Czarnobyl Tour – część I

Piotr "Procent" Łopaciński

W dniach 22-25.10, z dwoma kumplami ze środowiska, wybraliśmy się na wschód, by odwiedzić znane na całym świecie, legendarne wręcz, tajemnicze i zagadkowe miejsce, jakim jest czarnobylska Zona. Ile mitów na jej temat udało się obalić, a ile nowych ciekawych rzeczy dowiedzieć podczas tych 4 dni wyprawy?  Zapraszam do lektury.

Cała wycieczka została zorganizowana przez jedno z krakowskich biur podróży, pod hasłem „Czarnobyl Tour”. Nasz tour miał już w kolejności numerek 10, co znaczyło, iż biuro ma już w tych wyjazdach doświadczenie. I potwierdziło się to, nie było jak się nudzić w ciągu tych 4 dni. Ale do rzeczy.

Pierwszą atrakcją była awaria autobusu. Szczęście w nieszczęściu, stanęliśmy na stacji i to paręnaście kilometrów a Krakowem. Kolejny autobus podstawiony został w ciągu 2 godzin, a w ramach wynagrodzenia krzywd – kawa i herbata w autokarze do końca wyjazdu za darmo.
Co więcej do Kijowa dojechaliśmy i tak właściwie na planowaną godzinę. Po drodze atrakcji było wiele. Sam postój na granicy jest ciekawym wydarzeniem. W środku nocy byliśmy jedynym autokarem do odprawy, trwała ona 2h, a to i tak podobno dość szybko (większość czasu czekaliśmy oczywiście po stronie ukraińskiej). Kierowca musi bowiem na granicy zdobyć z 5 pieczątek, łącznie z pieczątką weterynarza(!). Łapówka jest także wręcz obligatoryjna, z tym, że zamiast tak brutalnego, bezpośredniego i pejoratywnego słowa, używa się  wyrażenia „dać na tradycję”… to taka przyjemniejsza dla ucha, eufemistyczna forma.
Każdy z pasażerów autobusu musiał dodatkowo wypełnić coś na kształt wizy wjazdowej i wyjazdowej, gdzie poza danymi z paszportu wpisywał dane pojazdu, którym podróżuje, cel podróży, miejsce zakwaterowania itp., jak w Polsce za „starych dobrych czasów”. Ponadto, nim osiągnęliśmy cel swojej podróży, dwukrotnie zostaliśmy zatrzymani przez ukraińską drogówkę. Co ciekawe, akronim od nazwy tej służby to DAJ.
Cóż, nie jest on przypadkowy, mandatu nie dostaliśmy ani razu, ale „na tradycje” kierowca wyłożył dwukrotnie.
Kolejną ciekawostką jest to, iż dwa razy zatrzymał nas ten sam patrol… ahh, ta gorliwość na służbie ;).

Sam Kijów jest miastem niezwykle ciekawym, chociaż Ukraina obecnie przyjęła kurs prozachodni, to jednak stolicą są jak dla mnie typowo wschodnioeuropejską. Wszystko poza centrum wygląda w dużej mierze jak skansen dawnego ustroju, gdzieniegdzie przebijają się tylko nowo budowane bloki.
Oczywiście z zachodu przeniosły się tutaj już

wzorce marketingowe reklamy stoją, na europejskim poziomie.
Samo centrum natomiast jest luksusowe, spotkać w nim można samochody najlepszych marek… i tylko takie, na niektórych ulicach znajdziemy tylko sklepy takich firm jak Gucci, Armani czy Bvlgari.
Pokazuje to typowo wschodni, dalej obowiązujący model społeczeństwa, gdzie występują biedni i bogaci, pospólstwo i oligarchia, gdzie brak klasy średniej. Chociaż na Ukrainie widać, że stale to ewoluuje ku modelowi zachodniemu.

Osobną kwestia jaką chciałbym poruszyć są umiejętności językowe naszych wschodnich sąsiadów.
Moja znajomość rosyjskiego okazała się nie bez znaczenia w obliczu tego, iż ciężko jest znaleźć, nawet w Kijowie, kogoś kto mówi po angielsku, nawet w stopniu niewielkim. Oczywiście wielu kontaktów z ludnością miejscową nie mieliśmy, wiec może być to opinia nieprawdziwa, ale nawet zamówienie zestawu w Mc Donalds'ie wiązało się, nie z dialogiem werbalnym, ale z pokazywaniem palcami na bandery z wybranymi produktami.
W naszym hostelu, jedyną osobą mówiącą po angielsku w stopniu zadowalającym, jaką udało nam się znaleźć była sprzątaczka. Co ciekawe, na głównym placu Kijowa, Majdanie, także mieliśmy problemy, by znaleźć kogoś władającego angielskim, najczęściej ludzie po prostu na zdanie wypowiedziane przez nas po angielsku, reagowali alergicznie, jak najszybciej odchodzili kręcąc głową.
Udało nam się dogadać z dwoma chłopakami, mniej więcej w naszym wieku, całkiem dobrze szło im władanie „anglijskim”.
Po chwili rozmowy pokazali nam, co przenoszą w reklamówce, którą ze sobą mieli.
Naszym oczom ukazał się AK-47s, oczywiście replika. Jak się okazało, byli to lokalni airsoftowcy.

Noc w hostelu upłynęła na degustowaniu lokalnych alkoholi, a że alkohole tam tanie i wachlarz ich bogaty ponad miarę, to i degustacja była syta. Na następny dzień rano czekał już na nas autokar do Zony, mieliśmy do przebycia ponad 120 km na północ od Kijowa, pod granicę z Białorusią.
Mieliśmy lokalnego przewodnika po zonie, który o dziwo bardzo dobrze mówił po angielsku, oraz ukraińską tłumaczkę, która po Polsku mówiła mniej więcej tak, jak reszta napotkanych osób, po angielsku, tak więc, paradoksalnie słuchaliśmy przewodnika, a nie tłumaczki. Po 2 godzinach jazdy drogę przegradza nam szlaban.
To pierwszy checkpoint, z paru jakie miniemy, kontrola paszportowa oraz kontrola listy przepustek. Przepustek do Zony, obszaru, na którym czas zatrzymał się w roku 1986…

C.D.N.

Poniżej galeria, dalsze zdjęcia w kolejnym wpisie.

zp8497586rq

Komentarzy: 5 do wpisu “Czarnobyl Tour – część I”

  • Konrad Pochodaj Says:

    Zazdroszcze… zawsze chcialem tam pojechac i zobaczyc to miejsce, ale zawsze jakos bylo nie po drodze…
    Z drugiej strony slyszalem bardzo sprzeczne opinie – jedni sa bardzo zadowoleni, inni wrecz przeciwnie – twierdza, ze miejsce przereklamowane. Czekam na dalsza czesc artykulu i na odpowiedz na pytanie – CZY WARTO?!

  • Emil Zdrojewski Says:

    czytajac ten tekst przypomnialy mi sie czasy, kiedy fascynowalem sie demoscena… ogladalem ogromne ilosci dem. wiekszosc ukazywala sztuke silnie powiazana z rozwojem technologicznym dalece wybiegajacym w przyszlosc, fantastyka. podziwialem przerozne efekty jakie zostaly popelnione przez wielu uzytkownikow grup scenowych i wiekszosc prac ogladalem z zapartym tchem… pewnego dnia trafilem na to demo –>

    http://www.scene.org/file_dl.php?url=ftp://ftp.scene.org/pub/parties/2007/function07/demo/asenses_ghost-city.zip

    mimo braku wodotryskow i masy wyrafinowanych efektow, ten twor bardzo docenilem i do dnia dzisiejszego zostal w mojej glowie…

  • Paweł Says:

    Mam takie4 jedno pytanie do waszego zespołu jak można zapisać się do takiego klubu nie ukrywam że chciałbym się sprawdzić w terenie z dobrymi ludźmi z ASG chciałbym sie zapisać do jakiejś akademii która szkoli ludzi z zewnątrz . I tu moje pytanie czy wiecie czy ktoś prowadzi takie nabory? Jeśli tak to bym miał do was groźbę żebyście mogli dać namiary na tą osobę z góry dziękuje

  • Procent Says:

    Proponuje Ci poszperać na stronie http://www.wmasg.pl, w zakładce „społeczność airsoftowa”, bądź na forum. W obu przypadkach masz działy regionalne, gdzie na pewno znajdziesz ludzi ze swojej okolicy, którzy w airsofcie robią coś konkretnego.

    Jeśli chodzi o mój team, z którym byłem na Ukrainie, to jest to ODS, zapraszam na naszą stronę. http://www.deathsquad.pl