MilSim CQB – coś nowego, cos innego

Piotr "Procent" Łopaciński

Tydzień temu, na Śląsku odbył się MilSim „White November”, organizowany przez Formację „Śląsk”. Miałem okaże w nim uczestniczyć jako uczestnik i chciałbym się podzielić paroma spostrzeżeniami, bo reklamowano imprezę, jako „MilSim CQB”, coś co w Polsce występuje bardzo rzadko, a jeśli już, to jest nazywane w inny sposób. Czym jest, na czym polega, i czy jest wart uczestnictwa?

Razem z ekipą pojechaliśmy tam, jako jedna z sekcji AT. Założenia scenariusza były proste. Opanować budynek zajęty przez przestępców (oczywiście było rozbudowane tło fabularne, jednak nie będę tutaj o nim wspominał). Cała impreza podzielona była na właściwie 3 bloki. Pierwszy to zapoznanie z ogólną sytuacją i zasadami oraz zgrywanie sekcji, drugi to faza planowania, a trzeci to faza bezpośredniej obserwacji i szturmu.

Już na początku okazało się, iż po stronie AT jest o wiele mniej osób niż pierwotnie zakładano, w czasie planowania imprezy. Z pierwotnych 70-80, zgłosiło się/przyjechało około 30 osób. To mało, przy założeniu, że po drugiej stronie, z tego co się okazało potem, osób było na tyle dużo, że pierwotnie zakładane proporcje AT/OpFor zostały mocno zachwiane. Cóż, czekało nas ambitne zadanie, które już w pierwotnych zadaniach było trudne. Szykowaliśmy się na słodką śmierć…

Same zasady, już podczas szturmu przypominały uproszczone zasady z MilSimów dolnośląskich. Limit amunicji określony na 300bb dla kb/kbk, możliwość jednokrotnego wyleczenia przez medyka, ochrona osłon balistycznych itp. Ogólnie w tym miejscu chyba najbardziej ta impreza zbliżona była do reszty znanych MilSimów.

Po podzieleniu grup na sekcje rozpoczęliśmy zgrywanie się. Każda z grup miała, co było widać, do czynienia już wcześniej z CQB, dość długo. Ekipy były zgrane, każda posiadała własne procedury. Pozostało ujednolicić parę procedur i komend na potrzeby tego szturmu. Na zwykłych MilSimach, w terenie zielonym czy nawet z wykorzystaniem terenu zurbanizowanego, nikt nie myśli o tak drobiazgowym dogrywaniu się między oddziałami, działają one jako autonomiczne organizmy. W CQB wszystko musi być dokładnie dograne, to zupełnie nowy wymiar współpracy dla niektórych.

Faza planowania i przygotowań także zdradza doświadczenie ekip i ich dowódców w CQB, każdy wnosi ciekawe pomysły, ucinane przez ciekawe spostrzeżenia innych. Plan zaczyna nabierać kształtów, a zadanie do wykonania „prawie niemożliwe” zaczyna zmieniać swoją charakterystykę. Zaczynamy wierzyć, że to może się udać. Że straty będą, ale uda się wykonać cele misji. Następnie niektóre sekcje (w tym nasza) konstruują makiety tych części budynków, które mają zająć i ćwiczą na nich krok po kroku każdy element planu, każdy uczy się na pamięć swojej trasy, by móc potem powtórzyć ją z zamkniętymi oczami. I nie jest to nic przesadzonego, w dymie, przy niemożności użycia latarek w każdej sytuacji, to właśnie niejako chodzenie z zamkniętymi oczami. OpFor już powinien się szykować na słodką śmierć…

Przychodzi faza obserwacji i szturmu. Każda drużyna wykonuje przydzielone zadania rozpoznawcze i dywersyjne. Jako dowódca sekcji Charlie zgłaszam jako pierwszy gotowość sekcji do rozpoczęcia akcji, po chwili otrzymuje zielone światło. Czas sprawdzić w praktyce plan, w który wszyscy wierzymy, który ma nam uratować życie i pozwolić opanować sytuację. Wszyscy wchodzimy w maskach p-gaz. Nim przekroczymy próg dużego holu, który mamy zająć do wielkiego pomieszczenia wrzucamy granaty dymne, torujemy sobie także drogę przy  użyciu gazu pieprzowego. Pomieszczenie jest dobrze oświetlone jarzeniówkami pod sufitem, ale w dymie niewiele to daje. W końcu ktoś i tak znajduje wyłącznik i światło gaśnie. Czyścimy wyznaczony obszar. Zajmujemy pozycje, do obrony naszej części (nasz obszar był jedynym łącznikiem między dwoma częściami kompleksu, zajmując go odcięliśmy przeciwnikowi możliwość połączenia sił, czy przegrupowania się. Dlatego też OpFor odcięty od głównych sił, nie mając nic do stracenia wiedział, ze musi się przez nas przebić… bądź zginąć). Udaje się, wszystko jest czyste, przy obu korytarzach odchodzących od naszego holu ustawiamy barykady i zabezpieczamy je. Niestety, tylko nasza sekcja ma tyle szczęścia. Przez radio otrzymuje wiadomość o tym, ze jedna z sekcji już w całości została wyeliminowana, druga walczy, ale potrzebuje wsparcia. Wysyłam część ludzi dla wsparcia nacierającej sekcji w drugiej części budynku. Pozostałym moim ludziom uda się utrzymać łącznik do końca operacji. Nasze zadanie wykonaliśmy, bez strat własnych, poza jednym rannym. Udało się.

Teraz jeszcze krótko o tym, co jest ciekawego w tego typu imprezach. Przede wszystkim sama faza walki, ale także potencjalnego zagrożenia jest bardzo krótka, gdy na zwykłym MilSimie przez cały okres jego trwania jest niebezpieczeństwo zakończenia rozgrywki i pojechania do domu, tutaj taka możliwość istnieje jedynie w końcówce. Ale z drugiej strony samo ryzyko „śmierci” jest o wiele większe. W lesie łatwiej wycofać się z błędnego manewru, jest więcej czasu na podejmowanie decyzji, nie trzeba zastanawiać się nad każdym krokiem. W CQB w wielu wypadkach nie da się wycofać w momencie, gdy zda sobie człowiek sprawę z błędu jaki popełnił. Często „śmierć” jest tak szybka, ze nawet i sprawy sobie zdać z tego nie można, bo nie ma czasu.

Ponadto tak samo ważną, jak sama walka, jest kwestia zaplanowania całej operacji. Stanie nad stołem plastycznym, rozważanie wszystkich możliwych wariantów, burza mózgów, powolna krystalizacja i selekcja pomysłów, aż w końcu opracowywanie drogi każdej sekcji krok po kroku, pomieszczenie po pomieszczeniu. To emocjonujące ale i wymagające zajęcie. To próba psychologicznej walki z przeciwnikiem, przewidzenia jego ruchów. A potem atak, to nie tylko sama akcja, strzelanie, sprawdzian zgrania grupy, ale i sprawdzian planu, zaplanowanego z chirurgiczną precyzją cięcia. Wszelkie błędy w planie kosztują życie kolejnych operatorów. A po szturmie, o ile jest udany, ogromna satysfakcja, nie tylko dlatego, ze ludzie nie zawiedli, że każdy robił co do niego należy, ale także właśnie z wykonania planu. Z tego, ze parę godzin planowania nie poszło na marne, że pomysły okazały się dobre, że tok myślenia okazał się prawidłowy. To coś, czego na zwykłym MilSimie trudno doświadczyć.

Tak więc impreza tego typu na pewno jest skrajnie inna od zwykłych MilSimów leśnych, wymaga zupełnie innego przygotowania, także sprzętowego jak i doświadczenia. Nie potrzeba tutaj znajomości survivalu, maskowania czy patrolowania, ale umiejętności walki na krótkim dystansie, czyszczenia pomieszczeń, poruszania się po korytarzach i klatkach schodowych. Także cały stres i emocje związane z kontaktem z przeciwnikiem, rzeczywistym lub potencjalnym są skumulowane i spotęgowane w ciągu tych parunastu minut szturmu. Dla ekip, które regularnie szkołą się i ćwiczą CQB jest to na pewno najlepsza okazja, by sprawdzić swoje umiejętności i zgranie w rzeczywistości.

Na koniec chciałbym podziękować organizatorom, czyli Formacji „Śląsk”, z Mjr Pattonem na czele, za świetną organizacje i przeprowadzenie tej imprezy.


Zostaw odpowiedź

Preview: