) – zapewniało podobny poziom lansu jak dzisiaj zapewnia MultiCam. Niestety nie pamiętam z jakich to lat była moda, chyba ok. 2005 r.

  • Konrad Pochodaj Says:

    ABDU? Pierwsze słyszę – Możesz napisać o tym coś więcej?

  • Kazik Says:

    Bardzo możliwe, że nazwę przekręciłem, ale była to zmodyfikowana wersja amerykańskiego BDU ze stójką zamiast kołnierza i paroma innymi „taktycznymi” zmianami. Oczywiście w kamuflażu Woodland.

  • Kazik Says:

    Teraz sobie przypomniałem – nazywało się to RAID BDU.

  • Piotr "Procent" Łopaciński Says:

    ABDU to zmodyfikowane BDU, wuykonane z aramidu, dla USAF.

  • Piotrek Says:

    Stare dobre czasy…pamiętam że zakupiłem HK MP5 – sprężynówkę prod. Academy – jako model broni – wtedy nikt nawet nie myślał by z tego do siebie nawzajem strzelać, pierwsze TM-ki też postrzegano jako modele broni – prawdziwy przełom to odkrycie strzelania do siebie jako gry – kiedy to nastąpiło u nas? Gdzies przed 2000r…Jedno jest pewne teraz ASG to taniocha, wybór wszystkiego jest przeogromny – docenic to może jednak ten kto ma jakies porównanie z tym co było.PS – MP5 Academy działa do dziś…

  • Piotrek Says:

    ..Jeszcze jedno HK MP 5 z Academy zakupiłem w 1997 r…

  • Piotr "Procent" Łopaciński Says:

    No, miło jest spojrzeć z perspektywy na to, co było i uczestniczyć w tej całej ewolucji „systemu” :).

  • OSKi Says:

    Heh ja zaczynałem strzelanie ze sprężynowym Desert Eagle m z UHC :D biegając na początku w szwajcarskim mundurze kupionym w ciucholandzie. mega lansem była MP5 z TM i to sprężynowa.

Zostaw odpowiedź

Preview: